Krańcowo II - Rozdział V - Kod Weterana

Aktualizacja: mar 21

Szpitalny zapach był pierwszą rzeczą, jaką odnotowały powracające z długiej podróży zmysły Dzikiego. W umyśle zrodziła mu się szalona myśl, że może wszystko, co przeżył do tej pory to tylko urojenia tkwiącego w śpiączce człowieka, a żaden "Nowy Świat” nigdy nie istniał.

Powoli otworzył oczy, skupiając wzrok na białym suficie, co jeszcze bardziej pobudziło jego wyobraźnie. Niestety już po chwili do jego uszu dobiegł znajomy głos Wilka, całkowicie rujnując nadzieję o majakach. - Hej Dziki, dobrze że się w końcu obudziłeś…- stwierdził.

Powoli obracając głowę, zobaczył siedzącą na łóżku obok, postać mężczyzny. Wilk miał zabandażowaną rękę wiszącą na temblaku i zapadniętą bladą twarz. Nie mniej uśmiechnął się, gdy tylko dostrzegł, że Dziki oprzytomniał.

- Nie wiem jak mam cię przeprosić za ten bałagan – zaczął - uwierz mi, gdybym przewidział, że to będzie, chociaż w połowie tak niebezpieczne, nigdy nie ośmieliłbym się narażać ciebie i twojego przyjaciela.

- Co z Mike’m ?- spytał, czując dziwną sztywność w ustach. - O, wszystko z nim w porządku to twardy koleś - stwierdził Wilk, odwracając głowę w stronę okna. Dziki spróbował się podnieść, ale poczuł niewyobrażalny ból w okolicy brzucha. Jakby miał w środku ostrze, które kroiło go z każdym ruchem. - Gdzie my w ogóle jesteśmy?- zapytał, krzywiąc się z bólu. - W pseudo-szpitalu Wspólnoty. Nie martw się o koszt, po tym, co się stało, czułem się zobowiązany, więc opłaciłem twój pobyt i leczenie – uspokoił go Wilk. Rozglądając się po pomieszczeniu, Dziki zrozumiał, że słowo "Pseudo” miało raczej dominujące znaczenie. Tak naprawdę siedzieli w zwykłym pokoju ze ścianami niedokładnie pomalowanymi na biało, łóżka były po prostu normalnymi leżankami z twardym materacem, a stojące obok szafeczki wyglądały jak przyniesione ze zwykłego salonu. Podnosząc kołdrę w panterkę, Dziki zobaczył opatrunek na swoim brzuchu. Ten wyglądał na dość profesjonalny, nie sądził, by zrobił go ktoś nieznający się na rzeczy.

- GDZIE PCHASZ TE ŁAPSKA! – ryknął ktoś tak niespodziewanie, że Dziki prawie rzucił kołdrę. Do pokoju wszedł jakiś grubawy mężczyzna o potężnych zakolach i kilku dniowym zaroście. Gdyby nie maksymalny wiek pojawiających się dałby mu co najmniej czterdzieści lat. Mężczyzna nosił na szyi stetoskop, więc to on musiał być lekarzem, chociaż jego szare dresowe spodnie i biała koszulka na ramiączka nie co burzyły ten obraz. - Nienawidzę szyć ludzi, więc jak to rozdrapiesz, będziesz się sam poprawiał – warknął mężczyzna, podchodząc do Dzikiego.

- Szyłeś mnie? – spytał niepewnie. - Nie skleiłem taśmą… Oczywiście, że cię cholera szyłem, miałeś nóż w brzuchu - syknął wściekle mężczyzna, kładąc Dzikiemu rękę na czole. – Jak się w ogóle pacjent czuje? - Trochę to boli…- stwierdził Dziki. Na co lekarz zareagował ironicznym spojrzeniem. - Ty nawet nie wiesz, jak to boli, bo cały czas jesteś na prochach, poczekaj aż puszczą…- stwierdził dobitnie, odwracając się w stronę Wilka.- A z tobą jak? - Wszystko cacy - odpowiedział, uśmiechając się szeroko.

- Dobra to zwalniasz dzisiaj miejsce - stwierdził lekarz i wyszedł z pokoju. Dziki spróbował przekręcić się na bok, ale ból w podbrzuszu nasilił się momentalnie, więc zrezygnowany zwrócił głowę do swojego kolegi w nie doli. - Jak długo tu jesteśmy? – spytał, czując z jakiegoś powodu dziwny niepokój. - Dwa dni – odpowiedział Wilk, co przypomniało Dzikiemu czemu tak się denerwował. - Co z autobusem? Moimi ludźmi?- zawołał przestraszony. - Spokojnie Dziki, nie denerwuj się. Wszyscy są bezpieczni, opłaciłeś im pobyt, pamiętasz? A autobus czeka na placu, nic się z nim nie stało – stwierdził Wilk, próbując uspokoić Dzikiego. Ten jednak miał w głowie chaos, nie dość, że postąpił wbrew woli Kuby i wykorzystał autobus, by pomóc Wilkowi, to jeszcze dał się na tym złapać. Daniel wiedział już, że Dziki nie jest neutralny, a to narażało ich wszystkich. Do tej pory Armia nie miała szczególnego powodu, by ich ścigać, ale teraz? Uciekając, zabili przecież trzech jej członków. Co, jeśli Daniel będzie chciał się zemścić i skupi swoje siły na autobusie. Dziki poczuł, jak przelewa go wściekłość. Jak mógł zachować się tak nieodpowiedzialnie? Przecież nie chodziło tylko o niego, ale o wszystkich, którymi się zajmuje.

- Coś cię dręczy? – spytał Wilk, wyrywając go z zamyślenia. - Daniel już wie, że Ci pomogłem - odpowiedział. Szeryf Krańcowa zrobił skruszoną minę i odwrócił się w stronę okna.- Jeszcze raz cię przepraszam. Myślałem, że po prostu przekradniemy się nie zauważeni, gdybym tylko wiedział - westchnął. - Myślisz, że twój informator nas wydał? - spytał Dziki, nie chcąc jeszcze raz słuchać przeprosin, które i tak nic już nie zmienią. - Wątpię, to kosztowałoby go życie. Daniel by mu nie wybaczył. Musieliśmy po prostu mieć pecha.

Dzikiemu przyszło w tym momencie coś do głowy. Coś, o czym nie pomyślał wcześniej, może dlatego, że nie byli bezpośrednio w Strefie Głodu, ale pasowałoby to do całej sytuacji.- A jeżeli to nie był pech - stwierdził nagle, a szeryf Krańcowa spojrzał na niego pytająco.- Kiedyś byłem w Strefie Głodu, dowiedziałem się wtedy, że Daniel zawsze wie, gdy pojawi się tam ktoś nowy. Myślałem, że to taka bujda albo takie propagandowe gadanie. Teraz jednak tak myślę, a jeżeli on naprawdę tak potrafi? Ma jakiś błąd, który mu na to pozwala? Wilk popatrzył na niego z lekko otwartymi ustami, jakby nagle coś sobie uświadomił.- Jeżeli tak jest, to naraziłem nas jak idiota. Wiesz, wielu ludzi myśli, że błędy to takie fizyczne power-upy, że możesz dzięki nim stać się szybszy albo silniejszy. Prawda jest jednak taka, że mogą przybierać dużo bardziej zaawansowane wymiary, o czym sam się przekonałeś. Kurde blacha powinienem był rozważyć taką możliwość, że to jednak strasznie blisko - powiedział Wilk, wyraźnie zły na samego siebie.

- Kiedyś też tak myślałem, żadnych innych nigdy też nie widziałem. Aż do momentu, gdy wyszedłem z siebie - stwierdził Dziki, przypominając sobie, co działo się, nim stracił przytomność. - Ten błąd, którego używa Szara, nie jest zbyt przyjemny w odczuciu, zwłaszcza jak robisz to pierwszy raz. Ja i ona jesteśmy ze sobą zżyci, dlatego nasze ciała wymieniają się miejscami tak sprawnie - wyjaśnił. - A po co była obrączka? – spytał Dziki, przypominając sobie, że tuż przed podmianą Wilk wsunął mu ją w dłoń. - To taki Katalizator. Ponieważ robiłeś to pierwszy raz, był potrzebny do "zaczepienia". Serce Dzikiego zabiło z podniecenia, po raz pierwszy ktoś rozmawiał z nim swobodnie o błędach.

- Za nim Szara nas uratowała, walczyliśmy z Danielem. Był przerażająco silny, zastanawiam się czy ktokolwiek nie używający błędów dałby mu ra...- Wilk przerwał mu jednak, prawie wykrzykując -Walczyliście z Danielem?! Myślałem że to Ręka Olbrzyma was pojmała.

- No nie – wyjaśnił Dziki- Gdy uciekaliśmy z pizzeri, Łajza zablokował nam drogę by kupić sobie trochę czasu, gdy już się wydostaliśmy, dogonił nas Daniel...

- Sukinsyn - wtrącił po raz kolejny Wilk, komentując zachowanie informatora.- Co było dalej? - Spytał wyraźnie podniecony...

- Nie miał broni, wyrzucił ją chwilę przed walką. Traktował to wszystko jak zabawę. Byliśmy we dwóch, uzbrojeni, mieliśmy przewagę pod każdym względem, a on nas po prostu zmiażdżył...

Słysząc to, Wilk wyjrzał na chwilę przez okno, widać było, że coś mocno go dręczy. - Już od dawna krążyły pogłoski, że spośród wszystkich ludzi posługujących się błędami, to Daniel jest najsilniejszy - powiedział wyraźnie zrezygnowany - Zresztą on wcale nie kryję się ze swoją potęgą, z tego, co wiem, zawsze idzie w pierwszym szeregu, gdy dochodzi do walk z niewykształconymi. Słyszałem nawet, że ocenia to, jak są niebezpieczne, walcząc z nimi bez użycia broni. Wiesz w ogóle, skąd wzięło się zawołanie Armii? Gdy Daniel zaczął już ostro pogrywać z weteranami i wyszły jego prawdziwe intencje, sporo osób miało w planach się go pozbyć. Zebrałem więc grupę ludzi i zaatakowaliśmy go, jeszcze przed powstaniem Strefy Głodu. Dziki usiadł, zapominając na chwile o bólu i wsłuchał się uważnie w słowa Wilka. -... Wtedy to był zaledwie oddział, ale dobrze uzbrojony. Pierwszy wciąż był przy Danielu i nie szczędził kuzynowi wyposażenia. Wiedzieliśmy, że to będzie ciężka walka, ale udało nam się ich zaskoczyć nocą. Pewnie żaden się nie spodziewał, że ktoś przedrze się przez centrum o tej porze. Walka trwała aż do rana, oddział Daniela otoczony w starym pawilonie i my na zewnątrz. Ludzie padali jak muchy, niestety tylko po naszej stronie. Pierwszy i Daniel byli przerażającą mieszanką, myślałem już, że wszystko pójdzie na marne... że oddamy tam życie na próżno. I wtedy Sobart, moja prawa ręka i przyjaciel, wbiegł do pawilonu, trzymając butlę gazową. Nie wiem nawet, skąd on ją wytargał, wszystko działo się tak szybko... a potem cały budynek po prostu rozerwało. Wilk zrobił pauzę, jego twarz przybrała ponury, smutny wygląd. - Gaz, Viktor, Lusi, Boni, Hektor, Kolan, Tymon, Damiano, Stanisz i Sobart - wymieniał pseudonimy- wszyscy ci weterani zginęli pod pawilonem... Cudowni ludzie, praworządni, najlepsi jakich nosiła ta ziemia. Gdy odchodziłem stamtąd razem z Szarą, byłem przerażony... z drugiej strony ciągle myślałem, że ich śmierć nie poszła na marne, że zdławiliśmy ''Wielkie zło'' nim zdążyło rozwinąć skrzydła... I wtedy słyszę to... Jakby ktoś krzyczał do mnie ''Daniel Żyje'', odwracam się i widzę, jak wyciągają go z gruzów. Czysta kpina z Sobarta i pozostałych, kpina, którą zmienili w swoje zawołanie, jakby ciągle przypominając, że ich wodza nie da się zabić... - A da się?- wtrącił Dziki. - Oczywiście, że tak – odpowiedział poirytowany Wilk - gdybym tylko poznał jego pierwotną wolę, mógłbym ją przełamać i...

Dziki poczuł już, jak serce drży mu z podniecenia. Za chwilę miał się dowiedzieć czegoś nowego o błędach, w tym jednak momencie słowa Wilka przerwał krzyk zza drzwi.- POWIEDZIAŁEM TYLKO ŻE JEST PRZYTOMNY NIE ŻE MOŻECIE SIĘ TU PCHAĆ!

Wilk spojrzał w stronę drzwi, zapominając o tym co miał powiedzieć, a zewnątrz dobiegł odgłos licznych kroków.

- GDZIE, NO GDZIE, TO NIE SKLEP MIĘSNY! – wykrzykiwał dalej, najpewniej lekarz wspólnoty. Mimo jego wyraźnego zakazu już po chwili drzwi od pokoju otworzyły się, a do środka wpadł cały tłum ludzi. Dziki dostrzegł Oli oraz innych mieszkańców autobusu, Mike’a razem z Krzakiem, Szarą górującą nad wszystkimi i o dziwo Siwego w towarzystwie Mańka. W małym pokoju zrobiło się ciasno jak w puszcze sardynek, wściekły lekarz ciskał klątwami we wszystkie strony, po chwili jednak warknął - A róbcie co chcecie...- po czym wyszedł zrezygnowany. Gromada ludzi zebrała się chaotycznie na łóżkiem Dzikiego, Oli przebiła się jako pierwsza, próbując go udusić swoim uściskiem, zaraz za nią dopchał się Siwy, który o zgrozo zrobił dokładnie to samo. Kolejni ludzie przepychali się do niego. Gdy raz za razem odpowiadał, że czuje się dobrze, kątem oka wypatrzył Wilka i Krzaka, którzy rozmawiali przyciszonymi głosami w rogu pokoju. Krzak nie miał wesołej miny i co chwila kiwał nerwowo głową.

- Trochę nas tu za dużo, dajcie chłopakowi odetchnąć! – krzyknął Mike, starając się opanować gromadę. - Mike ma rację, skoro wszyscy się już przywitali, to dajcie Dzikiemu odpocząć – zawołał Krzak tonem nieznającym sprzeciwu. Mieszkańcy autobusu niechętnie jeden po drugim wychodzili z pokoju, najdłużej dąsała się Oli, która liczyła pewnie, że uda jej się zostać. Krzak odprowadził ją jednak na zewnątrz i po chwili w środku oprócz Wilka i Dzikiego zostali tylko on Mike i Szara.

- Dobra teraz możemy porozmawiać w spokoju…- Stwierdził dawny lider Wspólnoty, gdy nagle drzwi otworzyły się jeszcze raz. Krzak spojrzał na nie, nerwowo myśląc pewnie, że jakiś maruder chce jeszcze pomęczyć Dzikiego, ale po chwili się uspokoił, bo do środka weszła Dix. Dziki nie mógł powstrzymać radości, która rozlała się w nim, Dziewczyna uśmiechnęła się w jego stronę i podbiegła do łóżka obdarzając go niesamowicie długim pocałunkiem. - Dziki w coś ty się znowu wpakował – westchnęła, łapiąc go za rękę. - To moja wina Dix, poprosiłem go o drobną przysługę i tak jakoś…- zaczął się tłumaczyć Wilk, ale dziewczyna przerwała mu momentalnie.- Wiec może lepiej już o nic go nie proś - warknęła.

- Uspokójcie się - westchnął Krzak.- Kiepsko to wszystko wyszło, ale dzięki ich poświęceniu wiemy, na czym stoimy. - A na czym stoimy? – zapytała Dix, wyraźnie zbita z tropu. - Nadszedł czas na Kod Weterana – westchnął Wilk. Dix popatrzyła się z lekkim niedowierzaniem, a Krzak skinął nerwowo głową.

Kod Weterana był niepisaną obietnicą złożoną przez wszystkich starych mieszkańców Krańcowa, którzy zobowiązali się w razie potrzeby połączyć siły i stanąć do walki z Armią Daniela.

- Kiedy chcesz ich zebrać? – spytała Dix, której złość na twarzy momentalnie zastąpił niepokój. - Jak tylko opuszczę szpital, rozpocznę nadawanie sygnału, ustalimy termin zgromadzenia. Zobaczymy, ilu będzie chętnych, gdy trzeba będzie przejść do konkretów - wyjaśnił Wilk. Dziewczyna obróciła się w stronę Dzikiego, którego gładziła po głowie.- Zostanę przez jakiś czas i wstrzymam wszystkie patrole – powiedziała. - Dzięki Dix – odparł Krzak - Dobra słuchajcie, może się trochę przejdziemy. Gołąbki dawno nie były razem same, a my mamy jeszcze parę rzeczy do ustalenia. Trzech mężczyzn wyszło z pokoju, zostawiając Dzikiego razem z dziewczyną. - Nie pamiętam, kiedy ostatni raz mieliśmy chwilę dla siebie- stwierdziła , opierając głowę o jego rękę. - Przynajmniej teraz mogę powiedzieć, że warto było dać się pokroić - zażartował, ale Dix wcale to nie rozśmieszyło.

- Wiesz, że nie chciałam, abyś podróżował z autobusem. Gdybyś został w Defekcie, byłbyś bezpieczniejszy - westchnęła. - Przy moim szczęściu nigdzie nie będę bezpieczny, poza tym wiesz, że nie mógłbym… Nie, dopóki nie zamkniesz pewnej sprawy - stwierdził a dziewczyna spochmurniała. - Nie rozmawiajmy o tym, chce po prostu cieszyć się tym, że jesteś - powiedziała, przytulając się do niego.

Dziki chyba nigdy nie czuł takiej tęsknoty za Starym Światem jak w momencie, gdy przebywał z Dix. Marzył o tym, by móc zabrać ją na normalną randkę, pójść gdzieś na potańcówkę, schlać się razem do nieprzytomności na sobotniej parapetówce u znajomych. Tymczasem jedyne, na co mógł liczyć to fakt, że w swojej walce o przetrwanie ich drogi będą jak najczęściej się splatały. Że za każdym razem uda im się jakoś wyjść cało z niebezpieczeństw, które czyhały na każdym kroku. Wzdychając ciężko, poczuł jak przepełnia go żal. Z drugiej strony był pewien, że gdyby miał nigdy nie spotkać Dix, to życie w Starym Świecie byłoby dla niego jedynie pustą skorupą. Jedyne, za co mógł dziękować Nowemu Światu to, to że byli teraz razem.

***

Pobyt we Wspólnotowym szpitalu, choć dłużył się niemiłosiernie, był chyba najprzyjemniejszym okresem, jaki Dziki spędził w ostatnim czasie. Odpoczywał bezpieczny w ciepłym budynku, posiłki podtykano mu, praktycznie pod nos a co chwila w odwiedziny przychodził ktoś nowy, by umilić mu monotonie patrzenia się w sufit. Najlepsze w tym wszystkim było to, że Dix była u niego każdego wieczoru, dzięki czemu spędzili razem więcej czasu niż od momentu powrotu Dzikiego zza Lasu Ludzi. Gdy późną nocą zostawał sam, marzył o tym by Dix, porzuciła pragnienie zemsty na Pierwszym. Wyobrażał sobie, jak fajnie byłoby połączyć Autobus z Defektem, za dnia pomagać nowoprzybyłym a wieczorami zbierać się w Wieży, by razem posłuchać Krańcowskich legend przy stole pełnym jedzenia. Niestety marzenia jak to marzenia były zupełnie nierealne. Dziki nie próbował nawet wchodzić na temat zemsty, bo wiedział, że dziewczyna nigdy nie zapomni Pierwszemu, tego, co zrobił. A połączenie dwóch grup było równie nierealne choćby ze względu na to, że Kuba i Dix nieszczególnie za sobą przepadali.

Gdy nieubłaganie nadeszła więc ostatnia noc jego pobytu w szpitalu oraz całego autobusu we Wspólnocie czuł, że ciężko mu będzie wrócić do rzeczywistości i pogodzić się z powrotem do niekończącej się podróży po mieście. Najgorsze jednak przyszło następnego ranka. Ich lider Kuba pojawił się niespodziewanie we Wspólnocie a po jego minie, można było poznać, że nie jest zachwycony, tym co zastał. Na szczęście dla Dzikiego Dix była przy nim, gdy mężczyzna przyszedł do szpitala. Kuba czując spory respekt w stosunku do liderki Defektu, nie ośmielił się rzucić żadnym komentarzem w jej obecności.

Ochrona Dix nie mogła trwać jednak wiecznie. Gdy po serii pożegnań i uścisków Dziki wsiadł w końcu do Autobusu i wyjechał za bramę Wspólnoty nadeszła nieubłagana chwila, w której musiał stanąć oko w oko z Kubą i zmierzyć się z konsekwencjami swoich decyzji. - Więc Wilk zabrał tego chłopaka? – zaczął mężczyzna grobowym głosem, gdy tylko wyjechali na drogę. - Tak, jak tylko wyszedł ze Szpitala – odpowiedział Dziki, wlepiając wzrok w podłogę.

Plama krwi, jaką musiał wylać z siebie, gdy uciekali z pod Strefy Głodu, ciągle była widoczna. Na jego szczęście Oli, która wyczuła, co się szykuje, zajęła miejsce obok. Liczyła pewnie, że jej obecność nie co ostudzi Kubę. Gdy zajmowała miejsce, obdarzyła ich lidera chłodnym spojrzeniem, ten jednak nie zwrócił na to uwagi i spytał nieco ironicznym głosem. - A jak się w ogóle czujesz?

- W porządku…- skłamał Dziki, bo prawda była taka że czuł się, jakby śmierć ciągle dmuchała mu w kark. Kuba popatrzył na jego zabandażowaną głowę, a potem na wybrzuszenie pod kamizelką. - Mam spore wątpliwości, świeża rana ze szwami. Jak ty chcesz spełniać swoje obowiązki? – powiedział sucho. - Daj mu spokój! - krzyknęła natychmiast Oli.- Dziki to najlepszy Strażnik, jakiego mieliśmy, walczył dla nas z Dziadem, odciągał go, żebyśmy mogli uciec…

- To prawda…- wtrącił cicho Korek który zajął miejsce za nimi - i do tego prawie go pokonał…

Kuba nie dał się jednak wybić z tropu i spojrzał teraz w stronę Oli.- Ja zdaje sobie sprawę że Dzikiemu nie brakuje odwagi i że ma już sporo umiejętności, ALE DECYZJE, KTÓRE PODEJMUJE, NARAŻAJĄ WAS WSZYSTKICH! – Wykrzyczał, tak by inni mieszkańcy autobusu zwrócili na to uwagę - prosiłem, nie angażuj się. Chcesz, żeby Daniel polował teraz na nas? Naprawdę chcesz mieć tych wszystkich ludzi na sumieniu? Jeżeli chciałeś się bawić w bohatera to trzeba to było robić w samotności bez narażania innych! – warknął w stronę Dzikiego, który czuł jak poczucie winy rozlewa się po nim niczym jad w żyłach.

Oli zrobiła naburmuszoną minę i natychmiast odpysknęła - ja nie mam nic przeciwko temu, że Dziki chce zrobić coś dobrego… -BO HUJA WIESZ O TYM ŚWIECIE! – przerwał jej Kuba, na co dziewczyna poderwała się z łzami w oczach. - TAKI TCHÓRZEM PODSZYTY DRAŃ, NIE BĘDZIE MI MÓWIŁ, CO WIEM, GDYBYŚMY DALEJ BYLI SAMI ON NADAL BY ŻYŁ! – wrzasnęła dziewczyna i podrywając się z miejsca, wbiegła po schodach na piętro autobusu.

Kuba stał przez chwilę, a kolor zdawał się znikać z jego twarzy, chyba sam poczuł, że na za dużo sobie pozwolił. Janek, który słysząc całą sytuację, zatrzymał na chwilę autobus. Podszedł do ich lidera. - Chłopie ostro przesadziłeś. Idź za nią i ją przeproś – stwierdził. Kuba w lekkim amoku ruszył powoli za Oli, a Dziki wykorzystując to, że mężczyzna wszedł na piętro, dosiadł się do Korka.- O co w tym chodziło? – spytał, a podniecony chłopak wylał z siebie pośpieszny potok słów.

- Krążą takie pogłoski, że Kuba szuka strażników, bo boi się samemu zajmować autobusem. Nie oszukujmy się, to jednak niebezpieczna fucha, a wszyscy strażnicy finalnie nie skończyli zbyt dobrze… Dziki poczuł jakieś dziwne uczucie, nie wiedział, czy to przez rany, czy raczej zadziałała jego psychika, ale słowa Korka uświadomiły mu coś, o czym wcześniej nie myślał. Przed nim byli też inni strażnicy i nie przeszli przecież na emeryturę. Wszyscy musieli odejść z tego świata. Nawet Primo jego poprzednik skończył okaleczony i finalnie zadźgany przez Mike'a, który pomylił go z niewykształconym. Chłopak nie zwrócił uwagi na ewidentnie przygasającą twarz Dzikiego i kontynuował swoją historię. - Pierwszym strażnikiem był Bris starszy brat Oli, z którym podróżowała od samego początku. Wydaje mi się, że w takim wypadku musieli wypaść z błysku razem, ale nie o tym mówiłem. Więc Kuba namówił go, żeby wspólnie założyli Autobus do Wolności. Z początku wszystko szło całkiem dobrze, ale wkrótce Kuba zaczął coraz częściej znikać, tłumaczył się, że ma dużo spraw do załatwienia…że ciągle próbuje dowiedzieć się co z tym światem i takie tam… Więc przez większość czasu Bris pilnował autobusu sam, aż w końcu dopadli go niewykształceni. Od tamtej pory Oli ciągle ma żal do Kuby, że prawie nigdy go z nami nie ma, że ciągle wysługuje się innymi… rozumiesz…- Wysapał Korek prawie na jednym wdechu, wyraźnie zadowolony, że mógł się w końcu popisać jakąś wiedzą.

Dziki westchnął, dla niego od początku było jasne, że Kuba nie jest osobą, którą lubi się narażać. Sprzeczne było więc dla niego to, że mimo wszystko ciągle zajmował się autobusem. Nim jednak zdążył, rozważyć jakieś wyjaśnienie Lider zszedł na dół wyraźnie naburmuszony.- Dziki przemawiam do twojego zdrowego rozsądku, autobus ma pozostać niewidzialny, aż sprawa z Danielem się nie rozwiąże albo nie przycichnie – wysapał, siląc się na spokój. Po tym zdaniu nie zaszczycając Dzikiego spojrzeniem zajął miejsce obok Janka.

Było dla niego jasne, że Kuba musiał czuć wyrzuty sumienia w stosunku do Oli. Pewnie dlatego jako jedyna w całym autobusie miała na niego jakiś realny wpływ. Janek, który wyjechał właśnie na ulicę obok przedszkola, w którym zginął Primo, zwrócił się do ich lidera - chcesz żeby cię podrzucić w jakieś konkretne miejsce?

- Jedziemy w kierunku starej plaży - powiedział Kuba, wyraźnie gniotąc w sobie nerwy. - A po jaką cholerę?- dopytał Janek. Dla Dzikiego było to tak samo interesujące, bo od momentu swojego przybycia do Nowego Świata nie był jeszcze nad brzegiem rzeki. Słyszał jedynie z opowieści, że Wiślinka zamieniła się w kwas i nikomu jeszcze nie udało się przedostać do Zarzecza.

Kuba nie odpowiedział od razu, zmarszczył czoło i stwierdził w końcu zrezygnowanym głosem.

- Bo złożyłem kiedyś głupią obietnicę i teraz wypada się chociaż pokazać. Na 15 kanale nadają od kilku dni Kod Weterana, wszyscy zbierają się dzisiaj nad kąpieliskiem. Janek pokręcił zdziwiony głową. Widać nie do końca wiedział, czym był Kod Weterana. Nie było w tym zresztą nic dziwnego, musiał pojawić się dużo później niż Kuba czy reszta najstarszych mieszkańców. Poza tym, mimo dość słusznego wzrostu i solidnej postury ich kierowca nie był typem wojownika. Dziki wątpił, żeby kiedykolwiek brał udział w jakiejkolwiek walce. Najpewniej przebywał w autobusie od początku i uniknął wątpliwych przywilejów samotnego podróżowania po Nowym świecie. Nie miał więc możliwości zadeklarowania się do krucjaty przeciwko Danielowi.

Autobus przetoczył się powoli w okolicę zjazdu nad rzekę i droga biegnącą obok auli koncertowej zjechał w dół. Historie, które krążyły, na temat tego miejsca nie mijały się nawet odrobinę z prawdą. Wiślinka, którą Dziki dostrzegł przez okno, miała zgniło zielony kolor i wyraźnie syczała, podgryzając poczerniały od kwasu brzeg. W powietrzu unosił się charakterystyczny piekący w nos zapach zużytych baterii.

Janek zatrzymał się, tuż za aulą koncertową tak by scena przysłoniła autobus od strony głównej drogi.

- Dobra mam nadzieje, że to nie zajmie długo - stwierdził Kuba, podnosząc się – miejcie uszy i oczy otwarte, bo Dziki idzie ze mną. Smalec słysząc to, poderwał się oburzony - A Dlaczego go zabierasz? Chyba lepiej, żeby nas pilnował - zaprotestował natychmiast. Kuba spojrzał na niego z politowaniem i odpowiedział szorstko - bo chcę, żeby nauczył się czegoś ważnego, na przykład jak wymigać się od głupich obietnic. Poza tym nie wiele jest okazji, by poznać "Krańcowską Elitę”- skwitował, kładąc wyjątkowo ironiczny ton na ostatnie słowa, po czym przywołał Dzikiego gestem ręki.

Janek otworzył drzwi autobusu, wypuszczając ich na zewnątrz. Zapach Kwasu stał się znacznie bardziej dokuczliwy a oczy podszczypywały i łzawiły jak przy obieraniu cebuli. - Nie zbyt przyjemne miejsce na spotkanie. Czemu zbieracie się tutaj?- spytał Dziki, licząc, że uda mu się zacząć normalną rozmowę z Kubą. - Bo rozległe błędy takie jak rzeka zamieniona w kwas zaginają trochę prawo trzech. Zbieramy się w dużej grupie, co normalnie przyciągnęłoby niewykształconych. Tutaj, nie będą w stanie nas wyczuć. Gdy byłeś jeszcze członkiem Wspólnoty, myślisz, że dlaczego miałeś w ogóle spokojne noce? Tory zakłócały waszą obecność. W każdym innym miejscu taka gromada co chwila ściągałaby kłopoty...- wyjaśnił mężczyzna, który ku uciesze Dzikiego miał już całkiem normalny głos.

Następne kilka minut szli w ciszy, przerywanej jedynie złowrogim trzeszczeniem Wiślinki. W oddali widać było tylko poczerniałe drzewa bez liści i suchą sięgającą do pasa trawę. Po jakimś czasie, dobiegły do nich pierwsze odgłosy rozmów. Mijając wypalone na popiół, przewrócone drzewo, znaleźli się naprzeciwko kąpieliska miejskiego. Był to nieduży odcinek brzegu, który miasto zaadaptowało do czegoś w rodzaju plaży, zwożąc tam masę piasku i ustawiając kilka nędznych drewnianych budek z hot-dogami i piwem. Dziki pamiętał, że na rzece stały też wcześniej osłony ochraniające kąpiących się przed prądem, ale najwidoczniej nie wytrzymały one próby czasu i po prostu rozpuściły się w rzece.

Kuba wyszedł jako pierwszy, pozdrawiając podniesioną ręką zgromadzone tam osoby. Dziki, który szedł za nim, dostrzegł kilka grup stłoczonych w różnych miejscach kąpieliska, obserwujących podejrzliwie wszystko dookoła. Ich ilość była imponująca, jeśli wszyscy byli tutaj tak długo, jak Kuba to dziwne było, że jest ich aż tylu. Zgromadzeni jak przystało na weteranów, nosili militarne stroje i długą broń, niektórzy mieli jeszcze ze sobą ogromne plecaki podróżne.

Ich pojawienie się nie wzbudziło szczególnych emocji, zgromadzeni dalej rozmawiali ze swoimi towarzyszami, jedynie kilka osób odpowiedziało Kubie gestem, nikt jednak nie zbliżył się by go przywitać.

- Weterani - stwierdził Kuba - ostatni z tych, którzy pojawili się w trakcie "Wielkiego wyrzutu" pięć lat temu. Większość ludzi, którzy teraz używają tego tytułu to zwykłe wymoczki, którzy jakimś cudem dorwali broń i mundur a teraz mają się za nie wiadomo co - zakpił, rozglądając się po zgromadzonych postaciach.

- Czym był ten "wielki wyrzut"? – zapytał Dziki, a Kuba przestał się rozglądać i skupił na nim wzrok. - Była to seria kilku błysków występujących prawie z dnia na dzień. W jego czasie wypadła naprawdę ogromna liczba ludzi. Taki ewenement nie powtórzył się więcej... - Kuba przerwał na chwilę, przyglądając się, jak kolejna grupa zbliża się od drugiej strony miasta. Dziki przyjrzał się im uważnie, wyglądali na czystych i dobrze odżywionych. W odróżnieniu od większości nosili normalne codzienne ubrania zakryte jedynie przez ochraniacze jak z crossowych motocykli albo paintballa.

- To Sojusz bloków - wyjaśnił Kuba, nim Dziki zdążył zapytać. – Oprócz Wspólnoty i Defektu są największą stacjonarną grupą. Zabunkrowali się na terenie zamkniętego osiedla deweloperskiego "Czerwonka parcel". Nie przyjmują w swe szeregi nikogo, kto w Starym Świecie nie mieszkał na ich blokowisku. Widzisz tych dwóch na przodzie? - Mężczyzna wskazał na wysokiego jasnowłosego chłopaka i idącego obok niego tęgiego osiłka o czarnej grzywie - To Lance i Kruk są ''Gonicielami” to oni zaopatrują bloki w żywność. Ci którzy idą za nimi to „Parterowcy” odpowiadają za bezpieczeństwo poszczególnych klatek, aż dziwne że przyszli... – zastanowił się przez chwilę Kuba po czym wskazał głową na kolejną liczną grupę zmierzającą na miejsce spotkania.

Ci z kolei ubrani byli w Zielone Stroje maskujące noszące ślady zerwanych naszywek jakichś służb militarnych. Większość z nich nosiła strzelby myśliwskie. Spośród grupy wyróżniał się dość niski szczupły chłopak, który miał przewieszony na szyi futerał od aparatu. - Na nich wołają "Zieloni", chłopak na przedzie to ich lider Kasjo. W większości to dawni przedstawiciele służb mundurowych: policji, wojska, straży pożarnej. Wszyscy, którzy złapali się w granice wieku i uniknęli czystek ze strony Armii Daniela. Dawni mundurowi byli jego pierwotnym celem. Wyjątkiem jest ich przywódca, on był kiedyś poszukiwaczem Siwego za czasów, gdy Faktoria dopiero się rozwijała. W końcu jednak o coś się tam poróżnili i chłopak dołączył do nich. Jakiś czas później mianowali go liderem. Podobno jako jeden z nielicznych ciągle próbuje dojść, o co w tym wszystkim chodzi, ale to co odkryje, zachowuje dla siebie, więc nie ma sensu go pytać. Ogólnie oni są strasznie tajemniczy... są sporą gromadą, a nikt do tej pory nie odkrył gdzie, mają siedzibę...- opowiedział Kuba, obserwując gromadzących się ludzi.

Przez kilka kolejnych minut nie pojawiła się żadna, większa grupa więc Kuba zaczął przedstawiać już zgromadzonych.- Ci których masz tutaj, to w większości wędrowne Tria. Prawdziwy weteran, i jacyś jego dwaj znajomi ze ''Starego Świata”. Potocznie mówi się na nich ''ogony''. I tak od prawej masz: Grupa Wiewióra, Grupa Dyzia, Grupa Plastusia, Grupa Zoda, Grupa Persa...

Słysząc ostatni Pseudonim, Dziki skrzywił się i wypatrzył rudowłosego mężczyznę o szczurkowatej twarzy. Miał z nim kiedyś niemiłe spotkanie przed bramą Wspólnoty, które skończyło się ingerencją Wilka i odstrzeleniem Persowi kilku palców u ręki. Było naprawdę dziwne, że po tym wszystkim mężczyzna zdecydował się przyjść. Może zrobił to ze strachu przed złamaniem obietnicy danej Wilkowi? A może liczył po prostu, że uda mu się odegrać.

Kuba nie zdążył już wymienić pseudonimów pozostałych Trio, bo z pobliskich Krzaków wyłoniła się kolejna gromada.

Ta zrobiła na Dzikim naprawdę ogromne wrażenie, wszyscy nosili policyjne stroje do walki z tłumem. Maszerowali zbici w ciasną grupę, osłaniając się wzajemnie tarczami, każdy oprócz tego ściskał w dłoni ogromną siekierę. - Ci muszą być naprawdę mocni - stwierdził patrząc jak grupa rozstawia się na plaży.

Kuba uśmiechnął się jednak ironicznie - Mówisz o Grobelnych? To kolos na słomianych nogach, przyjrzyj im się uważnie...

Dziki musiał mocno wytężać wzrok, szukając szczegółu, o który może chodzić liderowi autobusu. Dopiero gdy jeden z przybyłych mężczyzn podniósł przyłbicę hełmu, dostrzegł jego chorą, zapadłą i wychudzoną twarz. Idąc tym tropem, przyglądał się kolejnym Grobelnym. Ciężkie policyjne stroje, które na pierwszy rzut oka nadawały przybyłym mocarnego wyglądu, przy bliższej obserwacji zdradzały, że nie wiele jest pod nimi ukryte. Noszący je ludzie byli bardzo szczupli, nie którzy wydawali się wręcz ''tonąć” w za dużych strojach.- Co z nimi jest nie tak?- spytał natychmiast.

- Złe umiejscowienie...- odpowiedział Kuba.- Jak miniesz ''Zalew w Krańcowie” i przez jakiś czas będziesz szedł w stronę granicy miasta, trafisz w końcu na taki zabytkowy gotycki kościół. Kojarzysz? - Dziki skinął głową, a mężczyzna kontynuował - Tam właśnie założyli swoją bazę, pomysł z pozoru niegłupi. Gotyckie kościoły są prawie jak warownie, grube mury, malutkie wysokie okna, ciężkie stalowe wrota. Nie wiele potrzeba by takie miejsce, zamienić w bunkier nie do zdobycia. Tylko że sam kościół stoi jeszcze zbyt daleko od ''Strefy Zamarcia”, żeby zakłócić prawo trzech, więc codziennie odpierają ataki niewykształconych. Do tego nie mają tam żadnego regularnie odnawiającego się sklepu. Po zapasy muszą więc przebijać się do miasta. Mają kupę problemów...

Dziki pokręcił głową. - Nie mogą po prostu gdzieś się przenieść?- spytał.

- Ciężko znaleźć w Krańcowie bezpieczne miejsce, dla osiedlenia się dużej grupy - odpowiedział Kuba - myślisz, że dlaczego większość Weteranów podróżuje samotnie albo trójkami? Prawo trzech to prawdziwa zmora...- przerwał jednak, widząc, że od strony miasta, zbliżyły się kolejne postacie. Wilk razem z Szarą oraz Sebastianem, nowoprzybyłym, którego szeryf Krańcowa wziął pod opiekę. Chłopak momentalnie wypatrzył Dzikiego oraz Kubę i mijając zebranych ludzi, podszedł przywitać się z nimi.

- Witaj nowy – zawołał Kuba, ściskając chłopakowi dłoń. – Widzę że całkiem nie źle sobie radzisz…

- No, Wilk naprawdę sporo mnie uczy, dzięki niemu mam swoją szansę - odpowiedział ucieszony nowoprzybyły - obiecał że jak już załatwimy sprawę z Armią Daniela to pójdziemy poszukać mi leków na zapas.

- To bardzo szlachetne z jego strony – pochwalił Kuba, a Dziki po raz kolejny poczuł lekki wstręt do swojego Lidera. Nie tak dawno na dachu autobusu powiedział mu przecież, że gdyby wiedział o chorobie chłopaka, to na pewno by go nie wprowadził. Teraz jednak zachowywał się, jakby jego los był mu naprawdę bliski.

Wilk, który również wypatrzył ich w grupie, zbliżył się razem z Szarą. Nie miał już temblaka na ręku, widać jego rany były znacznie mniej poważne, niż wyglądały. - Dziki jak dobrze cię widzieć – zawołał - i ciebie też Trzeci. Ta sprawa z autobusem, nie zdążyłem nawet z tobą pogadać. Naprawdę nie chciałem wpakować twojego strażnika w całą te kabałę.

- Było minęło – skłamał zgrabnie Kuba, głosem jakby to była zwykła błahostka. Po tym, jak wściekły był rano w autobusie, na pewno tak szybko nie przeszedłby nad tym do porządku dziennego.

W tym czasie Szara zbliżyła się do Dzikiego i położyła mu obie ręce na ramionach. Ponieważ była od niego prawie o głowę wyższa poczuł się jak dziecko pocieszane przez mamę. - Szara się cieszy, że dochodzisz do siebie. Po tym, co cię spotkało, martwiła się, że możesz długo mieć problemy z powrotem do zdrowia - wyjaśnił Wilk, a kobieta spojrzała się na niego czule. - Nie ma jeszcze wszystkich - westchnął rozglądając się - ciekawe czy tylko się spóźniają czy po prostu olali sygnał.

- Mogą też już nie żyć – wtrącił niezbyt optymistycznie Kuba.

- Mam nadzieje, że nie – powiedział Wilk i wyszedł powoli na środek placu.

Weterani zamilkli oczekując, że pewnie zaraz zacznie przemawiać, ale on oparł się jedynie o starą budkę z Hot-dogami i czekał, licząc że zgromadzi się więcej ludzi.

Kilka minut później Dzikiego spotkała bardzo miła niespodzianka. Poczuł, że ktoś wsuwa mu dłonie pod brzuch i obejmuje od tyłu.- Znowu się spotykamy Dziki- usłyszał głos Dix obok swojego ucha. W sumie nie wiedział, czemu był tym zaskoczony, dziewczyna była przecież weteranką i do tego jeszcze dowodziła najlepiej zorganizowaną i uzbrojoną grupą, jaką znał. Zastanawiał się nawet przez chwilę, dlaczego nie pojechała razem z nimi autobusem, ale widok Kuby, który odsunął się od nich momentalnie, dał mu odpowiedź.

Po chwili tuż obok pojawił się Rengo, prawa ręka Dix i wyjątkowo sympatyczny członek Defektu.-Dobrze Cię znowu widzieć! - zawołał, opatulony w czerwony kombinezon mężczyzna. - Ciebie też - odpowiedział Dziki, ściskając mu dłoń i spoglądając w wesołe oczy świecące spod przykrytej kominiarką twarzy. Dix, która wtuliła się w niego, wywołała niemałe poruszenie pośród Weteranów. Dziki miał wrażenie, że wszystkie oczy spoglądały w tym momencie na nich. Po chwili chłopak, którego Kuba przedstawił wcześniej jako Kasjo, zbliżył się do nich.

- Proszę, proszę... Więc to TY jesteś tym Dzikim o którym wszyscy tyle mówią. To dla mnie prawdziwy zaszczyt – powiedział chłopak, tonem który ciężko było jednoznacznie określić jako podziw czy kpinę. Nie mniej wyciągnął w stronę Dzikiego rękę, więc ten nie wiedział powodu dla którego miałby nie przywitać się z mężczyzną. - Pogłoski o tobie rozchodzą się po całym Krańcowie, przeżyłeś już tyle że bez wątpienia zasłużyłeś na status weterana. Chętnie bym kiedyś posłuchał twojej historii – stwierdził Kasjo, świdrując Dzikiego wzrokiem.

Dix odpowiedziała jednak za niego - Może kiedyś będziesz miał okazję, ale dzisiaj jesteśmy tu z innego powodu.

- Aż płonę z ciekawości co też Wilk ma nam do powiedzenia…- stwierdził chłopak głosem pełnym ironii i wrócił do swojej grupy.

Dix odprowadziła go wzrokiem, z wyraźną niechęcią na twarzy - Wredny typ z niego, pamiętam jak pracował jeszcze dla Siwego często mijaliśmy się w różnych miejscach. Ma o sobie niesamowite mniemanie - stwierdziła, stając obok Dzikiego i łapiąc go za rękę. Ten czuł ,że w jej towarzystwie nawet największy dupek nie zepsuje mu nastroju.

Czekali kilka kolejnych minut nim na pobliskiej drużce wydeptanej przez przybyłych wcześniej weteranów pojawiły się kolejne postacie. Tym razem były one Dzikiemu doskonale znane, był tam bowiem Krzak oraz Siwy i jego najemniczka Zjawa.

Obecność Siwego nieco zaskoczyła Dzikiego i wywołała natychmiastowe poruszenie. Trudno było się temu dziwić. Właściciel faktorii słynął bowiem z tego, że kupował ludzi jako niewolników, których wykorzystał do różnych chorych celów. Wilk, widząc Siwego, zbliżył się do niego tak gwałtownie, jakby chciał go udusić. Dziki był pewien, że od dawna musiał być na liście szeryfa Krańcowa, ale otoczony przez ochroniarzy i bezpieczny za murami Wspólnoty Siwy musiał pozostawać poza jego zasięgiem. - Nie spodziewałem się ciebie. I chyba nie zdziwisz się jeśli powiem, że nie jesteś tu mile widziany - stwierdził Wilk, a Siwy obdarzył go obelżywym uśmiechem.

- Wilczusiu…Wiem, że między nami nie układało się nigdy zbyt dobrze, ale może odrzucimy stare waśnie na rzecz nowych problemów? – powiedział swoim obrzydliwie przesłodzonym głosem, od którego ciarki przechodziły po plecach.

Krzak, który mu towarzyszył wysunął się rozdzielając mężczyzn - on ma rację Wilku, to nie czas i miejsce na prywatne porachunki. Mamy przecież większy problem.

Szara, która przyglądała się temu z daleka, zrobiła wściekłą minę, Dziki był pewien że wyczytywała z ruchu warg o czym rozmawiają i wcale jej się to nie podobało.

Po chwili jednak co innego przyciągnęło jej uwagę. Lance z Sojuszu Bloków pojawił się za Wilkiem, a jego oczy wlepione były w Zjawę. Stał tak przez chwilę, przyglądając się dziewczynie, jakby zobaczył prawdziwego ducha. Po chwili jego oczy rozszerzyły się, a usta otworzyły z niedowierzania. - Iskra? To ty? To nie możliwe… Przecież ty …- zaczął ale dziewczyna przerwała mu natychmiast.- Nie jestem żadna Iskra! Iskrę zostawiliście na śmierć przy spalarni śmierci. Ja jestem jej duchem a teraz zjeżdżaj za nim przypomnę sobie dlaczego powinieneś już nie żyć - warknęła wściekle Zjawa, rzucając pełne nienawiści spojrzenie w stronę mężczyzny.

- Boże Iskra ja naprawdę nie wiedziałem… myśleliśmy, że Smolarze cię dopadły… Gdy bym miał chociaż przeczucie, że miałaś jakąkolwiek szansę, ja nigdy bym…- zaczął tłumaczyć się Lance, ale Zjawa przeskoczyła obok Wilka i chwytając mężczyznę za koszulę, wykrzyczała mu w twarz - ZAMKNIJ SIĘ! Nie mam ochoty słuchać twojego pieprzonego tłumaczenia, nie zostawia się towarzyszy, po prostu NIE! Obyś zdechł Lance! – ryknęła i zacisnąwszy pięść, rąbnęła mężczyznę w twarz. Ten zaskoczony tym niespodziewanym atakiem runął na ziemię jak kłoda. Wśród weteranów rozgorzały natychmiastowe szepty a Siwy wyszedł do przodu, łapiąc dziewczynę za ramię.- Jakiś problem moja droga? – spytał, zerkając pogardliwie na podnoszącego się z ziemi mężczyznę. - Nie po prostu zobaczyłam kawałek mojego starego gównianego życia - odpowiedziała, odwracając się od ciągle wpatrzonego w nią Lance'a.

- Nie wiedziałam, że Zjawa pochodzi z Sojuszu Bloków - wyszeptała nagle Dix w stronę Dzikiego - teraz domyślam się, w jakich okolicznościach poznała błędy… Dziki nadstawił uszu z nadzieją, że Dix powie coś więcej, ale dziewczyna zamilkła przyglądając się Wilkowi. Ten wspiął się na budkę z Hot-dogami niczym na mównicę. - Dobra jak już wszyscy się przywitali, pokłócili, rozdrapali trochę starych ran, to możemy w końcu przejść do rzeczy! – zawołał.

Weterani zbili się w ciasną grupę, Dix razem z Dzikim zbliżyła się, stając prawie pod samą budką. Wilk, widząc że wszyscy skupili już na nim wzrok, zaczął - Słuchajcie wszyscy! Dzięki pomocy naszych przyjaciół z Autobusu do Wolności udało mi się dotrzeć w pobliże Strefy Głodu i zasięgnąć trochę języka u jednego z moich informatorów. - Kilka osób wyszeptało coś między sobą, niektórzy spojrzeli z niedowierzaniem w stronę Kuby, Wilk jednak nie przerywał - wiem już teraz na pewno co zamierza Daniel. Utworzył on piętnastoosobową dobrze uzbrojoną grupę, pod dowództwem największej zarazy Krańcowa, Olbrzyma Maciejewskiego…- Dziki miał wrażenie że po tych słowach Szara opuściła smutno głowę, a kilka osób splunęło pogardliwie na ziemie, jeszcze inni zrobili wyraźnie przestraszone miny. Wilk kontynuował monolog - to oni odpowiadają za ostatnie ataki na weteranów. Wiem też na pewno, że te ataki się nie skończą. Celem istnienia tej grupy, która zwie się ''Ręką Olbrzyma” jest wyeliminowanie każdego wolnego Weterana jaki chodzi po naszym mieście…

Wrzawa ogarnęła zgromadzonych ludzi. Niektórzy wyglądali, jakby nie dowierzali w słowa Wilka. Jeden z takich sceptyków zawołał po chwili - Daniel tyle czasu kisł u siebie mając wszystko w dupie, dlaczego tak nagle zebrało mu się na atakowanie nas?! W tym momencie z tłumu wyłonił się Pers i zwracając w stronę zgromadzonych, zawołał - to proste, nasz "kochany” szeryf postawił sobie ostatnio za punkt honoru ukaranie Maciejewskiego za jego zbrodnie. Niestety nie przewidział, że Olbrzym to dla niego za duży kozak. Nie dość, że bez powodu poświęcił życie Tobiasza i Szmuglera realizując swoje chore ambicję, to jeszcze rozwścieczył Daniela na, tyle że ten zaczął mścić się na…- Pers nie zdążył jednak dokończyć swej przemowy, Szara wyskoczyła nagle z tłumu i zdzieliła go w twarz tak, że ledwo utrzymał się na nogach.

- TY SUKO! Z BLISKA NIE BĘDZIESZ TAKA MOCNA!- ryknął Pers, wyciągając pistolet.

- Spokój Pers…- zawołał Kasjo znudzonym głosem – lepiej przestań tak wymachiwać ręką, bo jeszcze ci ją ktoś odstrzeli.

Kilku Weteranów parsknęło śmiechem, inni spojrzeli groźnie w jego stronę. Stojący na czele Grobelnych, wysoki mężczyzna z hełmem czerwonym od krwi, powiedział - weterani, nie zabijają weteranów. Jeśli masz problem z Szarą, załatwcie to na pięści. Tylko uważaj, będzie spory wstyd, jeśli przegrasz... Szara, która była wyższa od Persa, prawię o głowę, strzeliła palcami, dając znak, że się nie zawaha. Pers nieco zmieszany opuścił broń, choć nie schował jej do kabury. W tym momencie jednak jakiś inny weteran o dość nieprzyjemnym spojrzeniu i dużym kwadratowym podbródku wyłonił się z tłumu. - Ja tam uważam, że Pers ma rację. Wilk tak długo prowokował Daniela, że to musiało się w końcu tak skończyć. A teraz chce, żebyśmy pomogli mu załatwić problem, który sam wywołał…

Po słowach Weterana wybuchnęła kolejna wrzawa, którą przerwał dopiero ryk Krzaka - CISZA! – Dawny Lider Wspólnoty miał nie tylko głos, ale i wygląd przywódcy. Gdy wystąpił z gromady, wszyscy natychmiast zamilkli, a weteran o kwadratowej szczęce schował się w tłumie. - Jak zapewne wiecie albo nie wiecie, służyłem w Armii Daniela.- Krzak zrobił celową pauzę, rozglądając się po zszokowanych minach zgromadzonych ludzi. – Nim zdezerterowałem, awansowałem na "Brata” czyli zajmowałem jedną z najwyższych funkcji. Miałem możliwość mieszkania w Gorgorze razem z Danielem. Dlatego mogę wam przekazać z pierwszej ręki, że nigdy nie zrezygnował on z planów oczyszczenia Krańcowa z weteranów. Jedyne co go powstrzymywało to brak odpowiedniej ilości broni. Dzięki temu, co ustalił Wilk, wiemy, że pozyskał z nieznanego źródła piętnaście Karabinów. To pozwoliło mu na założenie grupy...

- Skąd on wziął tyle broni? – przerwał jakiś weteran, a inni zgromadzeni powtórzyli jego pytanie. - Nie mam pojęcia, ale jednak ją ma, możemy próbować obarczać się winą albo zaakceptować fakt, że ten moment musiał w końcu przyjść…- odpowiedział, Krzak. - Więc co masz zamiar zrobić? – zawołał Kasjo w stronę Wilka - w końcu po coś nas tutaj zebrałeś? - Tak, chcę, żebyśmy stanęli do walki! – zawołał Wilk.

Kilka osób prychnęło w tym momencie pogardliwie. Kruk, który wyraźnie był jednym ze sceptycznych zawołał natychmiast.- A jak ty to sobie wyobrażasz, że wparujemy do Strefy Głodu? Zaatakujemy Gorgor? Wolne żarty Armia Daniela rozbije nas w pył...

Wilk, widząc narastające wątpliwości, zawołał.- Posłuchajcie, nie będziemy atakować marketu, bo na to jest nas za mało, a nawet gdyby nam się jakimś cudem udało, stracilibyśmy masę ludzi. Naszym celem jest zniszczenie oddziału olbrzyma i odebranie im broni tak by Daniel nie mógł utworzyć kolejnej grupy. Myślę, że moglibyśmy zastawić pułapkę i zaatakować ich wszystkimi siłami. Razem mamy nad nimi ogromną przewagę...

W tym momencie, słowa Wilka przerwał krótko obcięty Weteran, którego Kuba przedstawił wcześniej jako Dyzia.- A dlaczego Defekt nie może tego zrobić? – spytał - Mają dość ludzi i broni, a ciągle marnują tylko czas na bezsensownego berka z Pierwszym... Słysząc to, Dix puściła natychmiast rękę Dzikiego i wychodząc przed zgromadzonych, zawołała - Defekt może walczyć z wami, ale nie za was! Nie będę narażać swoich ludzi, żebyście mogli sobie siedzieć na tyłkach!

- Posłuchajcie - zaczął Wilk, siląc się na spokój – Jeżeli połączymy siły i uderzymy gigantyczną przewagą liczebną, to może udać się to załatwić bez strat. Może nawet się poddadzą, widząc że nie mają szans… - A jakie masz na to gwarancje? – Spytał weteran Plastuś, chłopak z ogromnymi uszami, również przedstawiony wcześniej przez Kubę. Słysząc jego pytanie, Wilk nie mógł się powstrzymać i złapał za swoją głowę – Gwarancje!? – powiedział z niedowierzaniem - Jakie ja ci mam dać Gwarancję? Gościu, będziemy walczyć z uzbrojonym oddziałem... co ja mam wypisać ci papier, że cię zbłąkana kula nie trafi?!

Plastuś nieco zmieszany opuścił głowę, cofając się. Teraz jednak z tłumu wyłonił się Kasjo.- Wiecie Co? – zawołał - Nie obchodzi mnie ten oddział Olbrzyma. Armia Daniela i tak nie wie gdzie nas szukać, a jeśli nas znajdą to nawet nie będę musiał nic robić. W naszej okolicy jest tylu niewykształconych, że wykończą ich bez naszej ingerencji. Tak więc sorry, ale nie bierzemy w tym udziału.

Wilk, wyraźnie przestraszony zawołał - Cholera jasna, popełniacie błąd! Mój informator powiedział, że będą kasować po kolei wolnych weteranów, by nabrać doświadczenia do walki z dużymi grupami. Zresztą Daniel z czasem na pewno zapewni im większe wsparcie, musimy z nimi walczyć teraz, póki jest ich mało i są jeszcze kiepsko zorganizowani… - W słowo wszedł mu jednak Lance - Sojusz bloków też nie weźmie w tym udziału...

Wyraźnie załamany Wilk, popatrzył na niego błagalnie - Chłopie co ty mówisz, przecież oni wybiją nas wszystkich!

Kruk poparł natychmiast słowa, swojego towarzysza.- Nie odważą się nas zaatakować, mamy dobrze przygotowane linie obronne. Od lat odpieramy ataki ogromnej ilości niewykształconych, więc oddział Daniela nie zrobi nam różnicy. - Grobelni cię wspomogą, pod warunkiem, że zatrzymamy całą broń pokonanego oddziału - zawołał ich lider. W tym momencie wybuchła kolejna wrzawa.- To jakiś żart? On sobie dyktuję warunki? Przecież Grobelni, nawet nie mają broni, jak niby chcą pomóc... mogą co najwyżej robić za tarcze strzelnicze. Wilk pokręcił głową z niedowierzania, jego błagalne spojrzenie spadło teraz na liderkę Defektu - A ty Dix? – spytał, wyraźnie już podłamany.

- Nie Wilku. Powiedziałam, że nie będę narażać swoich ludzi, żeby ktoś mógł siedzieć bezpiecznie w cieniu - westchnęła dziewczyna.

- Skoro już o rezygnacjach mowa - wtrącił nagle Kuba - to ''Autobus do Wolności'' jest frakcją neutralną, praktycznie nie mamy broni. Więc nie weźmiemy w tym udziału...

- A ty akurat najwięcej z nimi jeździsz! – wtrącił nagle kobiecy głos.

Dziki myślał przez chwilę, że Dix postanowiła przygasić nieco Kubę, ale ten krzyk dobiegał gdzieś znacznie dalej. Zjawa wyłoniła się, niespodziewanie z tłumu i rozejrzała po zgromadzonych. - Wszyscy wycieracie sobie gęby słowem ''Weteran" bo zabiliście paru bezmózgich niewykształconych. Prawda jest jednak taka, że jesteście bandą zadufanych w sobie i oderwanych od rzeczywistości tchórzy. Wiecie, co was tak naprawdę przeraża? To, że po raz pierwszy będziecie musieli z kimś walczyć na równych prawach, że wasza zasrana broń nie da wam przewagi, a wasze śmieszne tytuły i mundury nie zrobią na nikim wrażenia. Bo oni mają dokładnie taką samą broń, te same śmieszne tytuły i mundury. Ba, być może nawet są przy tym cwańsi od was. Liczycie wszyscy, że sprawa rozejdzie się po kościach, że ktoś inny zakasze za was rękawy i załatwi sprawę. Przez takich jak wy wszyscy zdechniemy pod butem Daniela.

Pers, słysząc to spojrzał na dziewczynie z pogardą na twarzy.- A ty co? Może masz zamiar walczyć? Pieprzona najemniczka, która dupy poza Wspólnotę nie ruszy jak jej Siwy nie sypnie groszem.

Zjawa zrobiła zaciętą minę i odpowiedziała natychmiast - a żebyś wiedział że będę walczyć, bo mam w sobie więcej honoru, niż wy którzy tak dumnie nazywacie się ''Krańcowską Elitą”.

W tym momencie to Siwy, wtrącił się dziewczynie w słowo - nie zagalopuj się tak moja droga, my nie będziemy brać w tym udziału. Nawet uzbrojony oddział nie ma szans z murami Wspólnoty. Tam nas żadna ''ręka'' nie dorwie, to problem niezrzeszonych weteranów.

- Więc jak ty nie chcesz się w to bawić to zrobię to sama - odpowiedziała dziewczyna.

- Nie będę ci za to płacił!- wykrzyczał Siwy, władczym tonem.

- Wiec biorę urlop!- przekrzyczała go Zjawa, po czym zwróciła się do Wilka – pójdę z tobą i niemową, przeciwko Armii Daniela.

Krzak przygryzł nieco wargę, mówiąc - ja przedstawię sprawę we Wspólnocie, ale wątpię, żeby się na to zgodzili. Nie mniej sam pójdę z tobą, może uda mi się złapać jakichś ochotników z moich dawnych podkomendnych… - Moja grupa też dołączy – stwierdził Wiewiór, zbliżając się do Wilka - Siwy ma rację, ręka Olbrzyma to głównie problem niezrzeszonych weteranów. Możemy albo walczyć razem, albo dać się powywieszać pojedynczo. - Dzięki Wiewiór… - westchnął Wilk, obserwując rozchodzących się weteranów, przez chwilę jego wzrok skupił się na Dzikim, ale Kuba zasłonił go momentalnie.- Kto jeszcze pójdzie? - Grupa Tężca jest z tobą - zawołał jakiś długowłosy mężczyzna, zbliżając się pod budkę.

- To i my pójdziemy…- westchnął Dyzio podnosząc rękę jak do odpowiedzi w szkole.

- Na nas już czas Dziki!- stwierdził Kuba odrywając, go od przyglądania się ochotnikom.

Zrezygnowany spojrzał jeszcze raz w stronę Wilka, czuł, że sam również powinien się zgłosić, ale nie mógł po raz kolejny sprzeciwić się swojemu liderowi. Nie czuł się też na tyle dobrze by móc reprezentować sobą jakąś realną wartość bojową.- Pójdę tylko pożegnać się z Dix – powiedział. - Dobrze, ja mam parę spraw do załatwienia, więc nie wracam do autobusu. Postaraj się nie wpaść więcej w kłopoty – powiedział Kuba i ruszył za oddalającymi się weteranami. Dziki zbliżył się do dziewczyny, która z założonymi na piersi rękami przyglądała się oddalającym postacią. - Muszę wracać do autobusu. Może chcesz, żeby was podwieźć? – spytał. Dix uśmiechnęła się i złapała go za szyję. – Nie trzeba, wrócę razem z Krzakiem, nie chcę, żeby Kuba po raz kolejny miał do ciebie pretensje. Jeszcze powie, że zabierając mnie, znowu się w coś angażujesz…- stwierdziła ironicznie.

- Przestań to była by tylko podwózka – westchnął.

- Nic mi nie będzie, a ty zacznij się przyzwyczajać do pasywności… Może to nawet lepiej, że Kuba jest takim tchórzem, dzięki temu może nie będziesz miał tyle okazji, żeby pakować się w kłopoty – stwierdziła. Dziki zmarszczył czoło. - Może… - Mam nadzieje, że nie straciłam w twoich oczach przez to, że odmówiłam Wilkowi. Po prostu nie mogłabym znieść, gdyby któryś z moich chłopaków zginął, by taki Kasjo albo Pers czuli się bezpiecznie - stwierdziła Dix, opuszczając głowę.

- Dla mnie to zrozumiałe albo idą wszyscy, albo każdy martwi się o siebie – powiedział Dziki, ale dziewczyna spojrzała na niego z niedowierzaniem. - Ty zawsze wyrywasz się przed szereg, założę się, że gdyby nie Kuba też byś się zgłosił. - Mam też ludzi z autobusu na głowie, obiecałem sobie, że nie będę ich więcej narażał - stwierdził pewnie. - Bardzo mnie to cieszy, to trzymaj się Dzikusie. Mam nadzieje, że niedługo się spotkamy… - powiedziała, łącząc się z nim w pocałunku, od którego jego serce mało nie wyskoczyło.

- Ty też uważaj na siebie… I przemyśl czy warto…- zawołał, patrząc się na nią znacząco. Dix odwróciła się i opuściła głowę - już ci mówiłam, że muszę dopiąć ten rozdział, dopiero wtedy będziemy mogli zacząć naszą wspólną drogę - stwierdziła, zaciskając pięści, po czym ruszyła w stronę Krzaka. Dziki odprowadził ją wzrokiem, po czym przyjrzał się ochotnikom stojącym przy budce, Wilk stał teraz pomiędzy nimi, tłumacząc coś. Grupa, która się zebrała nie była zbyt duża pewnie nawet mniejsza niż połowa ludzi, którzy przyszli na spotkanie.

Zrezygnowany Dziki ruszył w stronę autobusu, mijając to samo przewrócone drzewo co poprzednio. Szedł przy brzegu rzeki otoczony przez niewyobrażalny szum żrącej wody. Jego nos musiał już przywyknąć do wszechobecnego smrodu, bo przestał mu przeszkadzać i oczy też nie szczypały już tak bardzo. Z ciekawości zbliżył się do "wody" stając prawie na krawędzi brzegu. Sięgnął po lornetkę i przykładając ją do oczu, przyjrzał się budynkom po drugiej stronie. Wszystkie wyglądały na nietknięte, szyby w oknach były całe, na sznurkach ciągle wisiało pranie wywieszone jeszcze w Starym świecie. Na podwórzach stały rowery, leżaki i inne rzeczy pozostawione przez ludzi sprzed błysku. Z jakimś dziwnym podnieceniem dostrzegł nawet stojący przy jednej z posesji samochód sportowy. Przez myśl przyszło mu, że fajnie byłoby przejechać się takim po pustych ulicach.

Opuszczając lornetkę, spojrzał na bulgocącą złowieszczo rzekę. Zaciekawiony wyszukał gruby patyk i zamoczył go w zielonej wodzie. Gdy tylko kawałek drewna zetknął się z taflą, ciecz zawrzała złowieszczo, po chwili upalając gałązkę na granicy zetknięcia.- Nie ciekawie - westchnął, gdy usłyszał, dobiegające z oddali kroki.

Gdy miał się już podnieść, kątem oka dostrzegł, że ktoś biegnie w jego stronę. Nauczony doświadczeniem od razu sięgnął po pistolet, gdy jednak tylko się odwrócił, zobaczył lecącą w stronę swojej twarzy pięść. Trafiony niespodziewanym ciosem runął na ziemię, słysząc nad sobą głos Persa.- Ty to jednak masz pecha. Gdyby moja prawa ręka była sprawna, to leżałbyś już nieprzytomny i nawet nie poczuł, co cię czeka. No ale jakby to ująć, sam na siebie, ściągnąłeś ten los...

Dziki otrząsnął się, czując wylewającą spod bandaża krew. Rana na twarzy musiała znowu się otworzyć.- POM…- chciał krzyknąć, ale Pers złapał go lewą ręką za szyje, z taką siłą, że momentalnie go zatkało. Nad swoją głową dostrzegł jeszcze dwie postacie uśmiechające się szyderczo. Spróbował wymacać broń, ale jeden z mężczyzn przycisnął mu stopą, dłoń do ziemi.

- Dobra, czas już, żeby pan Dziki zniknął raz na zawsze. Do rzeki z nim – wyszeptał jadowicie Pers - szybko, bo jeszcze ktoś tu przylezie.

Przerażony Dziki poczuł jak mężczyźni, łapią go za nogi. Spróbował się wyszarpać, czując, jak rana po nożu zaczyna się otwierać. Niemal zadusił się, chcąc krzyknąć z bólu, ale Pers ciągle ściskał jego gardło. Dziki miał jednak wolne ręce, więc złapał go za głowę i spróbował wcisnąć mu palce w oczodoły. Pers jednak odchylił się, unikając ataku. - Ale się rzuca jebany, pomóżcie do cholery mam tylko jedną rękę - warknął.

Któryś z mężczyzn puścił nogi Dzikiego i chwycił jedną z rąk. Dziki czując, że ten drugi złapał obie jego stopy, skulił się i pchnął ze wszystkich sił, przewracając go na ziemię . Po tym wyczynie rana po nożu otworzyła się całkiem, poczuł jak ciepła krew, zalewa mu spodnie i koszulę.

Niewyobrażalny ból zaczął odbierać mu siły.- Muszę się skupić, nie dać się słabości… Oni mnie zabiją… Nie mogę zemdleć - powtarzał w myślach, czując jak jego serce, pompowane adrenaliną, mało nie wyskoczy mu z klatki.

Mężczyzna spróbował jeszcze raz złapać jego nogi, pokonując ból, kopnął go z całej siły w kolano, ponownie obalając na ziemię.

Zaraz po tym zaparł się stopami, czując, że krew wylewa się przez to mocniej i zaczął pchać ze wszystkich sił Persa i jego towarzysza. Ten pierwszy miał tylko jedną sprawną rękę, którą do tego ciągle ściskał Dzikiego za szyje. Wykorzystując, że stał na własnych nogach, obrócił się gwałtownie, wyślizgując Persowi i klinczując z drugim mężczyzną.

Gdy tylko ręka Persa puściła jego gardło, spróbował krzyknąć jeszcze raz, ale z jego krtani wydarło się tylko ciche i ochrypłe - pomocy...

- Nikt Ci nie pomoże – syknął jadowicie Pers, ponownie doskakując do Dzikiego i łapiąc go od strony pleców, spróbował uwolnić towarzysza z uścisku. Dziki wykorzystując okazję, niespodziewanie puścił mężczyznę i pchnął go nogą w stronę rzeki. Mężczyzna przewrócił się, lądując na rękach, a jego dłonie zsunęły się po stromym brzegu, lądując w rzece.

Wrzask, który wydał z siebie, wypełnił całą okolicę. Po chwili jego ręce zaczęły zapadać się w bulgoczącej wodzie jak w bagnie. Drugi z ogonów Persa doskoczył do niego, chcąc wyciągnąć go z rzeki. Łapiąc kompana za bluzę, pociągnął jego korpus do przodu. Dziki dostrzegł, że zamiast rąk mężczyzna miał dwa poczerniałe kikuty upalone w miejscu łokci. W tym momencie wyszarpał się Persowi po raz kolejny i pchnął ratującego w stronę rzeki. Ten próbując złapać równowagę, wypuścił swojego kompana, którego głowa z pluskiem rąbnęła w tafle, rozlewając dookoła zielony kwas.

- TO STAMTĄD! – Usłyszał jakiś głos w oddali. Musiał walczyć jeszcze przez chwilę, zaraz ktoś tu będzie. Nie zważając, na kalekiego Persa złapał za mężczyznę przy brzegu, ten, jednak chwycił go za krwawiące miejsce na brzuchu i prawie wepchnął palce w ranę, sprawiając, że Dziki odskoczył, krzycząc jak oparzony. Z jakiegoś powodu Pers nie walczył dłużej, rzucił się do ucieczki, lawirując między drzewami. Jego towarzysz jednak rąbnął Dzikiego w twarz, ten nie miał już nawet siły, by się osłonić i runął po prostu na ziemię.

- Nikomu nie powiesz co się tutaj stało – syknął mężczyzna, wyciągając pistolet. Po chwili Dziki usłyszał huk, a ręka ogona eksplodowała. Nie był to pierwszy raz, gdy Dziki widział coś takiego. Palce mężczyzny zawisły na skórze przy resztach dłoni. Łapiąc się za krwawiące miejsce, padł na kolana oszołomiony bólem.

Po chwili zza pobliskich drzew wypadła grupa ludzi. - CO TU SIĘ STAŁO!? – ryknął Wilk, doskakując do Dzikiego. - Pers…- wyszeptał Dziki, nie mogąc zmusić swojej nadwerężonej, krtani, by powiedzieć coś więcej. - NIE DAJCIE MU UCIEC! – Rozkazał Wilk nadbiegającym Weteranom. Po chwili Dziki poczuł, jak robi mu się zimno, znał to aż za dobrze. Wiedział, że już dłużej nie utrzyma przytomności.

***

Ponownie nad głową dostrzegł biały sufit, ten jednak był inny niż poprzedni dużo bardziej stożkowaty i wznoszący się na środku. Ten sufit był mu bardzo dobrze znany, był w wieży Defektu. - Dziki? Leż nie podnoś się, musiałam zrobić ci nowe szwy - usłyszał głos Dix nad swoją głową.

- Co się dzieje? Jak ja się tu dostałem?- spytał, ledwo zbierając myśli. Było mu zimno i słabo. - Przywieźliśmy cię autobusem…- zaczęła dziewczyna, ale Dziki przerwał jej, czując nagły przypływ lęku. - Autbous… Co z Autobusem…? - Nic im nie jest, kazałam temu sukinsynowi Kubie pilnować go, dopóki porządnie nie wydobrzejesz. Ja nie wiem, co ten kutas sobie myślał. Zostawiać cię samego w takim stanie… Jeszcze, jaki był zdziwiony, że go zdzieliłam w ten głupi ryj. Ja cię chyba po prostu więcej stąd nie wypuszczę - warknęła wściekle Dix. Dziki słysząc to, uśmiechnął się pod nosem. Po chwili jednak wróciło do niego, dlaczego właściwie się tu znalazł - Co z Persem? – spytał. - Uciekł, ale nim Wilk odstrzelił jego koleżkę, trochę go przycisnęli. Wiemy, gdzie miał kryjówkę. Teraz mam tylko nadzieję, że moi chłopcy znajdą go pierwsi. Kazałam im sprowadzić go żywego… Ja tego huja utopię żywcem w rzece…- ryknęła wściekle, ściskając kołdrę, pod którą leżał Dziki. - Nie jest tego wart - westchnął, kładąc jej dłoń na rękach. Dziewczyna prawie się rozkleiła, zobaczył jak do jej oczu, nabiegają łzy. Po chwili jednak wytarła je rękawem i powiedziała chłodnym głosem, który zawsze budził w nim lęk.- Chciał mi cię odebrać…Ja nie pozwolę mu żyć…I umrzeć też mu nie pozwolę… Będzie pełzał we własnych kikutach, błagając, żebym go w końcu zabiła…- powiedziała, prawie miażdżąc Dzikiemu dłoń. - Spokojnie Dix, naprawdę nie jest tego wart…- sapnął, czując ból zgniatanej ręki. Dziewczyna otrząsnęła się i po chwili puszczając jego rękę, zmieniła już ton na normalny.- Nie przejmuj się tym. Teraz odpoczywaj, przyniosę ci trochę buraków straciłeś dużo krwi, muszę cię odkarmić, żebyś doszedł do siebie – stwierdziła i ruszyła w dół wieży, zostawiając Dzikiego w naprawdę kiepskim nastroju. Za każdym razem, gdy działo się coś podobnego, miał wrażenie, że Dix przestaje być sobą. Jakby w jednym ciele mieszkały dwie zupełnie różne osoby. Musiał przyznać, sam przed sobą, ta "zimna” strona dziewczyny wcale mu się nie podobała.


248 wyświetlenia6 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie