Krańcowo II - Rozdział VI - Nocne spotkanie

Zaktualizowano: maj 4


Powrót do zdrowia zdawał się Dzikiemu trwać wiecznie. Po pierwszym bolesnym tygodniu gojenia się ran, w trakcie którego nie przespał spokojnie ani jednej nocy, poczuł jednak, że zaczyna odzyskiwać siły. Gdy w ciągu następnych kilku dni stanął w końcu na nogi, miał zamiar wrócić do Autobusu. Na drodze planom stanęła mu Dix. Dziewczyna, która opiekowała się nim od początku, miała zamiar dotrzymać obietnicy i nie chciała nawet słyszeć o tym, by opuścił Wieżę nim całkiem wydobrzeje. Sprawiło to, że przez kolejne trzy tygodnie uwięziony był w siedzibie Defektu, a jego jedynym oknem na świat były opowieści Mike’a, który przychodził go czasem odwiedzić. Niestety wizyty przyjaciela nie mogły być tak częste, jakby sobie tego życzył. Mike, oprócz pełnienia obowiązków strażnika bramy, zgłosił się jako ochotnik do walki z "Ręką Olbrzyma”, więc po skończonej służbie we Wspólnocie, razem z innymi weteranami, patrolował okolice Strefy Głodu. Plusem tej sytuacji był fakt, że Dziki mógł z pierwszej ręki dowiedzieć się o wielu wydarzeniach jakie miały ostatnio miejsce w Krańcowie.

Już w pierwszym tygodniu swojego pobytu w Wieży dowiedział się, że Ręka Olbrzyma powiesiła kolejnego człowieka. Tym razem był to weteran o pseudonimie "Szewc”. Z opowieści Mike'a wynikało, że był on jednym z ludzi, którzy zignorowali sygnał Wilka i nie pojawił się nad rzeką. Mężczyzna podróżował z dwoma ogonami, Akwarem i Kozą. Z całej trójki przeżył tylko ten ostatni, który z raną postrzałową, resztkami sił dotarł pod bramę Wspólnoty. Przebywający tam weterani w ramach swoistej solidarności zrzucili się na jego pobyt w szpitalu, więc Koza miał szansę dojść do siebie i opowiedzieć co właściwie się stało. Z opowieści mężczyzny wynikało, że Ręka Olbrzyma zaskoczyła ich nad ranem, kiedy odpoczywali w swojej kryjówce na osiedlu "Różanym”. Koza zarzekał się, że przez cały dzień czuli jakby ktoś ich obserwował, ale nie spodziewali się, że to mógł być oddział Daniela. Podobno, gdy coś wyważyło drzwi domu, w którym spali, byli przekonani, że atakują ich niewykształceni. Szewc, który poderwał się jako pierwszy, momentalnie został obezwładniony i zabrany. Jego ciało znaleziono potem wiszące na słupie elektrycznym niedaleko Wspólnoty. Akwar zdołał zabarykadować się w jednym z pokoi, ale zginął trafiony kulą przez okno. Tylko Koza, wykorzystując zamieszanie, zdołał uciec przez podwórze, ale i on został postrzelony przez kogoś z oddziału.

Dziki musiał przyznać, że taktyka, którą obrał Daniel, była niezwykle skuteczna. Z tego, co tłumaczył Mike, "Ręka Olbrzyma” nie ma żadnej regularności w swoich atakach. Wyruszali o różnych porach bezpośrednio ze Stefy Głodu i po każdym starciu wracali pędem w okolicę H-marketu. Tam, czekali kilka dni przed kolejnym atakiem. Było to o tyle skuteczne, że jakakolwiek próba zorganizowanego oporu zmusiłaby weteranów do ciągłego trzymania się w większej grupie, przez co narażaliby się na ataki niewykształconych. Po kilku dniach walki z Krańcowskimi potworami byliby na tyle wykończeni, że wypoczęty oddział Olbrzyma miałby nad nimi sporą przewagę.

Co prawda Wilk i zadeklarowani weterani, w tym również Mike, zbierali się regularnie, próbując napotkać "Rękę Olbrzyma”. Była to jednak ruletka i do tej pory nie udało im się trafić choćby na dzień wymarszu oddziału. Problem leżał też dużo głębiej, Weterani ochotnicy musieli przecież sami zadbać o swoje wyżywienie czy ogólny stan. Oddział Daniela po każdym ataku wracał w bezpieczne miejsce, gdzie mógł w spokoju zjeść i nabrać sił, Weterani nie mieli tyle szczęścia. Drugim, być może nawet poważniejszym problemem, był informator Daniela, który krążył gdzieś po Krańcowie. Bezpośrednie ataki na kryjówki weteranów świadczyły o tym, że "donosiciel" sam musiał być weteranem albo osobą trzymającą się bezpośrednio w ich środowisku.

Istnienie "Szczura", jak potocznie mawiano o szpiegu Daniela, miało jeszcze jeden negatywny skutek. Weterani, którzy i tak byli nieszczególnie zjednoczeni, podzielili się jeszcze mocniej. Wielu z nich zmieniło swoje kryjówki, przestało handlować w dużych skupiskach, podobno dochodziło nawet do bratobójczych strzelanin. Ponieważ każdy w każdym widział potencjalnego "Szczura", przypadkowe spotkanie w klatce bloku mogło być niesłusznie odebrane, jako próba odkrycia czyjejś bazy i pokierowania w to miejsce Ręki Olbrzyma.

Z tego co mówił Mike, Wilk pokładał ogromne nadzieje we współpracy ze swoim informatorem Łajzą, który mógłby zawczasu dać im znać o nadejściu Ręki. Po nieprzyjemnym incydencie w Pizzerii mężczyzna nie odezwał się jednak do tej pory, co dawało do zrozumienia, że swoją zdradę mógł już dawno przypłacić życiem.

Podobnymi historiami Dziki raczony był niemal przez cały okres swojej kuracji. Choć nie należały one do najprzyjemniejszych, cieszył się z jednego. Za każdym razem, gdy usłyszał o kolejnym powieszonym weteranie, wiedział przynajmniej, że przez jakiś czas nic nie grozi nikomu z autobusu. Gdy zdarzało się, że Mike nie zaglądał przez kilka dni z rzędu, zaczynały dręczyć go koszmarne wizje o Maciejewskim, wyrzucającym ludzi z autokaru wprost naprzeciw czegoś, co wyglądało jak pluton egzekucyjny. Zwierzył się z tego Dix, ta jednak twierdziła, że Daniel nie przejmuje się autobusem, bo wie, że Kuba nie ma odwagi, by mu się postawić.

Dla Dzikiego nie było to jednak takie pewne, wiedział, że Daniel jest mściwy i na pewno nie zapomniał o tym, jak Kuba wystawił jego oraz całą "Pierwszą Grupę’’ w zakładach chemicznych. Co zresztą doprowadziło do wielu przykrych konsekwencji, jak konfliktu Pierwszego z Dix oraz nienawiści, jaką Daniel zaczął darzyć weteranów.

Mając dużo czasu na przemyślenia, Dziki zastanawiał się, jak zachowałby się Kuba, gdyby jakieś niebezpieczeństwo zagroziło Autobusowi do Wolności. Czy z jego mieszkańcami był zżyty bardziej niż ze swoim dawnym oddziałem? Czy też uznałby, że nie warto dla nich ryzykować i porzuciłby ich jak swoich byłych kompanów. Te rozważania, połączone z od dawna gasnącym zaufaniem do ich lidera, sprawiały, że chciał jak najszybciej wrócić do swoich obowiązków Strażnika.

Z ulgą przywitał więc dzień, w którym jego rany w końcu się zabliźniły, a Dix nie mogła już dłużej znaleźć powodu, by przetrzymywać go w Wieży. Mimo początkowego oporu, udało mu się w końcu przekonać dziewczynę, by wezwała autobus przez radio. Kuba, który pewnie czuł, że kolejny kontakt z Dix może się dla niego źle skończyć, nie przyjechał razem z pozostałymi.

Mieszkańcy autobusu przyjęli go natomiast z niewyobrażalną ulgą. Od samego wyjścia zmuszony był wysłuchać, jakie to niedogodności znosili, gdy Kuba dbał o ich bezpieczeństwo. Niemiłą niespodziankę lider zafundował również Dzikiemu. Wyglądało na to, że przez cały miesiąc autobus jeździł praktycznie bez przerwy, robiąc naprawdę krótkie postoje. W wyniku tego, prawie wszystkie zapasy były wyjedzone, a baki całkiem puste. Sam autobus zaś zamienił się w śmierdzący chlew, bo w czasie krótkich przerw od jazdy jego mieszkańcy nie mieli nawet czasu, by zadbać o siebie czy o czystość.

Zmusiło to Dzikiego do natychmiastowego rzucenia się na głęboką wodę i naprawiania wszystkiego, co Kuba zaniedbał. Jako że od ostatniego błysku minął już ponad miesiąc, najważniejszym było zatankowanie autobusu. Pozostawanie w trakcie potencjalnych przemarszy bez paliwa, byłoby dla autobusu katastrofą.

Nie mogąc pozwolić sobie na czekanie, Dziki postanowił, że tym razem poprosi Dix o pomoc. Na jego szczęście, dziewczyna zareagowała na prośbę bardzo entuzjastycznie. Jeszcze tego samego dnia mieszkańcy autobusu pozostawieni zostali w Wieży a on, razem z małą grupą Defektu, wyruszył po paliwo.

Prowadząc autobus, Dziki nigdy nie czuł się pewnie. W starym świecie nie miał nawet własnego samochodu, a pożyczonym od ojca nie miał okazji jeździć zbyt często. Od czasu zderzenia z Syreną w nocy miał wrażenie, że jego umiejętności jeszcze się pogorszyły. Na jego szczęście, towarzystwo Dix koiło przynajmniej cześć jego nerwów. Dziewczyna, która siedziała obok niego, trzymając mu rękę na kolanie, uśmiechała się jakby zamiast walczyć o zasoby jechali na zwykłą wycieczkę.

Dziki, spoglądając w lusterku, zauważył że Defektowcy rozsiedli się na końcu autobusu. Być może chcieli dać im trochę prywatności. – Nie wiem naprawdę jak mam ci dziękować, wiem że ty i Kuba…- zaczął, ale Dix przerwała mu, ściskając go jednocześnie za udo - Przestań, robię to dla ciebie, nie dla Kuby. Po za tym, dzięki temu miałam okazję ukraść ci jeszcze trochę czasu. Jeżeli mogę przy tym zrobić coś dobrego, to tym bardziej się cieszę. Poza tym, tyle razy ci mówiłam, żebyś nie wahał się prosić mnie o pomoc. Kocham cię i wiesz, że zrobiłabym dla ciebie wszystko…

Dziki słysząc to, poczuł że się rumieni. To był chyba pierwszy raz, gdy dziewczyna określiła swoje uczucia w ten sposób. Oczywiście to co ich łączyło już od dawna było jasne, nigdy jednak wcześniej nie padły te dwa kluczowe słowa. Choć jakiś złośliwy głos w jego głowie wyszeptał natychmiast – wszystko, z wyjątkiem porzucenia pogoni za Pierwszym - nie pozwolił mu przejąć nad sobą kontroli. Zatrzymał autobus a dziewczyna zesztywniała zaniepokojona. – Stało się coś? - spytała natychmiast.

Dziki nie odpowiedział, dotknął delikatnie jej twarzy i przysuwając się wyszeptał- Ja ciebie też, Dix. – Po tych słowach, nie zważając na defektowców siedzących z tyłu pocałowali się.

Gdy autobus ruszył w dalszą drogę, cała złość jaką Dziki czuł w stosunku do Kuby nagle się rozpłynęła. Nawet jeżeli za chwilę miał ryzykować życie, tankując paliwo na stacji pełnej niewykształconych. To ta chwila z Dix była tego warta.

Dziki nie pomylił się jednak w swoich przewidywaniach. Gdy podjechali już pod stację, z której autobus czerpał paliwo, okazało się, że cały plac jest pełen niewykształconych zwanych Wielopsami.

Wielopsy były pierwszymi zwierzęcymi niewykształconymi, z którymi Dziki miał okazję spotkać się w nowym świecie. Błysk pozmieniał zwykłe kundle w karykaturalne zlepce, z których każdy potrafił mieć po kilkanaście par łap, ogonów czy głów. U co groźniejszych i większych osobników, dodatkowe głowy, niczym u cerbera, potrafiły być sprawne i agresywne.

Na szczęście dla mieszkańców autobusu, wataha psów biegała po całej okolicy i bardzo często zdarzało się, że gdy przyjeżdżali tankować, stacja była opustoszała.

Tym razem jednak nie mieli tyle szczęścia, a nie mogli też pozwolić sobie na czekanie.

- Długo trwa zanim gdzieś pójdą? – Spytała Dix, odkładając lornetkę, przez którą obserwowała stację.

- Trudno mi powiedzieć - westchnął Dziki - zaglądamy na stację regularnie, jeśli akurat tu odpoczywają, wracamy następnego dnia, wtedy na ogół już ich nie ma.

Dix przygryzła nerwowo wargę. – Moglibyście zostać do jutra w Wieży, starczyłoby paliwa na jeszcze jeden kurs tutaj?

Dziki przyjrzał się kontrolkom, pomarańczowy wskaźnik rezerwy palił się już od momentu, gdy autobus wjechał pod bazę defektu.- Trudno mi powiedzieć. – stwierdził.

Dix przegarnęła włosy i uśmiechnęła się do Dzikiego. – Tak naprawdę nie sądzę, żeby te psy były jakimś zagrożeniem. Liczyłam po prostu, że uda mi się ukraść dla nas jeszcze trochę czasu. Widzę jednak, że już zaczynasz się niepokoić…

Dziki złapał rękę dziewczyny szepcząc - Posłuchaj, z przyjemnością zostałbym jeszcze jeden dzień, kilka dni, całe życie, ale nie mogę zwalić ci takiej gromady na głowę. Twoi towarzysze nie przyciągają niewykształconych, mieszkańcy autobusu już tak. Pod Wspólnotę każdego dnia zmierzają dziesiątki tych pokrak, jak w Wieży będą moi ludzie, część przyjdzie do was. Gdyby komuś z twojej grupy stało się przez to coś złego, nie darowałbym sobie.

Dix uśmiechnęła się spoglądając mu w oczy - Dobry z ciebie chłopak Dziki, zbyt dobry do tego świata. W takim układzie nie będziemy zwlekać, pozbądźmy się tych kundli. Dziewczyna zamyśliła się, układając w głowie plan. Po chwili milczenia stwierdziła - może wjedziemy autobusem w sam środek stacji i ostrzelamy je z okien. Nie będziemy w ten sposób niepotrzebnie ryzykować.

Dziki przystał na pomysł i już po chwili autobus wtoczył się na plac. Defektowcy, z których większość była dawnymi weteranami strzelali bardzo celnie. Oczyszczenie placu zajęło im raptem kilka minut, część wielopsów, widząc że ich stado właściwie przestało istnieć, uciekło gdzieś w popłochu. Dzięki temu mogli w miarę bezpiecznie rozstawić ręczną pompę i zacząć tankowanie.

Z pełnymi bakami Dziki mógł na spokojnie myśleć o innych rzeczach zostawionych mu przez Kubę na głowie. Postanowił jednak nie angażować w to więcej defektu, który już i tak oddał mu sporą przysługę. O ile sama Dix pewnie nie miałaby nic przeciwko pomaganiu mu dalej, to jednak nie chciał nadużywać cierpliwości jej ludzi.

Gdy ekipa z autobusu pakowała się z powrotem do swojego domu na kołach, miał jeszcze chwilę, by pożegnać się z Dix. Dziewczyna odciągnęła go na bok, tak by nikt z autobusu nie mógł ich podsłuchać i wyszeptała mu do ucha - mam nadzieję, że kiedy następnym razem się spotkamy, będziesz w lepszym stanie. Nie żeby przeszkadzało mi opiekowanie się tobą, ale miałam nadzieję, że może następnym razem moglibyśmy… wiesz.

Słysząc jej słowa, Dziki poczuł jak robi mu się gorąco, a kolor jego twarzy zmienia na szkarłatny.- Muszę więc dbać o siebie - odpowiedział, czując że zaraz dostanie arytmii.

- Liczę na to - odparła dziewczyna, łapiąc go zaczepnie za mankiety kurtki.- Pamiętaj, że ja cię tylko wypożyczyłam Kubie, jesteś już oficjalnie mój!

- Nie śmiałbym być niczyj więcej - odpowiedział, a Dix, jeszcze raz go pocałowała, mówiąc – Pamiętaj, by dawać znać przez radio. Chcę wiedzieć, że wszystko u was w porządku.

Dziki stanął już na stopniach autobusu machając dziewczynie na pożegnanie. – Wiesz, że jeśli zrezygnujesz ze swojej pogoni, wrócę tu już na stałe? - zawołał.

- Jeszcze trochę…- odparła dziewczyna, spoglądając w ziemię.

Po skończonym pożegnaniu Dziki kazał Jankowi udać się w okolicę "Lasu Ludzi”. Miał ku temu kilka powodów. Po pierwsze, było to miejsce najbardziej oddalone od Strefy Głodu jak to tylko możliwe, były więc naprawdę znikome szanse, że Ręka Olbrzyma dotrze aż tam w poszukiwaniu kolejnych ofiar. Po drugie, Dziki chciał sprawdzić w praktyce nowo poznaną wiedzę i przekonać się, czy tak rozległy błąd, jak Las Ludzi zaburzy prawo trzech. Miał nadzieję, że skryci w jego cieniu mieszkańcy autobusu nie będą przyciągać niewykształconych, co dałoby im szansę na przespanie przynajmniej kilku spokojnych nocy. Był jeszcze trzeci i prawdopodobnie najważniejszy powód, miał nadzieje, że zapasy ukryte przez Pierwszego w budynku przy Lesie Ludzi pozostały nietknięte. Istniała spora szansa, że mógł on bać się powrotu do już raz spalonej kryjówki. A nawet jeśli skrytka okazałaby się pusta, w okolicy było jeszcze sporo innych budynków, które można by przeszukać.

Na jego szczęście, gdy przybyli na miejsce, okazało się, że schowek pod podłogą wciąż pełen był zapasów. Biorąc do pomocy Bociana i Korka, przeniósł jego zawartość do autobusu. Nie było tego zatrważająco dużo, ale przy rozsądnym dysponowaniu mogło zapewnić im kilka dni spokoju. Dziki nie chciał jednak marnować czasu. Gdy po kilku godzinach okazało się, że żaden niewykształcony nie pojawił się w ich pobliżu, utwierdził się w przekonaniu, że Las Ludzi podobnie jak Kwasowa Rzeka łamie prawo trzech.

Kazał więc Jankowi schować autobus za szkołą podstawową im. Kopernika. Był to największy budynek znajdujący się w pobliżu granicy miasta. Ustawiając Korka i Klucza jako strażników, zakazał opuszczać autobus do swojego powrotu i w razie czego natychmiast uciekać. Sam zaś udał się przeszukiwać pobliskie budynki, by dodatkowo uzupełnić zapasy. Po kilku godzinach bezskutecznych poszukiwań udało mu się w końcu znaleźć parę nietkniętych domów, z których przytargał, co tylko mógł, nim nadszedł wieczór.

Pierwszą noc przy lesie ludzi spędził z rękami na kierownicy i włączonym silnikiem wypatrując nadchodzących niewykształconych. Mimo, że miał już sporo dowodów na skuteczne działanie granicy miasta jako osłony, nie chciał ryzykować niepotrzebnie. Gdy jednak nad ranem żaden potwór się nie pojawił, Dziki był już pewien, że to miejsce jest bezpieczne.

Uradowany swoim odkryciem po odespaniu warty udał się do szkoły, przy której nocowali, by sprawdzić czy nadaje się na tymczasową ''bazę''. Po zabiciu dwóch nieszczególnie silnych gospodarzy zamkniętych w klasach, zebrał ludzi z Autobusu w sali gimnastycznej, gdzie mogli w końcu rozprostować nogi i przespać się na czymś innym niż fotele.

Podczas gdy większość jego podopiecznych rozbijała prowizoryczny obóz w murach szkoły, z pomocą Janka posprzątał i wywietrzył autobus. Na koniec ustawił go drzwi w drzwi z wyjściem na boisko, by przygotować im awaryjną drogę ucieczki.

Kolejne dwie noce były już o wiele przyjemniejsze. Autobusiarze, którzy w końcu odpoczęli i umyli się, natychmiast odzyskali humor. Po przejażdżce, jaką zapewnił im Kuba wszyscy byli tak umęczeni, że gdy Dziki zaproponował by w końcu ruszyli dalej, został obrzucony piłkami do siatkówki. Mieszkańcy zagrozili, że przy następnym głupim pomyśle polecą lekarskie.

Nie było w tym nic dziwnego, sala gimnastyczna podczas ich pobytu zrobiła się naprawdę przyjemnym miejscem. Porozkładane na ziemi materace do taekwondo doskonale zastępowały łóżka. Szatnia, która znajdowała się obok sali, dawała dziewczynom tak upragnioną prywatność, a łazienki i prysznice choć bez bieżącej wody, znacznie ułatwiały "załatwianie” pewnych spraw.

Klucz razem z Kryspinem przytargali dodatkowo kuchnię gazową ze stołówki oraz kilka ławek, dzięki czemu mogli też w końcu zjeść coś ciepłego w przyzwoitych warunkach. Co najważniejsze, przez cały czas swojego pobytu nikt nie widział w pobliżu nawet jednego niewykształconego, miejsce to dawało więc złudne poczucie bezpieczeństwa. Sam Dziki, mimo początkowych obaw dał się w końcu ponieść panującemu rozprężeniu. Rozsiadł się finalnie na jednym z materacy, by razem z chłopakami pograć w karty. Przezornie jednak pozostawił na warcie Edka, który obserwował okolicę z dachu autobusu.

- Makao! – wykrzyknął radośnie Korek, demonstrując ostatnią kartę jaka została mu w ręku.

- Król Wino, bierzesz pięć, Korek – rzucił złośliwie Smalec, a zrozpaczony chłopak zaczął dobierać karty.

Klucz, który już dawno zszedł z kart i przyglądał się teraz rozgrywce, spytał - To jest bardzo przyjemne miejsce, zastanawiam się, czemu Kuba nas tu nie zabierał?

- Może bał się Pierwszego?! – odpowiedział Dziki, dobierając kartę.

Nie spodziewał się jednak, że jego słowa wpłyną na wszystkich tak elektryzująco. Miał wrażenie, że już po sekundzie przy materacu zrobiło się niesamowicie ciasno i miał spore wątpliwości by pozostali przyszli popatrzeć na grę.

- A co Pierwszy ma z tym wspólnego? – furknął Smalec, łypiąc podejrzliwie na Dzikiego.

- Te zapasy, które przyniosłem, pochodzą w większości z jego kryjówki. Zabrał mnie tu, gdy podróżowaliśmy razem, dlatego wiedziałem gdzie ich szukać…- próbował spokojnie wyjaśnić, ale Smalec zakwiczał prawie ja prosie. – Zabrałeś zapasy Pierwszego!?

- No tak, ale on już tu nie wróci. Defekt zna tę kryjówkę, więc…- próbował się wytłumaczyć, w tym momencie jednak do rozmowy wtrąciła się Oli.- Tu nie chodzi o to, że nie wróci, krąży taka pogłoska, że jeśli zabierzesz coś ,co należy do Pierwszego, to ściągniesz na siebie zemstę Krańcowa. Pierwszy to jego pierworodny syn i Nowy Świat ma dla niego specjalne względy…- wyjaśniła.

Dziki popatrzył na nią, ledwo powstrzymując się od śmiechu.- Mówisz tak, jakby nasze miasto było jakimś inteligentnym bytem.

Oli zaczerwieniła się lekko. - Ja nie mówię, że tak jest, tylko że krąży taka legenda…- stwierdziła zawstydzona.

- Nie zdziwiłbym się, gdyby Pierwszy sam rozpuścił taką pogłoskę, żeby ludzie bali się ruszać jego rzeczy - stwierdził rzeczowo Green, włączając się do rozmowy. Natychmiast odpowiedziała mu jedna z Papużek, Laura.

- Pogłoska nie pogłoska, ale jeśli on jednak wróci… i zobaczy, że zabraliśmy mu rzeczy…i będzie chciał się zemścić…

- Może przyjść w nocy i pozabijać nas wszystkich we śnie – zawtórowała jej towarzyszka, Beata.

Dziki pokręcił poirytowany głową.- Posłuchajcie, podróżowałem z Pierwszym, on jest … specyficzny, ale bardzo wątpię, żeby wymordował autobus bezbronnych ludzi tylko dlatego, że wzięliśmy jego zapasy. Uwierzcie mi, jest w tym świecie o wiele więcej rzeczy, których warto się bać.

- Na przykład? – zakpił Smalec.

- Armia Daniela - wtrącił Klucz – zwłaszcza teraz, gdy Dziki pomógł Wilkowi.

- No właśnie, po coś się w to ładował? – spytał Smalec, podłapując temat.

- Bo uznałem, że tak powinienem, myślałem, że uda się to załatwić po cichu. Nie spodziewałem się, że to się skończy w ten sposób - westchnął Dziki, ale chłopak nie miał zamiaru odpuścić.

- Więc trzeba było pomyśleć o nas, że jesteśmy pod twoją opieką i twoje decyzje wpływają na nas…

- A może tak zejdź z Dzikiego, co?! – wyskoczyła nagle Weronika, patrząc się miażdżąco w stronę Smalca. Natychmiast zawtórowała jej Oli - no właśnie, sam kwiczałeś najgłośniej, że masz już dość tego jaki Kuba jest ostrożny, potrafisz tylko żreć i marudzić!

Smalec zaczerwienił się, lekko szepcząc coś, że nie to miał na myśli, ale dziewczyny nie dały mu już spokoju. - Każdy próbuje tutaj coś robić – warknęła Weronika.- Rozstawia namioty, sprząta, gotuje. Nawet Korek nauczył się prowadzić autobus i wymienia Janka by mógł odpocząć, a ty tylko siedzisz i czekasz na gotowe - po tej reprymendzie, zerknęła niepewnie w stronę Dzikiego.

Smalec nie miał jednak zamiaru poddać się bez walki, zakładając ręce na pierś odfuknął natychmiast- bo ja tu jestem od innych rzeczy, zapewniam bezpieczeństwo...

Jego słowa wywołały jednak jeszcze większą falę krytyki. Weronika uderzyła ponownie - a kiedy ostatnio to bezpieczeństwo zapewniłeś? Kiedy dopingowałeś Dzikiego przez okno jak walczył z Dziadem, czy na tych wartach, których jeszcze nigdy nie wziąłeś!? – warknęła.

- Dokładnie! Najłatwiej siedzieć na tłustej dupie i komentować decyzje innych - wtrąciła Oli.

- DOŚĆ!- przerwał Dziki. Chociaż fala krytyki, która poleciała w stronę Smalca, była mu na rękę, to ostatnią rzeczą jakiej potrzebował był otwarty konflikt w jego grupie.- Posłuchajcie mnie, nie ma sensu się kłócić. Zasady są jasne, każdy ma robić tyle, ile jest w stanie i o nic więcej was nie proszę. A co do moich decyzji, rzeczywiście nie zawsze były słuszne i muszę przyznać, że powinienem wziąć szerszy aspekt pod uwagę, gdy zdecydowałem się jechać z Wilkiem. Co się jednak stało, to się nie odstanie i teraz muszę się skupić, byśmy nie odczuli konsekwencji tego, co zrobiłem…- powiedział, chcąc zakończyć kłótnie, w słowo jednak po raz kolejny weszła mu Weronika.

- Jesteś dla siebie zbyt krytyczny…- stwierdziła, wpatrując się w niego nieco zbyt długo, by można to było uznać za normalne.

Speszony, odwrócił wzrok w stronę drzwi.- Dobra, idę coś zjeść, a potem zmienię Edka na nocnej warcie…

- A dlaczego ty? - spytała natychmiast Oli - Czemu Smalec nie pójdzie!? Przecież on tu dba o bezpieczeństwo - stwierdziła, zerkając złośliwie w stronę otyłego jegomościa. Chłopak aż poczerwieniał, gdy doszło do niego, w jaką pułapkę się wpakował.

Chociaż Dziki z ochotą wysłałby Smalca na wszystkie nocne warty, był ważny powód, dla którego tego nie robił. Smalec był duchowym bratem Pietrasa ze Wspólnoty, podobnie jak on, potrafił zasnąć niemal w każdych warunkach. Sen miał przy tym tak twardy, że nie przeszkadzał mu ani warkot autobusu, ani rozmowy ludzi dookoła. Ba, raz udało mu się nawet przespać moment, gdy Green po zbyt gwałtownym hamowaniu spadł z półpiętra, zrzucając mu na głowę książkę, którą czytał. W normalnych warunkach wysłanie kogoś takiego by ich pilnował, byłoby szaleństwem.

Smalec musiał jednak unieść się honorem, bo podrywając się z miejsca, ryknął - dobra, widzę co się tu odgrywa. Idę na wartę i biorę energetyk, zobaczycie jeszcze - stwierdził i zabierając Korkowi puszkę spod nóg, ruszył na zewnątrz, ledwo przeciskając się w szparze między autobusem a wyjściem.

Dziki pokręcił głową, nie do końca podobał mu się ten pomysł, ale Oli popatrzyła w jego stronę wyraźnie zadowolona.- Niech chociaż raz się na coś przyda - stwierdziła z uśmiechem.

Dziki skinął na nią głową i przeszli się w głąb sali do rozstawionych stołów. Biorąc z kuchenki gazowej garnek odgrzanego bigosu z puszki, usiadł na jednym z krzeseł i nałożył sobie sporą porcję na talerz.- Wiesz, dziękuje za wsparcie, ale jest pewien powód, dla którego nie wysyłam go na warty. Ja mu po prostu nie ufam – wyszeptał, zaczynając posiłek.

Oli nachyliła się i również wyszeptała - ja wiem, ale tutaj nic nas nie atakuje, prawda? Mówiłeś, że Las Ludzi blokuje prawo trzech, więc dlaczego ty masz się męczyć na bezsensownej warcie.

Dzikiego wcale jednak to nie uspokoiło. -Tu nie chodzi tylko o niewykształconych Oli, są jeszcze ludzie - westchnął.

- Daj spokój, kto będzie się włóczył w nocy po tej stronie Krańcowa? – odparła dziewczyna, rozciągając się na krześle.

Dziki pokiwał głową, udając, że zgadza się z tym, co powiedziała. Miał jednak zamiar zmienić Smalca, kiedy już wszyscy pójdą spać. Nie miał zamiaru powierzać ich bezpieczeństwa komuś takiemu.- Powiedz, Smalec podpadł czymś Weronice, że tak na niego naskoczyła? Normalnie to taka cicha dziewczyna – spytał, zainteresowany dziwnym zachowaniem podopiecznej.

Oli zaczerwieniła się, robiąc minę, po której Dziki od razu poznał, że będzie kręcić.- Oj wiesz, on wszystkim podpada...- powiedziała, błądząc gdzieś wzrokiem.

- Oli? Coś ukrywasz, prawda? – stwierdził Dziki.

Wiedział, że dziewczyna była po prostu zbyt ekspresywna, żeby móc coś ukryć.

- Oj, no bo ja obiecałam, że nie powiem…- stwierdziła nagle, zerkając znacząco na Dzikiego. Ten, gdy tylko uświadomił sobie o co chodzi, zakrztusił się jedzeniem.

- Nie! Od kiedy? – spytał przerażony.

- Od momentu, kiedy swojej pierwszej nocy wyciągnąłeś ją z namiotu i ochraniałeś przed potłukiem. Ciągle o tobie wspominała, zamartwiała co się z tobą dzieje, a później, gdy pojawiłeś się w przedszkolu i uratowałeś nas. Wtedy coś do ciebie poczuła - zaczęła wyjaśniać Oli.

- Przecież to właściwie Mike was uratował - wtrącił natychmiast.

- Jeju, Dziki, przecież wiesz, że to tak nie działa...- westchnęła, patrząc się na niego jak na dziecko.

- Ale przecież nigdy nic nie mówiła - stwierdził Dziki.

- Faceci...- westchnęła Oli, patrząc się na niego z politowaniem - poza tym ty jesteś z Dix. Ona wie, że nie może się z nią równać, więc po prostu cierpi sobie w ciszy.

- Ja nie chciałem przecież, o matko… W starym świecie nawet się żadna za mną nie obejrzała! - zaprotestował.

- Wybacz, ale po tym, co usłyszałam, wiem już, że nie potrafisz odczytywać żadnych sygnałów, nawet jeśli dostajesz nimi w twarz - odparła Oli, zakładając znacząco ręce na pierś.

- To co ja mam teraz zrobić? – spytał przerażony.

- Chyba nic…- odpowiedziała Oli.

- Jak to nic?- westchnął już całkiem zmieszany.

- No a co zrobisz? – spytała, wyzywająco.

- Eee, chyba nic… - stwierdził w końcu, czując że ta rozmowa go przerosła.

- Tak myślałam…- powiedziała Oli z wyraźnym wyrzutem w głosie i podniosła się z miejsca.

Dziki siedział przez chwilę całkiem zszokowany.- Faceci? Chyba kobiety…- westchnął sam do siebie i z jakąś dziwną irytacją, zaczął dźgać łyżką niedojedzony bigos.

Kątem oka zobaczył, że Oli usiadła obok Weroniki i teraz obydwie żywo o czymś dyskutowały co i raz zerkając w jego stronę.

Nie chcąc dłużej pozostawać na ich celowniku, pośpiesznie dokończył posiłek. Ponieważ nikt jeszcze nie kładł się spać postanowił, że zdrzemnie się chwilę, zanim pójdzie zmienić Smalca na warcie. Minął pochłoniętych grą Klucza i Korka i rozłożył się na swoim materacu. Ostatnie dni były dla niego naprawdę ciężkie, więc gdy tylko przyłożył głowę do plecaka służącego za poduszkę, niemal natychmiast odpłynął.

***

- Jesteś taki chciwy, Dziki! Nie tego się po tobie spodziewałem!- ryknął wściekle Pierwszy, a szkła w jego masce rozjarzyły się jak dwie czerwone gwiazdy na tle czarnej gumy.

- Poczekaj, ja wszystko wyjaśnię! – krzyknął Dziki, czując, że z jakiegoś powodu nie może się podnieść z kolan.

- Za późno, wziąłeś to co należy do mnie, teraz ten świat zemści się na tobie - ryknął Pierwszy, wskazując na niego palcem, a jego głos rozbił się echem po okolicy.

Dziki poczuł, jak ziemia pod nim zaczyna drgać coraz mocniej, budynki dookoła zaczęły rozpadać się jeden po drugim.

- PROSZĘ, NIE RÓB TEGO! – wykrzyczał w stronę Pierwszego, który nie wiadomo czemu wznosił się w stronę nieba.

- Miałeś swoją szansę, Dziki…- stwierdził mężczyzna, odwracając się plecami i znikając gdzieś za horyzontem.

Dziki poderwał się z kolan czując, że asfalt na którym klęczał, pęka w pół. Z oddali dostrzegł światła autobusu, widział jak pęknięcie zmierza w jego stronę.

- JANEK, UCIEKAJ! - krzyknął, wyciągając rękę. – DLACZEGO STOISZ!

Rozpadlina otworzyła się tuż pod autobusem, a auto z impetem runęło obijając się o wystające pod spodem skały. Dziki usłyszał krzyki jego mieszkańców.

Siadając na materacu, obudził się zlany potem. To był jeden z najwyraźniejszych koszmarów jaki miał w ostatnim czasie. Rozejrzał się po panującej dookoła ciemności, ale jego wzrok nie był w stanie się przez nią przebić. Wszyscy mieszkańcy autobusu musieli już twardo spać, bo nigdzie nie paliła się ani jedna latarka. Rozkładając się na wznak, spróbował opanować bijące wściekle serce, które ciągle jeszcze nie mogło sobie uświadomić, że to nie była rzeczywistość.

Przetarł ręką zaropiałe oczy i sięgnął pod poduszkę, by wyciągnąć telefon. Na włączonym wyświetlaczu pojawiła się godzina 2:42. Zaklął cicho pod nosem wściekły na samego siebie. Musiał być tak zmęczony, że jego krótka drzemka zamieniła się w pełnoprawny sen. Podnosząc się z materaca, wymacał w ciemności pistolet, który wykopał gdzieś poza obręb legowiska i po chwili walki z suwakiem wyciągnął puszkę coli ze swojego plecaka.

- Mogłem się tego spodziewać…- westchnął sam do siebie, próbując się rozbudzić gazowanym napojem.

W całkowitej ciemności nie dostrzegał nawet zarysów postaci, słyszał jedynie równomierne oddechy i ciche pomrukiwania śpiących dookoła ludzi. Zgniatając dopitą puszkę, wstał, oświetlając sobie drogę wyświetlaczem telefonu i ruszył w stronę wyjścia, gdy nagle usłyszał strzał.

Stanął jak sparaliżowany, próbując wypatrzeć co się dzieje na zewnątrz. Kilka osób z autobusu mruknęło nerwowo.

W tym momencie Dziki dostrzegł postać wchodzącą na salę gimnastyczną. - To ty, Smalec?- spytał, trzymając zaciśniętą w pogotowiu broń.

Postać zatrzymała się, była zbyt szeroka nawet jak na Smalca i zdecydowanie za wysoka. Walcząc chwilę ze swoimi bojówkami, Dziki wyciągnął małą latarkę schowaną w kieszeni spodni i skierował snop światła w stronę cienia.

Przez chwilę myślał, że znowu śni mu się koszmar, ale to było coś znacznie gorszego od najstraszniejszego nawet koszmaru. Pośrodku sali stał Delimer.

Dziki zamarł, oświetlając jego głowę schowaną pod maską spawalniczą. Istota zatrzymała się i przyglądała mu przez czarne szkiełko dobrych kilka sekund, nim leniwie ruszyła w jego stronę.

- UCIEKAĆ! – ryknął Dziki, strzelając w powietrze.- UCIEKAĆ! DELIMER! UCIEKAĆ!

W tym momencie zaczął się chaos, ludzie poderwali się w szoku z karimat i po omacku w ciemności zaczęli szukać wyjścia. Dziki usłyszał trzaski, przekleństwa i dźwięki rozsypywanych przedmiotów.

- TAM, W TAMTĄ STRONĘ! – krzyczał, próbując oświetlić latarką wyjście. Po chwili jednak ktoś się pomylił i zamiast do wyjścia zaczął biec w jego stronę.- NIE! NIE DO MNIE! – wrzasnął, zatrzymując Laurę, która po omacku, pędziła wprost na Delimera.

Przerażony, odepchnął dziewczynę od siebie i poczuł jak ręka niewykształconego przelatuje w miejsce, w którym jeszcze przed chwilą wisiała latarka. Po chwili doszło do niego, że bestia musiała być w nocy tak samo ślepa, jak oni. Chcąc odciągnąć ją od szukających wyjścia kompanów, cisnął latarką w róg Sali. Niewykształcony ruszył natychmiast w stronę światła.

- Laura, gdzie jesteś? – szepnął, próbując odnaleźć po omacku dziewczynę. Zamiast odpowiedzi usłyszał jedynie cichy szloch, kierując się płaczem, złapał papużkę za rękę.-Chodź, musimy iść – wyszeptał w jej stronę.

- Ja się boję, ja nie chcę – zakwiliła dziewczyna, kuląc się na podłodze.

- Spokojnie, jestem przy tobie. On nas nie zobaczy…- wyszeptał i przyciągając dziewczynę do siebie, ruszył w głąb sali. Delimer swoim wielkim ciałem przysłonił latarkę, bo znowu zrobiło się całkiem ciemno. Dziki czuł jednak zimne powietrze napływające z zewnątrz.

- Jeszcze kawałek – szepnął do dziewczyny, gdy nagle usłyszał obok siebie trzask podłogi.

Poczuł, że ktoś nad nim stoi, gdy nagle obcy głos wyszeptał w ciemności - Idź do przodu, ja go odciągnę.

Chwilę później ciemność rozjaśnił wystrzał z broni.

W krótkim rozbłysku dostrzegł Klucza i Oli przyciśniętych do jednej ze ścian w poszukiwaniu wyjścia. Delimer musiał skierować się w stronę strzelca, bo dźwięk trzeszczącej podłogi oddalał się od nich. Nie czekając, Dziki ruszył biegiem w stronę latarki, którą wyrzucił wcześniej. Podnosząc ją z ziemi, krzyknął -TAM JEST WYJŚCIE! – jednocześnie skierował snop światła w stronę drzwi.

Zobaczył, jak jakaś postać przemyka ciemności, gdy nagle tuż przed nim wyrósł Delimer. Ponownie wyrzucił latarkę w kąt sali by zwrócić uwagę potwora, a kilka kolejnych strzałów padło w mroku.

Przebiegając na ślepo tuż obok potwora, o włos minął jego rękę. Odpalając w dłoni telefon, przebiegł światłem po ścianie, wypatrując w ciemności skulonego obok grzejnika Korka.

- Tutaj, za moim głosem! – wykrzyczał, chwytając chłopaka i poprowadził go na zewnątrz.

Po chwili tuż obok przebiegli Bocian i Green.

- Przelicz ludzi, jak będą wszyscy, daj mi znać! - rozkazał Krokowi i wrócił do sali, oświetlając sobie drogę ekranem telefonu.

Przebiegając obok materacy, złapał za czyjąś latarkę, pozostawioną obok posłania. Zapalił światło by zlokalizować Delimera.

Niewykształcony stał mniej więcej pośrodku sali i momentalnie spojrzał prosto na niego. Dziki wyłączył latarkę i przebiegł w ciemności, macając ręką ścianę. W pewnym momencie wyczuł, że złapał kogoś za brzuch. - ZA MNĄ ! – rozkazał, ponownie włączając na chwilę światło, by zlokalizować wyjście i dostrzegł obok siebie Beatę. Delimer stał już w miejscu, w którym Dziki był chwilę temu. Okrążając go szerokim łukiem, pociągnął dziewczynę do wyjścia.

- CO JEST, KOREK? – krzyknął, widząc postać stojącą w drzwiach.

- Brakowało tylko Beaty, są już wszyscy!- odpowiedział chłopak.

Dziki razem z dziewczyną wbiegli do autobusu.- JANEK, RURA! – krzyknął.

Autobus wystrzelił spod szkoły, taranując przymkniętą bramę i wypadł na ulicę. Przerażony Dziki przebiegł wzrokiem po zadyszanych postaciach rzucających na niego lękliwe spojrzenia.- Wszyscy są cali? – spytał.

Kilka osób pokiwało głowami, inni ciągle wpatrywali się w niego z lękiem w oczach.

- Czy nikt…. Czy Delimer kogoś dotknął? – spytał, czując że głos grzęźnie mu w gardle.

- Chyba nie…- odpowiedziała szeptem Oli.

- MUSZĘ BYĆ PEWIEN! – krzyknął, nie mogąc utrzymać nerwów na wodzy.

Rozejrzał się po przerażonych twarzach zgromadzonych, gdy dostrzegł łzy na twarzy Korka.

- Co się dzieje... powiedz mi!? – spytał, zbliżając się do chłopaka, czując jednocześnie, jak żołądek skręca mu się w harmonijkę.

- Coś mnie dotknęło, tam w ciemności!- opowiedział chłopak, zalewając się łzami.

W tym momencie obie Papużki pisknęły przeraźliwie a Janek zaklął.

- ALE JA NIE WIEM, CZY TO BYŁ DELIMER! – wrzasnął przerażony Korek.

- Dziki, mnie też coś dotknęło…- stwierdził Klucz.- … ale ja nie wiem co to było. Wszystko działo się tak szybko. Równie dobrze to mógł być ktoś z nas.

- Janek, zatrzymaj autobus…- rozkazał Dziki.

- Co ty chcesz zrobić? – spytał zlękniony kierowca.

- ZATRZYMAJ AUTOBUS, JUŻ! – krzyknął wściekle, a Janek zahamował gwałtownie, prawie stając pojazdem dęba.

- Dziki, proszę, co ty…- zaczęła Oli, ale on już jej nie słuchał.

Złapał za schowek kierowcy i wyciągnął z niego dużą latarkę. Szarpnięciem otworzył drzwi do autobusu i wybiegł na drogę, kierując się w stronę szkoły. Zatrzymał się kilkanaście metrów dalej, oświetlając bramę, którą przed chwilą wyważyli.

- Proszę, nie… proszę, tylko nie to…- szeptał sam do siebie, wypatrując czy Delimer ruszy za nimi w pościg.

Stał tak kilka minut otoczony jedynie przez ciemność i warkot oddalonego autobusu. Wyciągnięta dłoń z latarką zaczęła mu ciążyć, ale nie opuścił jej nawet na chwilę, ciągle wpatrując się w stronę szkoły. Po kilku kolejnych minutach musiał opuścić rękę, czując odrętwienie. Gdy przekładał latarkę do drugiej dłoni, usłyszał trzask.

Delimer wyszedł przez drzwi szkoły i ruszył powoli w stronę bramy wyjściowej. – Nie…- Dziki potrząsnął głową, widząc jak ogromna postać kroczy nieśpiesznie w jego stronę.- Błagam, nie…

Niewykształcony zatrzymał się równo z wyrwaną bramą i rozglądał po okolicy, nie dał już jednak nawet kroku w przód. Dziki stał, obserwując go, gdy nagle usłyszał znajomy głos z ciemności.- Jeżeli nikogo nie dotknął, nie wyjdzie poza bramę…

Dziki poczuł niewyobrażalną ulgę, która jednak szybko zastąpił niepokój. Obracając się, oświetlił właściciela głosu. Pierwszy, który stał kilka kroków od niego, wpatrywał się w Delimera przez szkła w masce gazowej. Choć mężczyzna uratował kiedyś Dzikiemu życie, to jednak ich rozstanie przebiegło w dość nieprzyjemnej atmosferze. Dziki strzelił bowiem do swojego wybawiciela, myśląc, że ten zabił Dix w trakcie walki.

Nie wiedząc właściwie, jak ma się zachować, powiedział po prostu - zabawne, śniłeś mi się dzisiaj… - Dziki stał, ledwo powstrzymując drżenie ręki. Schowana pod maską gazową twarz nie pozwalała mu odczytać emocji mężczyzny.

Pierwszy milczał jeszcze przez chwilę, po czym obracając głowę w stronę Dzikiego, odpowiedział - czyżby dręczyły cię wyrzuty sumienia? Niepotrzebnie.

- Posłuchaj, wtedy gdy strzeliłeś do Dix, ja…- zaczął tłumaczyć się Dziki, ale pierwszy przerwał mu niemal natychmiast.- Zrobiłeś dokładnie to, czego się po tobie spodziewałem, ni mniej, ni więcej. Nie musisz też czuć się wobec mnie dłużny. Wiem, że ze względu na mnie odszedłeś z Defektu. Po co? Nie pomogłem ci, bo liczyłem na wdzięczność czy jakąś nagrodę – stwierdził dobitnie.

- Masz dziwne podejście do wielu rzeczy. Chciałem tylko powiedzieć, że gdy do ciebie strzeliłem, działałem pod wpływem emocji. Nie kontrolowałem się i żałuję do tej pory, że to się stało…- odpowiedział Dziki.

Pierwszy zbliżył się do niego. – Ja to rozumiem – powiedział, wlepiając w niego ciemne szkła - Pod wpływem wściekłości zabiłem ukochanego Dix i żałuję tego do tej pory, ale to nic nie zmienia. Gdy potłuczesz szklankę i powiesz jej ‘’przepraszam”, nie sprawi to, że zbierze się ona do kupy. Prawda jest taka, że Dix nigdy mi nie wybaczy, bo moja skrucha, nawet najszczersza, nie przywróci do życia Kamila. Zemsta to jej obsesja, pożera ją od środka, ale tylko ona ją jeszcze napędza. W każdym razie, jeżeli chcesz być częścią jej życia, musisz być częścią jej vendetty.

Dziki nie odpowiedział. Na to co usłyszał, nie było po prostu dobrej odpowiedzi. Spojrzał na stojącego w bramie Delimera i spytał, zmieniając temat - dlaczego do nas nie przyjdzie?

- Bo są jednymi z niewielu niewykształconych, którzy ignorują prawo trzech. A teraz jesteśmy poza jego terytorium. Delimer, który nie ma naznaczonego, krąży po swoim ścisłym rewirze. Dla niego, brama to granica - wyjaśnił Pierwszy, skupiając wzrok na niewykształconym.

Dziki, nie słysząc w głosie Pierwszego żalu, odetchnął z ulgą i spytał o to, co nurtowało go od początku - a ty, czemu tu jesteś?

- Kto wie?- odpowiedział Pierwszy - Może po prostu lubię to miejsce… Las Ludzi ma symboliczne znaczenie dla nas obu…- stwierdził, patrząc się na Dzikiego.

- Więc to ty wtedy strzelałeś i odciągnąłeś Delimera tam w środku? – pytał dalej.

- Hmm. Powiedzmy, że chciałem się z tobą przywitać, ale zamiast ciebie na warcie był ktoś inny. Tak nawiasem mówiąc, na twoim miejscu nie stawiałbym więcej grubasa jako strażnika, spał już od 22:00 - powiedział Pierwszy, kręcąc z politowaniem głową.

Dziki położył latarkę na ziemi, tak by światło sięgało ich obu. - Czemu więc nie przyszedłeś wcześniej? Nie wszedłeś do szkoły? Ludzie z autobusu nie zrobiliby ci krzywdy.

- Proszę cię Dziki, naprawdę chcesz, żeby wszyscy myśleli, że mamy ze sobą kontakt? Co o tym pomyślałaby Dix? Albo Kuba? Gdzie zasada neutralności autobusu…- zakpił Pierwszy.

- Mam problem z jej utrzymaniem - odparł Dziki i spytał natychmiast - co porabiałeś do tej pory?

Pierwszy zamyślił się przez chwilę.- Głównie się ukrywałem, trochę słuchałem plotek na radiu, przyznam się też, że zgubiła mnie ciekawość i poszedłem spotkać się ze Smutnym.

Dziki otworzył szerzej oczy, Smutny był jednym z najdziwniejszych bytów, jakie miał okazję spotkać w Nowym Świecie. Miał też kolejny dylemat, stał przed człowiekiem, który był w tym świecie dłużej niż ktokolwiek inny, wiedział o setkach rzeczy, których nie wiedział nikt inny. Miał wręcz miliony pytań, które mógłby mu zadać, ale zawsze, gdy się spotkali, było tak mało czasu. Ciągnąc jednak wątek, postanowił dowiedzieć się czegoś więcej o Smutnym. – Co sprawiło, że on taki jest?- spytał.

- Pytasz o jego charakter, czy ciało?- odparł Pierwszy.

- A jeżeli założymy, że o obie z tych rzeczy…- powiedział, wyraźnie podniecony Dziki.

Pierwszy znowu zamyślił się przez chwilę. Dziki zauważył już, że zachowywał się tak, jakby nigdy mu się nigdzie nie śpieszyło. – Jeżeli chodzi o jego doczesność - zaczął w końcu - to jak się zapewne domyślasz, jest to skutek działania błędów. Większość weteranów albo w ogóle unika kontaktu z nimi, albo wykorzystuje kilka poznanych. Smutny eksperymentował z dziesiątkami różnych, aż w końcu jego ‘’jaźń” przestała być jednością z ‘’ciałem’’. Ta sprawa jest dla niego dość problematyczna, bo choć nie jest już częścią swojego ciała, ciągle jest od niego zależny. Gdyby jego fizyczna forma umarła, jego jaźń też by zginęła. Dlatego musi je ciągle ‘’chować’’. Z tego, co dowiedziałem się mimochodem od ciebie, był tak zdesperowany, że wcisnął je za las ludzi. – wyjaśnił.

Dziki widząc, że Pierwszy nie ma problemów z dzieleniem się wiedzą, dopytywał dalej – no dobrze, ale dlaczego tak mu na nich zależało? Chciał być najpotężniejszy w Krańcowie?

Mężczyzna zdjął maskę gazową. Widać długa rozmowa przez filtry była dla niego męcząca. – Smutnego nie obchodzi ‘’potęga”, jest człowiekiem chorym z ‘’Żalu”. W starym świecie stracił żonę i córkę w wypadku samochodowym, który do tego sam spowodował. Uparł się, że odnajdzie błąd, który przywróci je do życia.

- Więc to o to chodziło? - Wtrącił Dziki - W tym liście? Ta kwestia, o którą się nie zgadzaliście? To, czy istnieje błąd, który przywróci zmarłych do życia?

Pierwszy podniósł jedną z brwi, przyglądając się Dzikiemu, jakby dziwiło go jego zainteresowanie. - Nie do końca. Powiedziałem kiedyś Smutnemu, że w nowym świecie nie pojawiają się ludzie, którzy w Starym byli już martwi. Okazało się jednak, że jest typ niewykształconego, który pochodzi bezpośrednio od zmarłych - Heterochromita.

- Czym oni są? Ci heterochromici? – spytał Dziki, którego zasłyszany w Strefie Głodu typ niewykształconego nurtował już od dawna.

Pierwszy podrapał się wolną ręką po głowie. – Oni są prawie jak ludzie, właściwie nie mają deformacji. Tylko ich oczy nie mają białek, są całe czarne. No i Heterochromici są świadomi, myślą, potrafią zastawiać pułapki… i pałają wręcz chorobliwą nienawiścią do normalnych ludzi.

- Wiesz, że Daniel łapał Heterohromitów?- Wtrącił Dziki - domyślasz się czemu?

- Pewnie z tego samego powodu, z którego robił to Smutny. Chcieli sprawdzić czy pamiętają oni swoje ‘’poprzednie życie”, czy też są tylko zbieżnością wyglądu.

Dziki czuł, jakby stanął przed bramami oświecenia. Pierwszy wiedział tak wiele rzeczy. Czy teraz powinien spytać go o błędy? Skoro tak chętnie dzielił się wiedzą, może nie będzie zachowywał się jak Kuba albo Zjawa. Gdy miał już otworzyć usta, do jego uszu dobiegł dźwięk, który zrujnował jego plany. Od strony autobusu słychać było głosy, a kilka snopów światła pojawiło się na drodze.

Pierwszy zaciągnął maskę z powrotem na twarz. - Twoi koledzy się chyba martwią, więc dwie szybkie rady na koniec. To miejsce jest tylko pozornie bezpieczne. Kręcą się tu jeszcze trzy inne Delimery, które swoim terytorium pokrywają większość przygranicznej Strefy. Zazwyczaj nie wchodzą do budynków, ale duża grupa jak twoja może je tam ściągnąć, więc nie przesiaduj tu zbyt często.- Dziki skinął głową, a mężczyzna kontynuował - i teraz najważniejsze, prawdziwy powód dla którego przyszedłem się z tobą spotkać. Jak najszybciej odejdź z Autobusu i wracaj pod opiekę Dix.

- Czemu?- spytał Dziki.

Pierwszy nie zdążył jednak odpowiedzieć, bo na drogę wyszła właśnie Oli razem z Jankiem świecąc dookoła latarkami. Mężczyzna uciekając przed nimi zniknął momentalnie, przeskakując w pobliskie chaszcze.

- Wszystko w porządku? – spytał kierowca, wychodząc naprzeciw, zamarł jednak przerażony gdy dostrzegł Delimera przy bramie.

- Spokojnie, nikogo nie dotknął, więc się stamtąd nie ruszy - stwierdził Dziki.

- Wydawało nam się, że z kimś rozmawiałeś? – spytała Oli.

- Po prostu zakląłem parę razy pod nosem, sporo rzeczy tam zostawiliśmy - skłamał Dziki.

- Na pewno nie będziemy po nie wracać, jeśli wszyscy są cali to do autobusu - stwierdził Janek odwracając się gwałtownie i pędem ruszył w stronę czerwonych świateł pojazdu.

- Chodź, Oli - westchnął Dziki.

- Mieliśmy dzisiaj sporo szczęścia - stwierdziła dziewczyna, łapiąc go za rękę

- Albo pomoc prosto z tego świata - odpowiedział a Oli zerknęła na niego podejrzliwie.

Ze środka autobusu dobiegały właśnie jakieś wrzaski. Dziki wszedł akurat, by zobaczyć, jak Bocian próbuje udusić Smalca.-…TO NIE JAKIŚ KOCIAK, KTÓRY PRZEKRADA SIĘ BEZSZELESTNIE. JAK DELIMER LEZIE, TO SIĘ AŻ TRZĘSIE ZIEMIA! JAK MOGŁEŚ GO NIE ZOBACZYĆ! – wrzeszczał, zaciskają palce coraz mocniej.

Ku przerażeniu Dzikiego, nikt nie nawet nie próbował go powstrzymać, wpadł więc szybko między walczących.- SPOKÓJ! - krzyknął, odpychając Bociana na bok.

- Przez tego sukinsyna o mało wszyscy nie zginęliśmy!- krzyknęła Weronika.

- Powinniśmy go wypieprzyć z autobusu! – warknął Edek.

Smalec spojrzał przerażony na otaczających go ludzi. Nawet jego kumpel, Klucz, nie wyglądał na skorego do bronienia swojego kompana. Dziki westchnął czując, że być może popełnia błąd, ale jako jedyny postanowił stanąć w jego obronie.- Słuchajcie, nie będziemy nikogo wyrzucać… Biorę tę winę na siebie, bo doskonale wiedziałem, że Smalec nie nadaje się na wartownika, a mimo to zgodziłem się wysłać go, by nas pilnował. Na szczęście nic się nikomu nie stało…- stwierdził.

- Dzięki tobie, a on naraził nas wszystkich – stwierdziła Weronika, czym znowu rozpoczęła wrzawę

- POSŁUCHAJCIE MNIE! - krzyknął Dziki, uciszając zgromadzonych - ja też was naraziłem.

- Ty działałeś dla większego dobra, i miałeś drobną wpadkę a on po prostu spał, olewając nas wszystkich - wtrąciła Weronika.

- DOŚĆ, POWIEDZIAŁEM! – krzyknął Dziki, nie mogąc już wytrzymać. – Wszyscy kładźcie się spać, ty też Janek. Będę dzisiaj pilnował przez resztę nocy i zabiorę nas gdzieś dalej.

Większość widząc, że Dziki jest już naprawdę zły, rozeszła się na swoje siedzenia. Nie czekając zajął miejsce za kierownicą i ruszył w drogę. Po chwili ciszy jaka zapanowała w autobusie, Smalec usiadł obok niego.

- Dziki, jest mi naprawdę przykro, ja…- zaczął tłumaczyć się chłopak, ale Dziki przerwał mu natychmiast.

- Posłuchaj mnie uważnie, od dzisiaj wszyscy będą mieli cię na oku bo naprawdę ostro przegiąłeś. A ja nie będę więcej stawał w twojej obronie, teraz ty musisz udowodnić im, że jesteś coś wart. A teraz odejdź, chcę się skupić na drodze.

Smalec spuścił głowę i ruszył na tył autobusu, zostawiając Dzikiego samego z uciekającym spod kół asfaltem.



261 wyświetlenia14 komentarz