Krańcowo II - Rozdział IV - Niewinna przysługa

Zaktualizowano: kwi 20

Dziki razem z Mike'm weszli do wnętrza baru. Oli, mimo wielu nalegań, nie chciała im towarzyszyć i poszła przejść się po Wspólnocie. W zatłoczonym ciemnym pomieszczeniu czuć było dym papierosów przemieszany z odorem potu. Mieszkańcy Wspólnoty oraz weterani odpoczywający w jej murach pogrążeni byli w rozmowach. Kątem oka Dziki dostrzegł autobusiarzy, którzy połączyli sobie dwa stoliki i siedzieli razem przy blacie pełnym piwa.

Z jakąś dziwną wewnętrzną irytacją stwierdził - jak będą tacy rozrzutni to tych srebrnych od Siwego na długo im nie starczy. Mike poklepał go pobłażliwie.- Mają jedną okazję, żeby się zabawić i nie myśleć o tym, co czeka na zewnątrz. Daj im spokój.

Przyjaciel poprowadził Dzikiego do wolnego stolika w rogu pomieszczenia. Już po chwili pojawiła się przy nich Zuzia, kelnerka baru i obiekt dawnych westchnień Mike’a. Dziewczyna słynęła ze skąpych strojów i wyjątkowo kokieteryjnego zachowania wobec zamożnych klientów. Mike, który w starym świecie miał do czynienia wyłącznie z kobietami na ekranie komputera, dał się w całości pochwycić w jej pułapkę.

- Hej Majkuś? To co zwykle? – spytała, prawie szepcząc mu przy tym do ucha. - Nie. Tym razem pół litra czystej i napój - odpowiedział Mike, wyjątkowo zimnym i opryskliwym głosem. Dziewczyna nie zważając na ton mężczyzny, obdarzyła ich szerokim uśmiechem i ruszyła w stronę baru. - To kiedy wasz związek złapał kryzys? – spytał ironicznie Dziki. - Daj spokój, przystawiała się do każdego, kto tylko trzymał w garści trochę srebrnych - odparł zdenerwowany Mike, a Dziki nie mógł powstrzymać się od sarkastycznej odpowiedzi. - Ona? Niemożliwe... Mike zrobił zaciętą minę i spojrzał w jego stronę.

- Ty nie masz takich problemów co? Pięć minut za murami i już wspólne pomarańczki z podopieczną z autobusu. Założę się, że "wielki strażnik" jest obiektem niejednych westchnień - stwierdził, zerkając zazdrośnie na stolik, autobusiarzy gdzie Papużki i Weronika zagadywane były przez Bociana i Edka. - Jeżeli myślisz, że mam czas na takie rzeczy to znaczy, że naprawdę nie domyślasz się jak wygląda życie za murami – odpowiedział zaczepnie Dziki. Mike szykował się już do ciętej riposty, gdy pojawiła się Zuzia z alkoholem i butelką soku.- Jakbyście potrzebowali czegoś jeszcze, to jestem tu dla was chłopaki - stwierdziła, puszczając w ich stronę oczko. Mike odprowadził ją nienawistnym wzrokiem do baru, szepcząc coś, co brzmiało jak: Nakarmię Obałka trupem.

Po chwili jednak spojrzał radośnie na pół litra wódki. - No nareszcie, wypijemy jak w Starym Świecie - zawołał, rozlewając alkohol. Dziki złapał za kieliszek i podnosząc go, wzniósł toast - za Stary Świat i nieocenioną radość, jaką nam dawał. Mike uśmiechnął się i zawtórował - za Nowy Świat... oby dał nam pożyć jeszcze trochę.

Dziki przechylił kieliszek i poczuł, jak dawno niepity alkohol prawie natychmiast zaczyna szumieć mu w głowie.- W autobusie nie mógłbym sobie pozwolić na takie coś – stwierdził.

- Myślisz, że ja tu mam lepiej - westchnął Mike. - Wspólnota wygląda dobrze, jak się ją odwiedza doraźnie. Mieszkanie tu to już inna bajka. - Niewykształceni? – dopytał Dziki, nalewając drugą kolejkę. - Nie tylko. Ludzie...oni są nawet gorsi. Jakiś czas temu przyszedł tu zwykły mieszkaniec Krańcowa. Nie żaden weteran co wyżej sra, niż dupę ma, tylko normalny koleś. Miał trochę fantów na sprzedaż, no to go wpuściłem. Przehandlował co miał u Siwego i poszedł pić do naszego baru, tam poprztykał się z jakimś gościem i jeden z jego kumpli strzelił mu w plecy. Oczywiście jak się zlecieli strażnicy, facet był już ograbiony z resztek dobytku, nikt nic nie widział, nikt nic nie wiedział, a o znalezieniu strzelca w ogóle zapomnij. W biały dzień, pośrodku baru... Dlatego Ci powiedziałem, że coraz mniej mi się tu podoba. - A co na to Konglomerat? Ta wasza cała rada? – spytał Dziki. - Daj spokój, każdego interesuje tylko tyle, żeby jego dupa była bezpieczna. Jeszcze tylko Krzak stara się coś robić, ale widzę, że i on ma powoli dość. Wywód Mike'a przerwało nagłe poruszenie w barze, kilku ludzi wstało, zerkając w stronę wejścia. Do środka weszła właśnie bardzo wysoka blondwłosa kobieta z karabinem przewieszonym przez ramię oraz ciemnowłosy mężczyzna z mocno poobijaną twarzą.

Wilk i Szara rozejrzeli się, między stolikami oczy kobiety błyskawicznie wypatrzyły Dzikiego. Wskazując ręką, pokierowała swojego towarzysza do ich stolika. - Widzę, że obydwaj sporo ostatnio przeszliśmy - stwierdził Wilk na powitanie, dosiadając się razem z Szarą. - Miałem trochę kłopotów z niewykształconymi, a ciebie co tak urządziło? – spytał Dziki, bo twarz mężczyzny z bliska wyglądała jeszcze gorzej. - Maciejewski...- westchnął, a Szara spojrzała smutno w jego stronę.- No ale mniejsza o to... Gdzie ten nasz nowy podopieczny? - Siedzi tam przy stoliku - odpowiedział Dziki, wskazując na Sebastiana. - Nie wygląda źle, a Autobus coś dzisiaj świętuje? Widziałem, że wasz pojazd czeka sobie za murami - spytał, wyraźnie zainteresowany Wilk.

- Mieliśmy ostatnio ciężki okres, dlatego postanowiłem, że należy nam się tydzień wytchnienia od dobrodziejstw Nowego Świata - odpowiedział ponownie, obracając w rękach pusty kieliszek. - Wiesz Dziki, to nawet dobrze się składa. Bo miałbym do ciebie drobną prośbę. Dziki spojrzał niepewnie w stronę Wilka. Podejrzewał, że być może będzie musiał się kiedyś odwdzięczyć za pomoc Sebastianowi. Nie spodziewał się jednak, że może to nadejść tak szybko. - Jaka to prośba? - Zastanawiałem się. Czy skoro twoi ludzie są bezpieczni tu za murami, to czy nie mógłbyś mnie gdzieś podrzucić? - Autobusem? – dopytał Dziki, jakby nie do końca dotarło do niego, o co spytał mężczyzna. - No, tak .. Wyjaśnię, o co mi chodzi. Słyszałeś zapewne co dzieje się ostatnio w Krańcowie? – spytał Wilk. Dziki przytaknął, w tym czasie Mike nadstawił uszu, odrywając się na chwilę od butelki, na której był skupiony.

Wilk schylił się i wyszeptał tak, by tylko siedzący przy stoliku mogli go usłyszeć.- Widzisz Dziki, mam w Strefie Głodu informatora, niestety facet nie jest z tych, co robią coś dla idei, a za swoje usługi każe mi sporo płacić. Za dokładne informacje o ostatnich wydarzeniach zażądał ode mnie niebotycznej ilości towaru. Prawie trzy podróżne torby różnych fantów. Mógłbym co prawda przenieść to z Szarą ręcznie, ale byłoby to trochę ryzykowne. Pomyślałem więc, że skoro masz wolny autobus, to mógłbyś podrzucić nas do umówionego punktu i ewentualnie odebrać.

Dziki zastanowił się, choć sam pewnie nie widziałby w tym większego problemu, to jednak "przysługa”, o którą prosił go Wilk, stała w całkowitej sprzeczności z zasadą niewtrącania się Kuby. Mężczyzna, widząc zapewne jego niezbyt optymistyczną minę stwierdził - Dziki, niezależnie od tego czy się zgodzisz, czy nie chłopak ma już u mnie miejsce, nie musisz się o to martwić. Uwierz mi, nie prosiłbym cię o to, gdyby w autobusie wciąż byli ludzie, którymi się zajmujesz. Moje sumienie nie zgodziłoby się ich narazić... Dziki wyprostował się, obracając nerwowo kieliszek w palcach. - Dobra, niech będzie, chociaż Kuba nie będzie zachwycony. - To, co robię, robię również dla niego, jak i dla Autobusu. To bardzo ważne, abyśmy dowiedzieli się, co planuje Daniel i jak daleko jest w stanie się posunąć. - Kiedy chcesz wyruszyć? – Spytał Dziki. - Jak tylko wykupię odpowiednią ilość zapasów od któregoś z handlarzy - stwierdził Wilk. - A nie szukacie jeszcze kogoś do pomocy? Chętnie ruszę się trochę za mury - powiedział Mike, odkładając butelkę. - Jasne, w grupie będzie nam raźniej- odpowiedział Wilk - to spotkamy się przy autobusie...

Dziki poinformował swoich podopiecznych, że musi na chwilę opuścić Wspólnotę, nie wdrażał ich jednak w szczegóły. Na szczęście rozochoceni zabawą w barze kompani nie byli szczególnie zainteresowani tym, gdzie wybiera się ich strażnik. W międzyczasie Mike poprosił kilku swoich znajomych, by mieli oko na podopiecznych Dzikiego.

W przeciągu pół godziny od pojawienia się Wilka w barze, zebrali potrzebne zapasy i wyjechali za mury. Trzy potężne wojskowe torby leżały zapakowane na przodzie autobusu. Dziki miał spore wątpliwości czy Szara i Wilk zdołaliby dotrzeć razem z nimi w pobliże Strefy. Czuł nawet przez chwilę, że szeryf krańcowa planował od początku poprosić go o pomoc, nie poruszył jednak tego tematu.

Gdy opuszczali okolicę dworca robiło się już ciemno. Teraz jadąc w mroku, zewsząd dochodziły do nich dźwięki nocnego Krańcowa. Wiele typów niewykształconych robiło się aktywnych nocą. Dziki, który miał małe doświadczenie w prowadzeniu autobusu, co rusz hamował gwałtownie, mając wrażenie, że jakaś istota przebiega przez ulicę.

Dojeżdżając do centrum, Dziki poczuł, jak skóra mu cierpnie i to nie tylko ze względu na to, że zbliżali się do Strefy Głodu. O tej części miasta krążyły przerażające opowieści. Różne potworne rodzaje niewykształconych krążyły w tej okolicy tak licznie, że nawet Kuba zaznaczył w swoim notatniku, by nigdy nie nocować w tej okolicy.

Nerwowa atmosfera udzieliła się wszystkim w autobusie. Mike ściskał mocno karabin, zaciskając zęby, Wilk praktycznie zesztywniał, oparty o kokpit obserwując drogę przed nimi. Szara stojąca przy drzwiach wodziła nerwowo wzrokiem za każdym cieniem przemykającym z boku. Prawdziwy szok przeżyli jednak, gdy panujący chaotyczny rumor rozdarł dźwięk megafonu.

- UWAGA! UWAGA! MIESZKAŃCY KRAŃCOWA! UWAGA! UWAGA! MIESZKAŃCY KRAŃCOWA!

Przestraszony Dziki uderzył w hamulce, przez co wszyscy polecieli do przodu. Mike, który trzęsącymi rękoma podnosił karabin z ziemi, spytał przerażony - Co to, do cholery, jest? - Krańcowska Syrena - odpowiedział mu Wilk, rozmasowując jednocześnie udo, którym uderzył o panel autobusu.- Zmienili się w nie wszyscy pracownicy służb porządkowych. - Bardzo to niebezpieczne?- dopytał Mike, prostując się niepewnie. Wilk zrobił przez chwilę skonsternowaną minę.- Zależy... Mówią na nie "żniwiarze samotników", ignorują w ogóle "prawo trzech", biegając chaotycznie po ulicach albo wchodząc losowo do budynków, nigdy jednak nie atakują same. Potrafią się nawoływać, no i wabią też innych niewykształconych.

- UWAGA! UWAGA! MIESZKAŃCY KRAŃCOWA! UWAGA! UWAGA! MIESZKAŃCY KRAŃCOWA!

Dźwięk zdawał się głośniejszy z każdą chwilą. Dziki wrzucił bieg i miał już ruszać do przodu, gdy nagle Syrena wybiegła prosto przed autobus. Ubrana w galowy mundur policji, zdeformowana bestia miała zamiast głowy ogromny megafon. Ten jednak nie był tylko zwykłym urządzeniem, pokryty był w całości skórą z kępkami włosów. Jego wnętrze najeżone było pojedynczymi zębami, a rdzeń wyglądał jak ogromny ludzki język. - UWAGA! UWAGA! MIESZKAŃCY KRAŃCOWA! - Zawołała bestia, trzepocząc jęzorem na boki.

Szara spojrzała przestraszona, dając ręką znak, by ruszali. - Nie zaatakuje nas?- spytał niepewnie Dziki. - Nie sama, ale na pewno już zbiera sobie towarzystwo. Jedź - zawołał Wilk.

Dziki minął niewykształconego, który obejrzał się za nimi, wciąż wykrzykując tę samą frazę elektronicznie wzmocnionym głosem.

Syrena jednak nie miała zamiaru rezygnować i ruszyła za autobusem, zmuszając Dzikiego do wciśnięcia pedału gazu. - Cholera, jak szybko ona potrafi biec!- zawołał, patrząc na prędkościomierz dochodzący do pięćdziesiątki. Spojrzał w tylne lusterko na oddalającego się potwora, gdy nagle usłyszał krzyk Mike'a – UWAŻAJ!

Dziki zdążył tylko spojrzeć przez przednią szybę i wdepnąć hamulce, gdy poczuł uderzenie. Kolejna Syrena wybiegła wprost przed autobus i odbita od przedniego zderzaka odleciała kilka metrów do tyłu. - uwaga...uwaga..mieszkańcy... krańco...- zabuczała dźwiękiem odtwarzacza, w którym zanika napięcie.

Szara zamachała panicznie wskazując na coś ręką, Wilk zmrużył oczy próbując przeniknąć ciemność, gdy nagle zaklął wściekle.

Gromada Syren weszła w zasięg świateł autobusu, odcinając drogę półkolem.

- UWAGA!!!UWAGA!!! MIESZKAŃCY KRAŃCOWA!!! - wykrzyczała istna kanonada głosów.

Przestraszony Mike' złapał Dzikiego za plecy. - GAZ! ROZJEŻDŻAJ!!!- wykrzyczał mu do ucha.

- Jest ich za dużo, autobus ugrzęźnie - odpowiedział, gdy nagle niewykształceni rozstąpili się delikatnie. Spośród niemal identycznych Syren wyłoniła się jedna niezwykła. Była dużo niższa od swoich kompanów i dużo tęższa. Jej mundur był znacznie bogatszy i błyskał licznymi gwiazdkami na pagonach. Zamiast jednego megafonu miała ich aż trzy, zaczepione na przerośniętej szyi. - UWAGA! UWAGA! MIESZKAŃCY KRAŃCOWA!- zawołała dużo grubszym, ale wciąż elektronicznym głosem - PROSZĘ OPUŚCIĆ POJAZD! - Chyba śnisz - odpowiedział Dziki, wrzucając wsteczny. Autobus ruszył do tyłu, a Syreny wydały z siebie niewyobrażalny paraliżujący dźwięk. Dziki puścił kierownicę, łapiąc się za uszy. Czuł, że zaraz buchnie z nich krew. Tuż obok Wilk osunął się na kolana, uderzając głową o kokpit. Mike padł na ziemię, tarzając się jak w padaczce. Dzikiego dopadły zawroty głowy. Miał wrażenie, że zaczyna tracić świadomość... Gdy nagle poczuł dotyk chłodnych dłoni na swoich uszach, dźwięk ustał a w jego głowie zabrzmiał delikatny kobiecy głos. - Już dobrze Dziki, zabierz nas stąd.

Jeszcze raz wcisnął pedał gazu i autobus potoczył się do tyłu. Syreny natychmiast ruszyły za nimi. Mike i Wilk ciągle wyglądali jak w agonii. Stojąca za Dzikim Szara, trzymała go za głowę, wpatrując się przez szybę. Gdy tylko oddalili się od potworów, znowu usłyszał jej głos w swojej głowie. - Za chwilę zatrzymaj autobus i wyłącz światła, ukryję nas. - Jak?- chciał spytać, ale nim słowo dobiegło z jego ust, kobieta odpowiedziała mu w myślach - zaufaj mi. Dziki posłusznie oddalił się jeszcze kawałek od niewykształconych i zatrzymał autobus. Wyłączył światła i zamarł. W tym samym momencie całe auto oblała fala chłodu. W uszach Dziki czuł jeden wielki szum, przez który, jak pod wodą przebijały się nawoływania Syren - Uwaga...uwaga..mieszkańcy Krańcowa. W mdłym blasku podświetlanego kokpitu, Dziki zauważył kolejne Syreny przebiegające obok autobusu, niektóre wbijały się z impetem w szybę, zdawały się jednak w ogóle nie odnotowywać istnienia pojazdu. Po trwających wieczność dwóch minutach, Szara odetchnęła, uśmiechając się do Dzikiego, wskazała głową kierunek, po czym pochyliła się nad leżącym na ziemi Wilkiem.

- O cholera, dały nam popalić...- powiedział mężczyzna, podnosząc się z ziemi.

- Ja pierdolę, prawie nas zabiły... mówiłeś, że nie są groźne...- warknął Mike, ciągle gładząc się po uszach.

- Jak jest jedna, to jej wycie jest najwyżej irytujące, tutaj mieliśmy całą armię - wytłumaczył się Wilk.

Ze względu na ból uszu, resztę drogi pokonali w milczeniu. Po kilku kolejnych minutach podróży Dziki dostrzegł dawny budynek Bajkolandi, w której jakiś czas temu urzędował Siwy. Po tym ruszyli prostą drogą w stronę Strefy Głodu. - Umówiłem się z nim w starej Pizzerii "Papa Pepo” – powiedział w końcu Wilk. – Jak dasz radę, ustaw się gdzieś w pobliżu. Po tej przeprawie z Syrenami naprawdę nie chcę się włóczyć po nocy. Dziki przypomniał sobie o pewnej małej drodze biegnącej niedaleko budynku fast-foodu. Wjeżdżając tyłem, ukrył autobus na jednym z podwórek.

Gdy już się zatrzymali, Wilk popatrzył na zebrany bagaż. - Słuchajcie, wiem że nie do końca to było w umowie, ale pomożecie mi to zatachać? Wolałbym, żeby Szara, ubezpieczała z zewnątrz... W tym momencie odezwał się Mike - Wilku, nie chcę ci psuć planów, ale ja, Dziki, ty plus informator, dokładamy do trzech. Może niech Dziki pójdzie ubezpieczać z Szarą, a my razem z torbami do pizzerii.

Wilk pokręcił jednak głową. - Spokojnie, jesteśmy tak blisko Strefy Głodu, że nawet w pięcioro niczego byśmy nie przyciągnęli. - No dobrze, ale Szara będzie sama, to na pewno bezpieczne?- wtrącił Dziki. Kobieta i Wilk popatrzyli na siebie, wydawałoby się, że potrafią ze sobą rozmawiać samym spojrzeniem, bo już po chwili Szara przysunęła się do Dzikiego, kładąc mu z uśmiechem obie ręce na ramionach. - Nie musisz się o nią martwić - odpowiedział Wilk. - Niewykształceni nie są w stanie wyczuć Szarej. Z nami byłaby w większym niebezpieczeństwie niż sama.

Dziki z Mike’m spojrzeli na siebie i po chwili chwycili za torby.

- Naprawdę ogromne dzięki, Szara będzie nas osłaniała z oddali. Jest w tym naprawdę dobra więc się nie martwcie.

Wychodząc z bezpiecznego autobusu Dzikiego naszedł jakiś dziwny niepokój. Nawet ten niewielki odcinek drogi, który musieli pokonać na pieszo mógł być najeżony niewykształconymi i różnego rodzaju innymi niebezpieczeństwami. Na ich szczęście oprócz wrzasków gospodarzy dobiegających z pobliskich budynków nie napotkali niczego złego.

Budynek Pizzerii znajdował się przy jednym ze skrzyżowań głównej ulicy. Gdyby w dzień wejść na jej dach bez problemu można by podejrzeć co dzieje się w samej Strefie Głodu. Na myśl jak blisko królestwa Daniela się znajdują Dziki nie mógł opanować kołatania w sercu.

Gdy weszli po kamiennych schodach na półpiętro pizzerii powitał ich szyld przedstawiający karykaturalnego wąsatego włocha. O dziwo, sam budynek wyglądał na nietknięty, wszystkie szyby na zewnątrz były całe a drzwi zamknięte. Wilk, który szedł pierwszy, nacisnął na klamkę i otwierając im wejście wpuścił ich do środka.- Dobra, zostawcie torby, niedługo powinien być – zarządził.

Dziki odłożył ładunek i rozejrzał się po wnętrzu. Miał okazję kilka razy jeść tutaj w Starym Świecie i musiał przyznać, że lokal wyjątkowo dobrze oparł się zgubnemu działaniu szabrowników. Być może dlatego, że znajdował się tak blisko Strefy Głodu. Chociaż alkohol za ladą zniknął bez śladu, to reszta wyposażenia stała na swoich miejscach, nic też nie było zdemolowane albo zniszczone. Gasząc latarki, rozsiedli się przy jednym ze stolików, czekając na nadejście informatora.

- Kim jest w ogóle ten gość, który odważył się zdradzić Daniela?- Spytał głos Mike'a w absolutnej ciemności. - Mówią na niego Łajza, zresztą bardzo słusznie, w Starym Świecie był takim Krańcowskim cwaniaczkiem. Na moje szczęście czy też nie, znam go właśnie sprzed Błysku - odpowiedział Wilk. - Można mu ufać?- dopytał nieprzekonany Dziki.

Wilk westchnął w ciemności.- W normalnych warunkach powiedziałbym, że nie, ale z fartem dla nas, nie przepada on ani za Danielem, ani za jego nowym światem. Choć pewnie tylko ze względu na to, że nie udało mu się awansować nigdzie wyżej. Z tego, co wiem, próbował wielu sztuczek, żeby wkręcić się do Gorgoru, ale Daniel go rozgryzł i dostał dożywotnią łatkę cherlaka. Podobno nawet w banderze nie jest mile widziany. Więc z zemsty szpieguje dla mnie.

- Cherlak raczej nie może wiedzieć zbyt dużo...- stwierdził Mike, ale Wilk zaprzeczył.

- Łajza ma wyjątkowy talent do zbierania informacji, a że na cherlaków nikt za bardzo nie zwraca uwagi lepiej dla niego.

Dziki nie był do końca przekonany po tym, co usłyszał. Następne kilka minut spędzili w ciszy, przysłuchując się odgłosom z zewnątrz. W pewnym momencie ciszę przerwało ciche pykniecie.

- Szara dała znać, zaraz tu będzie - powiedział Wilk. Minutę później drzwi pizzerii otworzyły się, a do środka weszła jakaś postać.

Wszyscy trzej oświetlili ją swoimi latarkami. Mężczyzna zasłonił się ręką przed nagłym światłem i syknął cicho - wyłączcie to cholerstwo, nikt więcej nie musi wiedzieć, że tu jesteśmy - rzucił opryskliwie. Dziki posłusznie wyłączył latarkę, to samo zrobili Wilk z Mike’m. Przybysz po omacku wszedł do środka i dosiadł się do ich stolika. Dziki myślał przez chwilę, że będą rozmawiać po ciemku, ale postać wyciągnęła małą lampę rzucającą mdłe czerwone światło. W ledwo widocznej poświacie przyjrzał się w końcu siedzącemu naprzeciwko Łajzie. Choć w pierwszej chwili wyglądał on jak typowy mieszkaniec Strefy Głodu to miał jednak sporo cech, które odróżniały go od pozostałych. Przede wszystkim był szczupły, ale nie zamorzony, Dziki wiedział doskonale, że ci, którzy nie zajmują w Armii Daniela wyższych pozycji, przez większość czasu chodzą głodni. Jego ubranie też nieco go wyróżniało, było brudne i pełne plam, ale na pewno nie było zniszczone ani zużyte. Wyglądało raczej na sztucznie sfatygowane.

- Nie spodziewałem się, że będziesz miał towarzystwo - zaczął mężczyzna, spoglądając się z wyrzutem na Wilka. - Zażyczyłeś sobie tyle towaru, że za diabła nie dotaszczyłbym tego sam. Mam nadzieje, że twoje informacje są warte chociaż połowę tego Łajzo.

Mężczyzna w ogóle nie przejął się gniewnym tonem Wilka i bez ceregieli poszedł sprawdzać zawartość toreb, które przed chwilą przytachali. - Dobra, powiedzmy, że jest ok- stwierdził, siadając po chwili z powrotem przy stole. – To czego chcesz?

- Nie rżnij głupa, doskonale wiesz po co przyszedłem, co to za grupa, która atakuje weteranów? Ilu ich jest? Jak są wyposażeni? Gadaj wszystko co wiesz! – Warknął Wilk zerkając pogardliwie na swojego rozmówcę.

Łajza uśmiechnął się i pochylił nad lampą tak, że widzieli teraz dokładnie jego oczy przeskakujące między nimi trzema.- Pamiętasz, jak sprzedałem ci informacje, kiedy Maciejewski będzie próbował przedostać się na drugi brzeg? Czułem pismo nosem, że to mi się opłaci w znacznie szerszej perspektywie.

- DO RZECZY! – ryknął Wilk, uderzając pięścią w stół. Na Łajzie nie zrobiło to jednak większego wrażenia. Spoglądając pogardliwie na rozmówcę, syknął złośliwie - co cię boli dupa? Bo sam sprowokowałeś to, co się teraz dzieje? Daniel dostał szału, jak się dowiedział, że ktoś ośmielił się podnieść rękę na jedynego człowieka, którego ceni w banderze. Do tego przeszkodziłeś w tym ich całym "eksperymencie" i nieważne, że kładka utonęła bez twojej ingerencji.

- Jakby to był pierwszy raz, ilu banderowców odstrzelili Weterani - próbował wytłumaczyć się Wilk, ale Łajza, słysząc to, uśmiechnął się znacznie szerzej. - Daniel ma w dupie banderę i to, co się z nią dzieje, ale Maciejewski to co innego. Choć teoretycznie sam jest częścią bandery, to jednak pozostaje jego pupilkiem, a dzięki tobie dostał spory awans.

Wilk opuścił głowę zrezygnowany.- Więc plotki są prawdziwe - westchnął - Dokładnie - potwierdził Łajza - z polecenia Daniela, Olbrzym dostał pozwolenie na utworzenie małej, ale dobrze uzbrojonej grupy. - Jak małej ?! Konkrety Łajzo. - Cholera, no nie wiem. Wiesz, te twoje torby są takie półpełne, ja przygotowałem garść naprawdę dobrych informacji, a ty nie dorzuciłeś nawet kilku naboi. - USTALALIŚMY CENĘ!!! – wrzasnął wyraźnie już wściekły Wilk, podnosząc się z miejsca - jak ci nie pasuje, zabieram to wszystko, a ciebie Szara odstrzeli, jak tylko ruszysz się za Strefę Głodu! - No naprawdę ...- westchnął znudzony Łajza.- Dobra, po starej znajomości powiem ci, co wiem, ale rżniesz mnie w kakao i to przy świadkach...

Informator rozłożył się na ławce i spoglądając w górę powiedział - Maciejewski wybrał sobie piętnaście osób.

- ILE? – wtrącił Wilk z niedowierzaniem, a Łajza spojrzał na niego poirytowany.

- Dokładnie tyle ile słyszałeś i nie przerywaj mi dobra? Więc głównie zaprosił jakichś tam wyróżniających się gości z bandery, aż dziwne, że miał jakichś chętnych. Oprócz tego, paru ludzi ze Strefy Głodu, ale nie takich zwykłych "cherlaków”, tylko cwaniaczków podobnych do mnie – dodał z uśmiechem. - Nie mają co prawda jakiegoś wybitnego doświadczenia, za to są jebitnie doposażeni. Jak już ich odkarmili, Daniel nie szczędził środków, dostali jednakowe mundury w brązowym kolorze, kamizelki kuloodporne, ochraniacze, karabiny bojowe...

Wilk nie wytrzymał w tym momencie i wtrącił się ponownie. - Jak to Karabiny? Piętnaście Karabinów? Skąd miał na zbyciu aż tyle? Zabrał obrońcom marketu? - Nie wiem! – odpowiedział z irytowany Łajza, a Dziki miał wrażenie, że bardziej zdenerwowało go to, że sam nie mógł zdobyć tak cennej informacji, niż to jak Wilk ponownie mu przerwał. Zastanawiając się przez chwilę, stwierdził w końcu.- Znam wszystkie ważniejsze figury, żadnego Obrońcy nie brakuje na patrolach i wszyscy noszą swoje uzbrojenie, poza tym strażnicy spod Marketu noszą strzelby myśliwskie a ten nowy oddział ma karabiny.

- Pierwszy ma spore zapasy broni ukryte w Krańcowie - wtrącił Dziki – może postanowił wrócić do Armii. Łajza spojrzał się na niego z politowaniem.- Mam szałas rozbity prawie pod samym Gorgorem, nikt w środku nie pierdnie, żebym nie czuł smrodu. Gdyby Pierwszy wrócił do Armii, wiedziałbym o tym jeszcze przed Danielem - stwierdził, dementując domysły Dzikiego. - Dobra, nieważne, mają broń i nic na to nie poradzimy. Co jeszcze wiesz? – spytał Wilk. - Więc ten utworzony oddział nosi nazwę "Ręka Olbrzyma” , bazę mają w Strefie Głodu, oczyścili sobie swój własny blok zaraz obok Gorgoru. Pogłoski mówią, że nie zatrzymują się nigdzie na mieście, po każdej akcji wracają prosto pod Market. Danielowi się nie śpieszy i nie chce strat we własnych ludziach, dlatego stosuje taką wojnę podjazdową. Znajdują Weterana czy dwóch, wieszają na drzewie i szybciutko do domciu zanim ktokolwiek zdąży zorganizować jakiś kontratak. Podobno mają też informatora, który sprzedaje im miejsca pobytu Weteranów.

- Jakby tego nam jeszcze brakowało - westchnął Wilk - a co ma zamiar zrobić dalej? Jakie są dalsze plany? Wiesz coś? - Podobno za pomocą tego oddziału ma zamiar wyeliminować wszystkich wolnych Weteranów, to pozwoli jego ludziom nabrać doświadczenia, zanim wezmą się za większe grupy jak Defekt. Dziki poczuł, że serce zabiło mu znacznie szybciej i jakiś dziwny skurcz przeszedł po plecach. Wilk zamyślił się przez chwilę. - Dasz radę obserwować kiedy wychodzą? Mógłbyś mi dawać sygnał przez radio. - Parę razy się pewnie uda - stwierdził Łajza - ale Daniel nie jest głupi i też prowadzi nasłuch. Zauważy, że zaraz po wyjściu oddziału w eterze zacznie się ruch. Dlatego przyjmijmy, że ostrzegę cię dwa razy na naszym kanale, ten sam kod co zawsze.

Słowa Łajzy utonęły w głośnym pyknięciu. Dziki spojrzał na bok i zobaczył, że zamiast Wilka przy stole siedzi z nimi Szara. Nim zdążył mrugnąć, dziewczyna zniknęła, a na jej miejsce powrócił mężczyzna. - Odział Daniela, biegnie w tę stronę, zaraz tu będą! – krzyknął niespodziewanie, podrywając się z miejsca,jednocześnie złapał Łajzę za chabety – WYDAŁEŚ NAS! - OSZALAŁEŚ WILKU?! DANIEL NIENAWIDZI ZDRAJCÓW, WISIAŁBYM ZARAZ OBOK CIEBIE!- Wilk rozejrzał się panicznie po siedzących.- Uciekajcie tyłem, spróbuję ich odciągnąć – W tym samym czasie na zewnątrz padły strzały. - SZYBKO! – Krzyknął Wilk i wybiegł na zewnątrz.

Mike razem z Dzikim poderwali się z miejsca. Łajza chwycił jedną z toreb i ruszył przed nimi. Wbiegli do kuchni, a potem do magazynku, skąd można było wyjść na tył pizzerii. Dziki zobaczył, jak mężczyzna wybiega przed nimi na zewnątrz i zatrzaskuje drzwi. - CO ON DO CHOLERY WYRABIA – krzyknął Mike, wpadając na wyjście, które nie chciało się otworzyć. - OTWIERAJ! - Ryknął Dziki. - Sorry chłopaki, potrzebuje chwili, by się ulotnić, ale wyglądacie na takich, co lubią poświęcać się dla sprawy, więc macie okazję. - Skurwysyn!- wrzasnął Mike i biorąc rozbieg, wparował w drzwi, te jednak nawet nie drgnęły. Dziki usłyszał przez zaplecze, jak ktoś wbiega do środka Pizzeri. Mike rozpędził się po raz kolejny i znowu wparował w drzwi, po drugiej stronie coś upadło. Wziął więc kolejny rozbieg i tym razem przebił się z hukiem na zewnątrz.

Wybiegli na schody za budynkiem. Po Łajzie nie było już nawet śladu, nie włączając latarek zbiegli w dół na podwórze. Mike dopadł do bramy prowadzącej na drogę, ale musiała być zamknięta, bo po chwili wskoczył na ogrodzenie. Dziki zrobił to samo i wtedy usłyszał, że ktoś go woła. Ich plecy oświetliło światło mocnych latarek. Dziki zeskoczył na drugą stronę płotu i zamarł, tuż przy wejściu dostrzegł trzy postacie mierzące do nich z broni. Po chwili jedna z postaci zeskoczyła na dół i bez trudu pokonując ogrodzenie, wylądowała między nim a Mike’m. Gdy światła latarek oświetliły sylwetkę, Dziki poczuł, jak przechodzi go zimny dreszcz. Między nimi stał bowiem sam Daniel. Mężczyzna nie zmienił się prawie wcale od kiedy Dziki spotkał się z nim po raz pierwszy. Ciągle nosił tą samą wojskową bluzę i wytarte jeansy a włosy miał przystrzyżone krótko jak prawdziwy żołnierz.

- Dobra, ja się tu zajmę resztą, biegnijcie za tamtą dwójką!- krzyknął w stronę stojących przy wejściu. Ci posłusznie zniknęli we wnętrzu budynku, pozostawiając ich w całkowitej ciemności. Po chwili Daniel włączył swoją latarkę i ustawił ją na sztorc na chodniku tak, że niemrawe światło oświetliło Dzikiego i Mike’a. - Czujesz to Dziki? To napięcie? – spytał – Chłopie ty to masz jaja ze stali, tak łgać patrząc mi prosto w oczy. Nawet ci powieka nie drgnęła... Dziki przełknął nerwowo ślinę, Mike za plecami dowódcy armii obserwował go uważnie, czekając na odpowiedni moment do ataku. - Ten świat jest jednak niesamowicie pokręcony, bo znowu się spotykamy, a ja już wiem o wszystkim. Ucieczka w noc latarni, podróże z Pierwszym, walka z Delimerem, romans z Dix... Film by nakręcił – zaśmiał się Daniel.

Dziki zobaczył, że mężczyzna chwycił za kaburę i wyciągnął z niej broń. Zamiast jednak wymierzyć w któregoś z nich, bez ceregieli wyrzucił ją na ziemie. - No Dziki mam nadzieję, że pogromca Delimera zapewni mi trochę godziwej rozrywki. Mike za plecami Daniela zrobił minę, jakby ktoś dał mu właśnie prezent gwiazdkowy. Dziki wiedział, że jego przyjaciel nie walczył nigdy z ludźmi posługującymi się błędami i bał się, że za chwilę zrobi coś głupiego. Niestety nie musiał długo na to czekać. Mike błyskawicznie uniósł swój karabin i wystrzelił. W tym momencie jednak Dziki usłyszał huk, który nie był wystrzałem broni.

Daniel zniknął na chwilę i pojawił się zaledwie krok od miejsca, w którym stał wcześniej, sprawiając, że kule wystrzelone przez Mike’a wbiły się w asfalt. Nim mężczyzna zdążył wystrzelić po raz kolejny, Daniel dopadł do niego, unosząc dłonią lufę karabinu. Seria pocisków wystrzeliła w powietrze. Nie czekając, Dziki wyciągnął pistolet i spróbował przycisnąć go do głowy Daniela, licząc, że w ten sposób oszuka "błąd". Ten jednak nie puszczając broni Mike'a, odepchnął jego lufę, tak że kula świsnęła mu jakiś milimetr nad włosami. Po chwili dowódca Armii chwycił ich obu za ręce i wykonując szybki obrót, powalił obydwu na ziemię.

- Cholera Dziki! – ryknął zirytowany - myślisz, że to jakaś zabawa? Walczysz ze mną o życie? Na wielki Gorgor włóż w to trochę serca. Dziki wiedział, że nie mają z nim szans. Mike jednak nie zrezygnował, poderwał się i wbiegł bykiem w Daniela, przesuwając go po ziemi kilka centymetrów. Dowódca armii popatrzył na niego z jakimś niezwykłym podziwem, po chwili jednak uderzył go kolanem w klatkę piersiową i odepchnął na bok, skupiając się z powrotem na Dzikim. Ten podnosząc się zbolały, uniósł broń, co Daniel skwitował jedynie pogardliwym spojrzeniem. Dziki spróbował wymierzyć, ale za każdym razem, gdy lufa pistoletu znalazła się naprzeciwko torsu dowódcy, ten znikał w krótkim błysku i pojawiał się tuż obok. W międzyczasie czasie, Mike znowu poderwał się na równe nogi i chwytając Daniela od tyłu, uniósł go do góry, by cisnąć nim o ziemię. Ten upadł, zręcznie amortyzując się rękoma, i w krótkim błysku powrócił do pionu. Mike spróbował zaatakować ponownie. Jego lewa pięść trafiła Daniela w twarz, gdy jednak próbował tego z prawą, ten przechwycił jego cios. Chwytając go za przedramię, Daniel cisnął Mike'm o bramę jakby był workiem kartofli. Mężczyzna osunął się po metalowych profilach, ukazując pręty wgięte uderzeniem.

Dziki z desperacji wystrzelał cały magazynek w stronę Daniela, ale ten uniknął wszystkich kul. Po chwili wyraźnie wściekły zbliżył się do Dzikiego i pojedynczym uderzeniem zwalił go z nóg. Dziki poczuł jak rana po Dziadzie znowu się otwiera, krew zalała mu usta, a pieczenie nie ustawało. Dowódca Armii popatrzył przez chwilę na obu i zrezygnowany usiadł na chodniku. Dziki wycierając krew, która zalewała mu oczy, spojrzał jak mężczyzna grzebie w kieszeni. Przez chwilę myślał, że wyciągnie jakąś ukrytą broń, ale Daniel sięgnął po kokosowego batona. - Powiedz, to Pierwszy walczył z Delimerem, a nie ty? – spytał zrezygnowany, oglądając opakowanie. Dziki, który czuł, że nie ma nic do stracenia, postanowił zachować prawdę dla siebie. - Tak, to on go pokonał. Ja tylko pomagałem - skłamał, opluwając się przy tym krwią, która zalewała mu usta.

Kątem oka dostrzegł, że Mike podnosi głowę i patrzy na niego. Po jego spojrzeniu zrozumiał, że i on domyślił się, w jak beznadziejnej są sytuacji. Daniel obserwował opakowanie jeszcze przez chwilę.- Cholera, mam tylko jednego. Dziki zobaczył, jak mężczyzna łamie batona w ręku i otwierając opakowanie, częstuje Mike’a. Ten zamarł, przyglądając się z niedowierzaniem, dopiero gdy Daniel machnął kilka razy w jego stronę, wziął od niego kawałek. Zaraz potem podniósł się i włożył część batona w rękę leżącego na ziemi Dzikiego.- Nie lubię jeść samemu - stwierdził, siadając z powrotem na chodniku i biorąc ostatni kawałek do ust. Mike obserwował Dzikiego pytająco, ten nie wiedział, co ma powiedzieć. Daniel był wyjątkowo ekscentryczną osobą, o czym przekonał się już przy ich pierwszym spotkaniu. Nie miał jednak pojęcia co będzie z nimi dalej. W końcu nie wytrzymał i zapytał - zabijesz nas? Daniel przeżuł batona i zmarszczył czoło, jakby coś rozważał.- Skoro już się dopominasz, to jedyną karą, jaką stosujemy w armii, jest właśnie śmierć...- Dziki przełknął nerwowo ślinę, a Mike odruchowo wyszukał ręką karabin. Daniel siedział dalej na chodniku, nie zwracając na to uwagi.- Z drugiej strony, Pierwszy musiał mieć jakiś ważny powód, żeby ci pomóc, a ja nie wiem jaki. Z jego zdolnościami towarzyskimi raczej wątpię, żebyście byli kumplami ze Starego Świata. A pomoc przypadkowej osobie... Chłopie on ci nie pożyczył piątaka na piwo, tylko walczył za ciebie z Delimerem... No nie wiem ... Daniel podniósł się w końcu, otrzepując ręce z resztek batona.- No dobra wstawajcie, wygląda na to, że będziecie moimi pierwszymi jeńcami. Mike popatrzył z niedowierzaniem, jak Daniel podnosi latarkę z ziemi i wychodzi do przodu.- Dziki, weź mój pistolet, nie chce mi się was rozbrajać ani dźwigać tego żelastwa, tylko nie próbujcie nic głupiego, bo jeszcze zmienię zdanie - stwierdził wyraźnie znudzony.

Mike spojrzał na Dzikiego porozumiewawczo, jakby liczył na to, że ponownie zaatakują. Ten jednak pokręcił głową i podnosząc się z ziemi, doczłapał się do leżącej broni. Czuł sam po sobie, że drugiej rundy z Danielem już by nie przeżył. Zrezygnowany Mike ustawił się za dowódcą armii i po chwili we trójkę ruszyli w stronę głównej ulicy. Dziki nasłuchiwał jakichś strzałów, które mogłyby świadczyć, że Wilk albo Szara są gdzieś w pobliżu. Noc była już jednak całkiem głucha, przez chwilę ogarnęło go przeczucie, że i oni mogli już być w rękach Armii. Daniel kroczył przed nimi, podrzucając dla zabawy latarkę w dłoni, przez co światło co rusz strzelało im w oczy. Mike ciągle zerkał to na swoją broń, to na Dzikiego, jakby czekał na przyzwolenie, by wykorzystać okazję. Po kilku minutach wyszli na główną drogę, gdzie przy starym sklepie z wędlinami czaił się jakiś członek Armii, opierając się o witrynę.

Na widok Daniela mężczyzna wyprostował się natychmiast, a Dziki przyjrzał się mu uważnie. Żołnierz nosił na sobie mundur w brązowym kolorze i pasującą nieco ciemniejszą brązową kamizelkę, na lewym ramieniu miał przewiązaną czerwoną wstążkę, charakterystyczny symbol Armii. To, co jednak najbardziej zwracało uwagę to biała dłoń, którą mężczyzna miał odciśniętą na kamizelce, taką samą, jaką Dziki widział wcześniej na drzewie z wisielcem.

- Bracie! - zawołał żołnierz w stronę Daniela. - Jak sytuacja? – spytał dowódca, przeciągając się leniwie. - Olbrzym i kilku chłopaków ruszyło za Wilkiem w stronę rynku, po kobiecie nie ma śladu. - W stronę rynku mówisz? Może nawet się przejdę. A, byłbym zapomniał, tych dwoje trzeba odeskortować do Gorgoru, tylko zabierz im broń. Daniel westchnął i wsadzając ręce do kieszeni, ruszył powoli w głąb ciemnej ulicy. Żołnierz popatrzył na nich - oddajcie broń! – rozkazał. Dziki miał przez chwilę gonitwę myśli, Daniel się oddalał, gdyby przeciągnąć to przez chwilę może daliby radę uciec. Mike musiał myśleć o tym samym, bo i on kątem oka obserwował znikającą w mroku sylwetkę dowódcy Armii. - NO DALEJ!- ryknął żołnierz, podnosząc lufę swojego karabinu. Dziki czuł, że serce zaraz wyskoczy mu z piersi, zacisnął rękę na pistolecie, gdy nagle usłyszał za sobą głos Daniela. - To chyba moje - stwierdził, wyciągając mu broń z ręki.- A, i jeżeli chcecie liczyć na moją łaskawość, odradzam kombinowanie - podkreślił i ponownie zniknął w ciemności.

Zdenerwowany żołnierz zbliżył się do Mike’a, krzycząc - no dalej! Oddawaj broń! Zrezygnowany Mike upuścił w końcu karabin na ziemię, a Dziki wyrzucił swoją Ttke. - Teraz do przodu i bez numerów! – rozkazał, zbierając ich rzeczy. Obaj ruszyli chodnikiem w stronę Strefy Głodu, z oddali widać było światła ognisk i lampy oświetlające plac przed H-marketem. Dziki czuł narastające przerażenie, jak długo ciekawość Daniela utrzyma ich przy życiu? Kiedy już dojdą do Strefy Głodu, ucieczka będzie niemożliwa. Przez chwilę przyszło mu do głowy, by spróbować zaatakować żołnierza. Czuł jednak, że ten nieprzerwanie mierzy mu w plecy, pomysł umarł ostatecznie, gdy z naprzeciwka dostrzegł dwóch banderowców zbliżających się w ich stronę. - Daniel Żyje! - krzyknęły na powitanie zbliżające się postacie.

Dziki przyjrzał im się. Byli zwykłymi pionkami w codziennym ubraniu. Jedyne co odróżniało ich od zwykłych ludzi ze Strefy Głodu to czerwona opaska na ramieniu. - Dokąd z nimi idziesz? – spytał jeden z przybyłych. - Z polecenia Daniela do Gorgoru...- odpowiedział pilnujący ich żołnierz. - A na jaką cholerę? – spytał natychmiast drugi. - Daniel kazał, to prowadzę... Banderowcy przyjrzeli im się uważnie, jakby chcieli wybadać, czego dowódca armii może od nich chcieć. - Przejdziemy się z tobą, jeżeli jest tam Daniel i Maciejewski to więcej ludzi nie potrzeba – stwierdził pierwszy z banderowców. Jego słowa utonęły natychmiast w narastającym gwiździe. Dziki rozpoznał go momentalnie - PADNIJ! – Krzyknął w stronę Mike’a. Członek Ręki Olbrzyma zasłonił się Dzikim a po chwili jeden z banderowców runął na ziemię z dziurą w głowie. Drugi rozejrzał się w przerażeniu - PODDAJCIE SIĘ ALBO SZARA WAS WYSTRZELA! – krzyknął Dziki, przebijając się głosem przez gwizd.

- W TWOICH SNACH- ryknął banderowiec i podrywając Mike'a z ziemi zasłonił się nim jak tarczą. –ZOBACZYMY CZY TA SUKA STRZELA TAK DOB... Mężczyzna urwał w połowie, choć Dziki nie słyszał strzału ani huku, zobaczył jak z jego głowy tryska krew, a ciało osuwa się bezwładnie na ziemię. Członek Ręki Olbrzyma rzucił broń na chodnik i uniósł ręce do góry. Z ciemności obok wyłoniła się Szara, musiała stać zaledwie kilka metrów od nich. Podbiegła natychmiast do Dzikiego opierając dłoń na jego klatce. - Nic mi nie jest - wydyszał.

Szara kiwnęła głową, choć przez swoje milczenie wydawała się spokojna, to jej oczy błądziły w przerażeniu dookoła. - Gdzie jest Wilk? – spytał Dziki. Kobieta zrobiła ruch, rękami jakby kręciła kierownicą. - W autobusie? – dopytał, a Szara kiwnęła głową. - UWAŻAJ!- krzyknął nagle Mike. Żołnierz Daniela niespodziewanie wparował w kobietę, przewracając ją na ziemię. W jego ręku połyskiwał ogromny wojskowy nóż. Nie czekając, rzucił się na Dzikiego, tnąc w amoku powietrze. Ten spróbował zasłonić się rękoma i poczuł jak ostrze, przechodzi mu po palcach, rozcinając je. Odskoczył przerażony do tyłu, gdy nagle usłyszał strzał. Mike podniósł pistolet z ziemi, ale w zdenerwowaniu trafił żołnierza w kamizelkę, ten ryknął wściekle i ogromnym zamaszystym ruchem pchnął Dzikiego w brzuch. - Zdechniesz, jak wszyscy weterani! – krzyknął, przyciskając swoją twarz do twarzy Dzikiego.

Dziki doznał bólu, jakiego nigdy wcześniej nie uświadczył. Tkwiące w brzuchu ostrze rozrywało mu wnętrzności i odebrało wszelkie siły. Poczuł jak, osuwa się do tyłu. Mike odciągnął żołnierza i spróbował obalić go na ziemię, ale ten zręcznie wymykał się jego próbom. W tym czasie Szara poderwała się na nogi i próbowała wycelować. Mike i żołnierz spletli się w uścisku i przesuwali się tak szybko, że nie była w stanie bezpiecznie strzelić. W końcu opuściła broń i chwyciła żołnierza, chcąc oderwać go od Mike’a. Ten jednak uwolnił jedną z dłoni i rąbnął kobietę w twarz, tak że momentalnie upadła na ziemię. Mike ryknął i chwytając mężczyznę za głowę, uderzył go własnym czołem. Oszołomiony żołnierz cofnął się o krok, a Mike wymierzył mu kolejny cios, obalając go. Szara podniosła się, biorąc żołnierza na cel. Mężczyzna zatrząsnął się z bezsilnej wściekłości. - POMSZCZĄ MNIE! WSZYSCY SKOŃCZYCIE NA DRZEW...- Szara wystrzeliła, przerywając jego słowa i życie, po czym podbiegła natychmiast do Dzikiego.

Dziki leżąc na ziemi, czuł jakby miał zaraz odpłynąć. W uszach słyszał szum, a uciekająca przez ranę krew wyciągała ciepło na zewnątrz. Dopiero gdy kobieta pochyliła się nad nim, zauważył, że nóż ciągle tkwił w jego podbrzuszu. - Nie wyciągaj go! – krzyknął Mike, podbiegając z drugiej strony. - Musimy jakoś zablokować krwawienie i zabrać go do Wspólnoty. Szara sięgnęła do swojego plecaka i wyciągnęła z niego opatrunek, Mike rozdarł koszule Dzikiego, by odsłonić ranę. Na widok czerwonej plamy rozlanej dookoła podbrzusza, Dziki utracił na chwilę świadomość, ta wróciła jednak do niego momentalnie, gdy Szara zaczęła owijać ranę. Z każdym drgnięciem, czuł jakby nóż rozcinał go jeszcze bardziej. Po chwili błysnęło, Wilk pojawił się na miejscu Szarej tak niespodziewanie, że Mike aż odskoczył. Nie wyglądał wiele lepiej od Dzikiego. Z jego ramienia lała się krew, a kamizelka nosiła ślady po kulach. - Nie damy radę go nieść – warknął sam do siebie – musisz go stąd zabrać... Ja wiem, ale nie mamy wyjścia - syknął jakby do siebie, po chwili jednak spojrzał na Dzikiego. - Posłuchaj, Szara jest w autobusie i zamieni się z tobą na miejsca, ale musisz jej na to pozwolić. Trzymaj moją obrączkę. Wilk wepchnął do ręki Dzikiego małe złote kółko. Gdy tylko jego dłonie zacisnęły się na przedmiocie, usłyszał w swojej głowie kobiecy delikatny głos.- Spokojnie Dziki, nie denerwuj się...

Kiwnął głową, czując, że nie utrzyma już długo świadomości.

Będę musiała stać się tobą, ty będziesz musiał stać się mną. Nie opieraj się, pozwól mi. Dziki wątpił aby miałby miał w sobie dość siły by opierać się czemukolwiek. Po chwili poczuł jak coś "wyrywa go z niego samego” . Jego jaźń unosiła się nad ciałem, które teraz zdawało się być niewyobrażalnym ciężarem. Ból zniknął, jak i wszystkie zmysły, czuł jedynie, że się unosi. Widział dachy budynków i Strefę głodu, obserwował Mike’a klęczącego nad nim samym, poczuł, że nie chcę tam wracać. W tym momencie jednak zauważył, że coś się zbliża. Z oddali przybyła kobieta o srebrzystych włosach, minęła go w milczeniu, by po chwili wpaść do jego ciała. Nie wiedząc czemu, poczuł nagle straszny gniew.- TO MOJE! ZOSTAW TO!- krzyknął rozwścieczony, gotów choćby zabić. - Dziki nie walcz ze mną...- odpowiedział mu kobiecy głos. - NIE, TO CIAŁO JEST MOJE! ZOSTAW JE! – krzyknął ponownie i nie wiadomo czemu zaczął pikować ostro w dół.

Wisiał już prawie nad sobą samym, gdy dostrzegł przerażoną twarz Wilka. Jego ciało drgało w konwulsjach na ziemi. Raz za razem przypominało to blondwłosą kobietę, to jego samego. - Co się do cholery dzieje?! – ryknął Mike, ale jego głos ginął gdzieś, jak za wodą. - Odrzuca ją! – krzyknął Wilk - DZIKI WPUŚĆ JĄ, BO ZGINIECIE, TO WAS ZABIJE! ROZUMIESZ! - Umrę?- Dziki poczuł nagle fale strachu, przelewającą się przez niego. Nie chciał już tego ciała, próbował uciec. Nagle poczuł, jak coś go wciąga. Jakby był zasysany przez niewidzialny odkurzacz. Widział budynki, przez które przelatuje, i dach autobusu, gdy przenikał przez niego jakby był duchem. Nagle poczuł, że leży na podłodze, ból wrócił tak jak i uczucie słabości. Już po chwili stracił świadomość.


226 wyświetlenia8 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie