Krańcowo II - Rozdział III - Konsekwencje

Aktualizacja: kwi 19

Świetlista polana była punktem, w którym Autobus do Wolności spędzał większość swojego postojowego czasu. Oddzielona z dwóch stron przez granice Krańcowa, z dala od skupisk budynków i symbolicznych miejsc, stanowiła jedną z najbezpieczniejszych stref w całym mieście. Jej nazwa pochodziła od pewnego niezwykłego błędu, który dawał o sobie znać każdej nocy. Mimo tego, że na Krańcowskim niebie nigdy nie było księżyca, nie przeszkadzało to polanie emanować jasnością jak w samym środku pełni. Dziki poznał to miejsce już pierwszego dnia swojego pobytu w Krańcowie, to tutaj autobus do wolności zabrał go na pierwszą noc w nowym świecie. Chociaż tamtego pamiętnego dnia nie było mu dane spędzić jej spokojnie, Dziki liczył w duchu, że tym razem historia się nie powtórzy.

Rozłożywszy sobie punkt obserwacyjny na dachu autobusu, nasłuchiwał dziwnych odgłosów dochodzących od strony miasta. Przeglądając jednocześnie notatnik, który dostał w prezencie od Kuby. Choć zeszyt sam w sobie nie wyglądał zbyt okazale, to według Dzikiego był on jedną z najcenniejszych rzeczy, jaką dostał od swojego mentora. Zawierał on bowiem dokładne opisy niewykształconych i wielu błędów znajdujących się w mieście. Były w nim też wskazówki oraz sposoby jak sobie z nimi radzić.

Zatrzymując się na stronie opisującej niewykształconego określonego mianem "Łapki” Dziki ziewnął, czując, że gdyby nie miał się czym zająć, ciężko byłoby mu nie odpłynąć. Przekręcając stronę z obrzydliwym rysunkiem dziwnego pozbawionego nóg stwora, który przypominał wańkę - wstańkę, przeczytał pierwszą stronę tekstu.

Łapka jest niewędrownym niewykształconym zamieszkującym opustoszałe domy w różnych częściach miasta, choć najwięcej ich można spotkać w okolicach Zatorza i domów przy krańcowskim lesie.

Dziki przerwał na chwilę, nasłuchując odgłosów zbliżających się niewykształconych. Gdy jednak dookoła otoczyła go głucha cisza, kontynuował.

Łapka żywi się wszystkim, co można określić jako żywe, w tym również innymi niewykształconymi. Mechanizm jej ataku jest niespecjalnie skomplikowany, opiera się bowiem na naśladowaniu ludzkich głosów i wydawaniu wabiących dźwięków. Inteligentniejsi przedstawiciele gatunku potrafią wykrzykiwać prośby o pomoc, by zwiększyć szansę zwabienia do kryjówki. Nie potrafią one jednak mówić w dosłownym tego słowa znaczeniu i próba nawiązania z nimi jakiegokolwiek werbalnego kontaktu nie będzie skutkowała żadną zbliżoną do logicznej odpowiedzią. Po usłyszeniu odgłosów bądź pytania Łapka może jedynie zwiększyć głośność i częstotliwość krzyków.

Dziki ponownie przestał czytać i rozejrzał się po pustej okolicy. Gdy jednak potwierdził, że nic nie zakłóca ciszy dookoła, ponownie skupił się na lekturze.

W trakcie ataku Łapka wykorzystuje przede wszystkim swoją przewagę fizyczną i element zaskoczenia. Swoimi silnymi rękoma próbuje, pochwycić wszystko, co znajdzie się w jej zasięgu, a następnie udusić i pożreć. Łapka nie jest jednak w stanie, ścigać swoich ofiar, jej pozbawiona nóg dolna część ciała jest niezwykle ciężka i skutecznie utrudnia jej wszelkie próby szybkiego przemieszczania. Kręgosłup Łapki przypomina w zasadzie sprężynę, co w połączeniu z wyjątkowo silnym mięśniami grzbietu sprawia że jest, w stanie wystrzelić swoją górną część na odległość nawet 3 metrów. To w połączeniu z jej tendencją do zasiedlania pokoi w domach czyni z niej niezwykle skutecznego zabójcę. Ciekawostką jest że Łapka nie defekuje. Niemal całość pożartych przez siebie istot, wskutek jakiegoś nieznanego procesu, zmienia w swoje własne ciało. Łapki rosną wraz z wiekiem. W momencie pojawienia się mają wagę i budowę ciała zbliżoną do ludzkiej, z czasem mogą osiągnąć ciężar małego samochodu.

Dziki przerwał po raz kolejny bo był pewien że usłyszał jakiś szelest. Wyłączył latarkę, by być mniej widocznym i przyjrzał się okolicy od strony miasta. Po chwili zesztywniał, widząc jakieś światło.

Dwa krótkie i trzy długie błyski rozświetliły ciemność, a Dziki odetchnął z ulgą. Był to umówiony znak Kuby zbliżającego się w nocy do autobusu, przezornie jednak odbezpieczył pistolet. Po chwili usłyszał, jak ktoś wchodzi po drabinie i zaraz po tym ujrzał twarz skrytą za gęstą czarną brodą. - Hej Kuba - wyszeptał Dziki, pomagając mężczyźnie wejść na górę. - Cześć. Spokojna noc? – spytał brodacz, rozsiadając się na dachu. - Jak dotąd tak, pozwoliłem im dzisiaj rozbić obóz. Myślę, że większość niewykształconych rozejdzie się po mieście. Kuba kiwnął twierdząco głową - chyba masz rację, od momentu rozrośnięcia się Wspólnoty niewielu niewykształconych zagląda na świetlistą polane. Sam dostawałem cholery, jak ciągle musiałem spać na siedzeniu - stwierdził, zerkając na pole namiotowe.- A właśnie! mam coś dla ciebie - powiedział gdy przestał już obserwować namiot Oli.

- ŁAŁ! Dzięki mistrzu- zawołał Dziki, widząc że lider autobusu wyciąga ze swojego plecaka kilkanaście puszek energetyków.

Bez ceregieli chwycił za jednego, gasząc pragnienie i czując że ta noc stała się znacznie milsza. Kuba uśmiechnął się i zerknął w stronę miasta, zagłębiając się chwilę we własnych myślach. - Długo oceniałeś tych nowych. Były jakieś kłopoty? – spytał Dziki odkładając pustą puszkę. - Wypadli we trzech, musiałem poczekać, aż się rozdzielą. Ten trzeci… Cóż, znałem go z widzenia w Krańcowie. Kawał mendy i bandziora, na szczęście już się zawinął - odpowiedział Kuba. Dziki przytaknął - miasto jest dostatecznie pełne sukinsynów, by był nam potrzebny kolejny. Słyszałeś o "Rogalu”?- zapytał walcząc ze sobą by nie sięgnąć po kolejną puszkę.

- Tak, licha sprawa. Wszyscy spodziewali się, że Daniel w końcu wykona jakiś ruch ale każdy liczył że to jeszcze nie będzie dzisiaj… Aż to stało się dzisiaj - westchnął Kuba. - Jesteś pewien, że to odgórny rozkaz? Ktoś w banderze mógł przecież działać na własną rękę? - spytał z nadzieją. Kuba zmarszczył jednak czoło. - Dzisiaj powiesili jeszcze jednego samotnika, Michała "Kostka” Kościńskiego. Oprócz tego pod ostrzał dostała się grupa Wiewióra, ale na szczęście udało im się uciec. W każdym razie, to był podobno dobrze zorganizowany i uzbrojony oddział, więc to na pewno nie była bandera. Nikt poza nimi nie działa w Armii bez wyraźnego rozkazu. Dziki nie był zadowolony z tego, co usłyszał. Podróżowanie po mieście było dostatecznie niebezpieczne bez oddziałów armii włóczących się dookoła. - Odebrałem twoją wiadomość radiową - stwierdził niespodziewanie Kuba. - Miałem kłopot co zrobić z tym chłopaczkiem - westchnął Dziki. - Rozumiem, gdybym wiedział że jest chory, nie przysyłałbym go do ciebie. Niestety tak się zaaferowałem tym trzecim kulfonem, że zapomniałem przetrzepać im kieszeni. To moja wina – stwierdził, z goryczą w głosie.

- Problem się rozwiązał, nie musisz się przejmować. Wilk obiecał się nim zająć - zaczął tłumaczyć zadowolony Dziki, ale Kuba wszedł mu w słowo - Dziki, nie ukrywam, że wolałbym, aby autobus nie miał długów wobec Wilka. - Dlaczego? Przecież Wilk jest w porządku - powiedział natychmiast. - Tak, oczywiście jest bardziej niż w porządku. Ja nawet prywatnie bardzo go lubię, ale jest tym typem człowieka, który nie potrafi siedzieć na uboczu i przez to cały czas ściąga na siebie kłopoty. Dziki muszę ci coś powiedzieć... Kuba nachylił się nad nim tak, że niemal stykali się twarzami, nie miało to oczywiście sensu bo nikt ich nie podsłuchiwał, ale lider autobusu chciał chyba podkreślić powagę sytuacji.-Chodzą po Krańcowie słuchy, że to Wilk sprowokował Daniela do ataku.

- Jak to?- dopytał natychmiast Dziki. - Podobno razem z dwoma innymi weteranami nasadzili się na jednego z jego ludzi - stwierdził Kuba, odsuwając się - nie będę ukrywał - dodał już mniej dramatycznym tonem - przez to, że ja przewodzę autobusowi, na pewno znajdujemy się na liście Daniela. Wolałbym jednak, żebyśmy byli na jej końcu. Najmniej zauważalni jak to tylko możliwe. Dlatego uważaj na Wilka, ludzie, którzy mu pomagają, często źle kończą.

Kuba wstał, a Dziki miał już pewność, że to właśnie ta reprymenda była głównym celem jego wizyty. - Będę się zbierał, nie chcę ci dokładać do prawa trzech. Chociaż liczę, że noc będziesz miał spokojną. Do zobaczenia Dziki. – Uścisnęli sobie dłonie na pożegnanie, po czym Kuba zszedł z dachu autobusu i zniknął gdzieś w ciemności.

Kilka kolejnych godzin Dziki spędził na wertowaniu notatnika. W okolicy godziny 4:00 poczuł, że przechodzi swój pierwszy nocny kryzys. Tekst w notatkach rozmywał mu się już tak bardzo, że nie był w stanie dłużej czytać. Zrezygnowany włączył na telefonie grę w "Klocki” , a jasność bijąca z ekranu zaszczypała go w oczy. O tej porze wciąż jeszcze było niezwykle ciemno. Chłód Krańcowskiej nocy dawał mu się ostro we znaki, specjalnie nie zapiął kurtki, bo to nieprzyjemne uczucie przemarznięcia nieco go pobudzało. Zastanawiał się trochę nad tym, co powiedział mu wcześniej Kuba. Jeżeli po Krańcowie rzeczywiście krążył teraz oddział Armii, to jego rola jako strażnika stała się właśnie znacznie trudniejsza. Nie miał nawet cienia wątpliwości, że nie poradziłby sobie z bandą, z którą nie radzili sobie weterani. No właśnie ale tacy "zwyczajni" Weterani. A co na przykład z Dix albo Pierwszym? Czy korzystając z błędów, daliby radę? Dlaczego Kuba tak skrywał ich tajemnice nawet przed Dzikim? Czy w tej sytuacji nie powinien, zdradzić mu tego, co wiedział? Przecież korzystając z błędów, mógł znacznie lepiej bronić autobusu i jego mieszkańców. Z zamyślenia wyrwał go dźwięk zgniatanej trawy gdzieś w oddali. Poderwał się i spojrzał w stronę miasta. Na ciemnej stronie polany dostrzegł dwa czerwone punkty unoszące się wysoko w powietrzu. Dwie kropki kołysały się powoli, zbliżając nieubłaganie w stronę autobusu. W końcu gdy zbliżyły się do Świetlistej Polany, Dziki dostrzegł ogromną ciemną sylwetkę Krańcowskiego Dziada.

Prawie trzymetrowy potwór o ciemnej korowatej skórze zerkał w jego stronę oczami, w których jarzyły się czerwone źrenice. Dziki chwycił za pistolet i wystrzelił w powietrze. - DO AUTOBUSU, SZYBKO!- ryknął podbiegając do krawędzi dachu. Dziad dał ogromny krok w jego stronę, mieszkańcy, którzy wypadli ze swoich namiotów, stanęli przerażeni.- CO JA MÓWIĘ, DO ŚRODKA! - krzyknął ponownie.

Dziad ruszył biegiem w ich stronę. Jego kroki odrywały kawały ziemi i brzmiały jak tętent koni, rozchodząc się echem dookoła. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, niewykształcony wbił się z impetem w bok autobusu. Dziki w ostatniej chwili zdążył zeskoczyć, lądując boleśnie na mokrej ziemi. - PRZEWRACA AUTOBUS! - wrzasnął przerażony Green, wskazując palcem na piętrusa, który wygiął się niebezpiecznie w ich stronę.

Dziad zaparł się ze wszystkich sił, ale pojazd musiał się okazać dla niego za ciężki*,* bo puścił go gwałtownie tak, że piętrus zachybotał się, upadając na koła. - JA GO ODCIĄGNĘ! JANEK ODPALAJ AUTOBUS I ZWIEWAJ, JAK TYLKO ODBIEGNĘ! - zawołał Dziki. - NIE! Nie możesz! - Oli wypadła z tłumu chwytając go za rękę, gdy chciał już wybiec za autobus, wyszarpał się jednak z jej uścisku. - KOREK ZABIERZ JĄ DO ŚRODKA! – ryknął w stronę chłopaka i okrążając auto, wybiegł naprzeciwko Dziada. Niewykształcony był tak wielki, że czubek jego głowy znajdował się w połowie piętra. A długimi rękoma sięgał bez problemu na dach pojazdu. Potwór klepał po nim, jakby ciągle szukał tam Dzikiego. - EJ TY! – krzyknął w jego stronę, ale niewykształcony zdawał się w ogóle go nie słyszeć. Dziki wyciągnął pistolet i wystrzelił w jego plecy. Dziad obrócił się niesamowicie szybko i pochylając się, spojrzał prosto w stronę Dzikiego. Otwierając swoje ogromne usta, wydał dźwięk, który przywodził na myśl syrenę portową. Dziki rzucił się do ucieczki, Niewykształcony obserwował go przez chwilę, nim ruszył do ataku. Przerażające było to, że pomimo ogromnej postury, Dziad był niesamowicie zrywny. Mimo opóźnionego startu już po kilku metrach dogonił Dzikiego, i wykonał zamach swoją gałęziowatą ręką. Dziki padł na ziemię, o włos unikając pochwycenia.

W ciemności rozległ się dźwięk odpalanego silnika, autobus ruszał powoli w stronę drogi. Niewykształcony obrócił się w jego stronę, rozkładając na boki swoje olbrzymie ręce, jakby szykował się do kolejnego uderzenia. - Zostaw ich – sapnął Dziki i celując pistoletem w plecy potwora, wystrzelił po raz kolejny. Uciekając w przeciwną do autobusu stronę, próbował kupić swoim towarzyszom więcej czasu. Dziad rozglądał się przez chwilę, finalnie wybrał jednak pościg za Dzikim. Ponownie z niezwykłą szybkością pokonał dzielący ich dystans. Przebiegając obok pozostawionych namiotów, Dziki dostrzegł swój Kbks, który zsunął się z dachu, gdy potwór rąbnął w pojazd. Łapiąc za karabin, obrócił się by wystrzelić, ale Dziad był już przy nim.Chwytając Dzikiego oburącz, potwór podniósł go bez wysiłku do góry. Dziki poczuł, jak niewykształcony zgniata mu żołądek. Na szczęście dla niego, zbyt długie palce Dziada nie ściskały go równomiernie. Po chwili zdołał wyswobodzić jedną z rąk i wyjąć swój Kbks. W tym momencie niewykształcony przyciągnął go do siebie, jakby chciał mu się przyjrzeć. Dziki błyskawicznie oparł broń o nadgarstek potwora i wystrzelił, celując w oko.

Dziad ryknął wściekle, rzucając nim na jeden z namiotów. Upadając, uderzył plecami prosto we wsporniki. Łamiące się rurki pocięły mu mundur z taką samą łatwością jak ramiona. Jedynie kamizelka kuloodporna spełniła swoje zadanie i uchroniła jego korpus od przeszycia na wylot. Czując, jak po nadgarstkach spływa mu ciepła krew, spróbował się podnieść. W tym momencie Dziad przestał się rzucać, zdrowym jeszcze okiem spojrzał prosto w stronę wygrzebującego się z resztek namiotu Dzikiego. Rycząc wściekle zamachnął się, swoją ogromną dłonią. Dziki próbował uchylić się przed ciosem ale jeden z długich palców niewykształconego trafił go w twarz, którą rozciął jak kartkę papieru.

Czując jak usta i oczy zalewa mu krew spróbował po omacku uniknąć kolejnego ciosu. Dziad trafił jednak kopniakiem prosto w jego korpus, prawie podrywając go w powietrze. Dziki przetoczył się jakiś metr po suchej trawie, lądując na końcu plackiem na ziemi. Niewykształcony zatrzymał się przez chwilę, spoglądając na leżącego bez ruchu Dzikiego. Pochylił się nad nim zapewne by sprawdzić, czy w końcu pozbawił go życia. Gdy tylko jego głowa zawisła tuż nad Dzikim ten podniósł dłoń z pistoletem.- Ale ty jesteś głupi…- syknął i celując w drugie z oczu potwora, nacisnął spust.

Dziad odskoczył od niego jak oparzony, trzymając się za twarz. Po chwili szamotaniny runął na ziemię. Dziki spróbował się podnieść ale ból pleców był zbyt silny, ciągle napływająca mu do oczów krew nie pozwalała mu nic zobaczyć. Gdzieś pomiędzy świstem i jękami Dziada usłyszał ryk silnika.

- Pomóż mu, szybko! - usłyszał gdzieś z oddali głos Oli. - UWAŻAJ! DZIAD CIĄGLE ŻYJE! - krzyknął Janek. Dziki wytarł rękawem oczy i przez chwilę zobaczył, jak niewykształcony krąży na czworakach, próbując wymacać go ręką na ziemi. - Szybko…- syknął głos Bociana. - Jestem tu szefie, spokojnie, już cię stąd zabieramy - usłyszał nad sobą Korka. Poczuł, że ktoś go podnosi. - Co z moimi oczami!? – zapytał przerażony, gdy w powietrzu wyczuł ciepło i zapach autobusu. - Boże, Dziki, nic nie mów. Green, zrób COŚ! – krzyknęła nad nim Oli, wybuchając płaczem.

- Zabierzcie go na górę! – zarządził mężczyzna. Dziki poczuł jak autobus szarpnął do przodu. W tym momencie Korek i Bocian wciągnęli go na piętro i ułożyli na leżance. - Niech ktoś pomoże mi to z niego zdjąć! - rozkazał Green - Wszystko będzie dobrze szefie, zostań z nami…- wysapał nad nim Korek, rozpinając mu kamizelkę. Dziki jęknął, czując że dopiero teraz dochodzi do niego cały ból, jaki powinien czuć. - Boże, jego ręce…- krzyknęła Oli, po raz kolejny zalewając się łzami. Ten dźwięk tylko pogorszył jego odczucia. - KOREK, ZABIERZ JĄ STĄD! – warknął Green, wycierając Dzikiemu twarz ręcznikiem. - Trzymaj się szefie, wszystko będzie dobrze…- zawołał chłopak, przekrzykując płaczącą Oli. - KOREK, CO JA CI DO CHOLERY POWIEDZ… Głos Greena utonął gdzieś w czaszce Dzikiego, poczuł gwałtowny zawrót w głowie. Resztkami sił spróbował utrzymać się w przytomności, ale nie był już dłużej w stanie. Po chwili poczuł jak odpływa.

***

Cztery dni po spotkaniu z Dziadem na świetlistej polanie, Dziki ciągle czuł się jak wrak. Zawroty głowy nieustawicznie dawały mu o sobie znać, a rany pod bandażami, zwłaszcza ta na twarzy, okropnie przeszkadzały. - Zostanie paskudna blizna…- westchnął Green, zerkając pod opatrunek. Dziki skrzywił się, słysząc to. Odruchowo spojrzał w lusterko, ale z bandażem na twarzy nie był w stanie dostrzec, jak bardzo oszpecił go potwór.- Masz jakąś dobrą wiadomość? – zapytał z nadzieją. - No, dalej masz oczy, a no i na osiemdziesiąt procent nie ma zakażenia, bo już byś dawno gorączkował - stwierdził Green, drapiąc się po nieogolonej twarzy. - Fajnie - jęknął Dziki, podnosząc się powoli z fotela.

Ból pleców natychmiast przypomniał o sobie, ale proszki które łykał tłumiły go na tyle, że przynajmniej był w stanie normalnie się poruszać. Idąc w kierunku schodów, zerknął przez okno. Autobus zatrzymał się niedaleko stacji paliw. Tej samej, z której zazwyczaj ciągnęli ropę.

Schodząc z piętra, zobaczył siedzącą na stopniach Oli, która zapewne przysłuchiwała się temu, co Green mówi Dzikiemu.

- I jak się czujesz? – spytała, patrząc na niego podpuchniętym oczami. - O, już dużo lepiej - skłamał - no i zawsze chciałem mieć bliznę. To dodaje męskości. - Ale ty jesteś głupi Dziki - westchnęła, podnosząc się i przytulając go. W tym momencie ledwo powstrzymał się, by nie jęknąć z bólu. Gdy dziewczyna już go puściła, zszedł na dół i spostrzegł Edka, Bociana oraz Sebastiana grających razem w karty na tylnym siedzeniu.

- Jak tam, nowy? – spytał, dosiadając się do nich. - Chyba dobrze. Dzisiaj się rozstajemy, tak? – głos Sebastiana ugrzązł mu gdzieś w gardle. Słysząc to Edek, natychmiast próbował go pocieszyć. - Nie musisz się martwić, Wilk to zarąbisty koleś. Z nim nie ma szans, żeby spotkało cię coś złego. - No może nawet lepiej, że idziesz do niego, a nie do Wspólnoty, tam byś musiał pracować - dodał, Bocian jednocześnie podglądając karty w rękach Sebastiana.

Dziki nic nie dodał, wyjrzał jedynie przez okno. Stali już od kilku dobrych minut, zazwyczaj Janek nie zatrzymywał autobusu na dłużej, jeżeli nie nikt nie pilnował ich na zewnątrz. Zaciekawiony ruszył na przód, mijając śpiącego Korka. Chłopak prowadził teraz nocami autobus, bo przez rany Dzikiego, nigdzie nie zatrzymywali się na dłużej. - Co się dzieje? – zapytał, bo za przednią szybą dostrzegł uniesioną maskę ich pojazdu. - Klucz robi szybki przegląd – odpowiedział mu Janek, leniwie rozciągając się na kierownicy. - Jak skończy, to ruszamy do Wspólnoty, Wilk może już na nas czekać - zarządził Dziki, rozsiadając się na miejscu obok kierowcy.

Po kilku minutach Klucz skończył swoją robotę i wszedł do autobusu. - O, Dziki, dobrze, że już wstałeś!- powiedział, przecierając twarz ubrudzoną smarem ręką - jak będziesz widział się którejś nocy z Kubą, to powiedz mu, że potrzebuję tych części – dodał, wręczając Dzikiemu listę. - Dużo tego - westchnął, przyglądając się zapełnionej kartce. - Wiesz, robimy sporo kilometrów, a drugie tyle stoimy z włączonym silnikiem. I tak mieliśmy szczęście, że nasz piętrus był całkiem nowy, gdy go zaanektowaliśmy. Powoli jednak wszystko się zużywa.- wyjaśnił Klucz,wycierając twarz ręcznikiem, który położył sobie wcześniej na pulpicie. - Weź się umyj w misce, nie żałuj sobie wody - stwierdził Dziki, a Klucz podziękował mu skinieniem głowy i wszedł schodami na górę. W międzyczasie Janek odpalił autobus, Dziki nie musiał być mechanikiem, żeby zauważyć, jak tym razem silnik grzechotał dużo dłużej, nim w końcu zaskoczył. Pracował też coraz głośniej.

- To jedziemy - stwierdził kierowca, wrzucając pierwszy bieg. Wyjechali powoli z małej osiedlowej uliczki, w której się ukrywali i lawirując między ciasnymi skrętami wydostali się na główną drogę. Dostrzegając z oddali kominy Krańcowskich Zakładów Chemicznych, Dziki wzdrygnął się mimowolnie. Całe to miejsce nie budziło w nim miłych wspomnień ani w Starym, ani w Nowym Świecie. Po drodze do Wspólnoty minęli grupę Grabarzy, żywiących się zwłokami niewykształconych, słynących z niesamowicie złowieszczego wyglądu i równie tchórzliwego charakteru. Zebrana na chodniku gromada garbatych postaci z przerośniętymi kolcami na plecach rozbiegła się przerażona, gdy tylko dostrzegła zbliżający się autobus. - Dobrze, że przynajmniej oni nie sprawiają kłopotu - stwierdził Janek, obserwując jak niewykształceni, znikają za pobliskim budynkiem.

Dziki mu nie odpowiedział, od wczoraj w głowie kołatała mu się pewna myśl i w końcu po długiej walce sam ze sobą postanowił oznajmić coś swoim towarzyszom z autobusu. - Hej! Zbierzcie się na przodzie! Chce wam coś powiedzieć! – zawołał nieco zbyt piskliwie.

Zawsze, gdy miał przemawiać, do swoich podopiecznych, czuł, jak ton jego głosu robi się wyjątkowo głupi. Bez wątpienia nie czuł się typem przywódcy, a o charyzmie swojego dawnego lidera Krzaka mógł niestety tylko pomarzyć. Nie pomagał mu wcale fakt, że większość mieszkańców zgromadziła się z niezbyt przyjaznymi minami. Nie było w tym zresztą nic dziwnego, bo na ogół, gdy wzywał ich do siebie to po to, by oznajmić o jakichś przejściowych problemach bądź trudnościach. Tym razem jednak miał dla nich znacznie milszą niespodziankę.

- Wszyscy mnie słyszą?- zapytał, rozglądając się po zgromadzonych. Jego wzrok spoczął na Oli, która jako jedyna obdarzyła go ciepłym uśmiechem. Jakby chciała w ten sposób powiedzieć ‘’nie stresuj się!”. Nabierając głęboko powietrza, zaczął swoją przemowę, starając się, by jego głos brzmiał twardo, jak przystało na strażnika autobusu. - Wiem, że ostatnie dni były dla was ciężkie. Moja niedyspozycja po walce z Dziadem sprawiła, że przez cztery dni jeździliśmy praktycznie bez przerwy. Wiem, że wszyscy jesteście już umęczeni tą drogą i...

-Szefie! Przestań! Nikt Cię nie obwinia, walczyłeś dla nas z Dziadem i wszyscy...- wtrącił Korek, wybijając Dzikiego z rytmu i sprawiając, że niemal natychmiast zapragnął użyć najczęściej padającej w ich społeczności frazy. - Dziękuje Ci Korek, ale daj mi skończyć... Tak więc... Eee - kontynuował już mniej pewnie - Słuchajcie, jak już mówiłem, jesteśmy wszyscy zmęczeni, więc pomyślałem, że powinniśmy zużyć nasze ‘’czarne zapasy’’ i wykupić sobie parę dni we Wspólnocie, żeby odsapnąć.

Czarne zapasy, o których wspomniał, były zgromadzonymi przez Kubę papierosami, narkotykami i kolorowym alkoholem. Oczywiście nie były one przeznaczone na ich użytek. Byłoby co najmniej szaleństwem odurzać się w takim miejscu jak Nowy świat, ale stanowiły one doskonałą walutę handlową. Ich lider zebrał je z myślą, by w tragicznej sytuacji wymienić je u któregoś z handlarzy na to, czego akurat najbardziej by potrzebowali. Dziki dowiedział się o nich już pierwszego dnia gdy został strażnikiem w autobusie. Kuba ostrzegł, że niektórzy mogą próbować go przekonać do umilenia” sobie dnia, ale kategorycznie zakazał na to przystawać, jasno określając, do czego czarne zapasy mają zostać użyte.

Większość mieszkańców autobusu zawiwatowała radośnie, tym razem to Oli zmarszczyła nieco czoło i spojrzała w stronę Dzikiego z jakimś brakiem przekonania.- Dziki, czarne zapasy miały być na awaryjną sytuację. Gdyby stało się coś naprawdę złego... - Przestań Oli ! – ryknął natychmiast Smalec, który aż trząsł się z radości na myśl o nocy w spokojnej Wspólnocie - i tak nie mamy z nich żadnego pożytku, jeżdżą w tym autobusie od nie wiadomo kiedy i zawalają tylko miejsce...

Oli, która została zakrzyczana przez pozostałych zamilkła, chociaż ciągle patrzyła z nadzieją w stronę Dzikiego. Ten miał mieszane uczucia. Myślał, że dziewczyna również ucieszy się z jego pomysłu, ale z jakiegoś powodu strasznie sposępniała i czuł, że nie chodzi tu tylko o marnotrawstwo.

Po półgodzinnej spokojnej jeździe, Autobus do Wolności dojechał w końcu do Wspólnoty. Zgodnie z przewidywaniami Dzikiego, pod bramą wciąż jeszcze nie rozbili się weterani. Od błysku minęły dopiero cztery dni, więc sporo niewykształconych mogło się jeszcze kręcić po okolicy. Gdy zatrzymali się przed wjazdem, Dziki dostrzegł znudzonego Mike’a rozmawiającego ze Strażnikiem przy bramie. - Hej stary!- zawołał, witając się z przyjacielem. - Dziki! – odpowiedział radośnie Mike, natychmiast ściskając mu rękę. Mina jednak szybko mu zrzedła, gdy spojrzał na bandaż okalający jego głowę -Co ty sobie zrobiłeś? – powiedział, nie odrywając wzroku od opatrunku. - Długo by opowiadać, w skrócie to miałem niemiłe spotkanie z tutejszą fauną...

Mike pokręcił głową, wyraźnie zirytowany. - Musisz B.A.R.D.Z.I.E.J na siebie uważać. Cholera, najpierw Delimer, teraz to. Normalnie jakbyś przyciągał kłopoty - westchnął. - Nie robię tego specjalnie tatusiu...- zakpił Dziki, a Mike po jego żarcie odzyskał nieco humor i szybko zmienił temat.- Dałeś mi dzisiaj okazje zarobić parę ładnych "Srebrnych”- powiedział, wyraźnie zadowolony. Srebrne, o których wspominał Mike’a, były walutą Wspólnoty drukowaną na biletach kolejowych. Te znaleźć można było tylko w okolicy dworca, co znacznie utrudniało potencjalne fałszerstwo. Dziki spojrzał pytająco na przyjaciela, zastanawiając się, co właściwie zrobił.

- Wiesz to twoje przemówienie w radiu, sentymentalne, ale jakże głębokie - zaśmiał się Mike’a - w każdym razie wszyscy robili zakłady czy trafi się ktoś, kto go ze sobą weźmie. - To ile postawiłeś? – spytał Dziki, zerkając z pobłażaniem na przyjaciela. - Pięćdziesiątaka, że jednak ktoś go zabierze. Teraz zakładamy się o to, ile chłopak wyżyje pod opieką Wilka - zaśmiał się Mike. - Strasznie wam się nudzi w tej wspólnocie...- stwierdził Dziki, któremu druga część zakładu wydawała się mocnym przegięciem. Mike zrobił obrażoną minę - Nudzi? Choć za mną – stwierdził wyzywająco i zaprowadził go kilka metrów za róg muru. Na wąskiej uliczce biegnącej tuż przy autobusach leżały dziesiątki ciał ułożonych w stosy. Dziki przyjrzał się uważniej i dostrzegł wśród nich różne dziwne rodzaje niewykształconych. Przy jednym ze stosów Dziki zobaczył ogromnego grabarza, który wrzucił sobie kilka mniejszych trucheł na swoje kolce i przygnieciony ich ciężarem odszedł nieśpiesznie.

-To Obałek? – spytał Dziki, obserwując jak niewykształcony, znika za jakimś niskim domkiem. - Nie ma już Obałka - stwierdził smutno Mike - zdechł z przejedzenia. - Widzę jednak, że nie było za wesoło. To wszystko przyszło po błysku? - Spora część, ale nawet jak błysku nie ma przez dłuższy czas, to jakieś pojedyncze sztuki się napatoczą - Stwierdził Mike, skinieniem głowy dając znak, by wrócili pod bramę. - Ale co tak cię właściwie sprowadza? Czyżbyś postanowił dotrzymać obietnicy wypicia jednego ze starym kumplem? – zapytał, zerkając wyzywająco w stronę Dzikiego. - A wiesz, że czemu nie?- Odpowiedział radośnie - Chcemy kupić parę nocek we Wspólnocie. - Cały autobus? – spytał z niedowierzaniem Mike - To od cholery kasy, nie wiem, czy paliwo wystarczy...

- Mamy coś znacznie lepszego - stwierdził tajemniczo Dziki. Gdy wrócili pod bramę, kazał Korkowi i Bocianowi wyładować czarne zapasy. Po chwili na placu pojawiło się kilka skrzynek alkoholu i parę kartonów papierosów. Na ich widok Mike’owi prawie odebrało mowę.

- Stary, to jest warte majątek - stwierdził w końcu. - Nie widziałeś najlepszego - Dziki sięgnął do jednej ze skrzynek i wyciągnął kilka samarek sprasowanej Marihuany. - No, to na pewno starczy. Kogo Ci wezwać Sępa czy Siwego? - spytał Mike. - Siwego - odpowiedział Dziki – wolę handlować z nim, niż gościem co ma za kumpla Ostrego. Mike mrugnął porozumiewawczo i po chwili zniknął za bramą. Dziki czekał przy skrzynkach. W tym czasie mieszkańcy autobusu wyszli na zewnątrz, z podnieceniem obserwując mury Wspólnoty. Spośród zgromadzonych wyszedł Sebastian, zerkając niepewnie w stronę Dzikiego.

- Więc to tutaj się rozstajemy - stwierdził, opuszczając głowę. - Pewnie tak - odpowiedział natychmiast Dziki. - A jeżeli nie przyjdzie, ten Wilk, albo coś go zatrzyma? - spytał wyraźnie przestraszony chłopak. - Myślę, że jednak przyjdzie, a gdyby się spóźniał, to poczekasz z nami we Wspólnocie - odpowiedział mu Dziki. Słysząc to Sebastian, uśmiechnął się niepewnie - Nie wiem, jak ja się za to wszystko odwdzięczę - powiedział, spoglądając w ziemię. Dziki popatrzył na niego z lekkim zrezygnowaniem. Wątpił czy ktoś z jego problemami będzie kiedyś w stanie zrobić cokolwiek przydatnego dla autobusu, ale postanowił, że nie będzie go od razu skreślał. - Powiem ci to, co powiedział mi poprzedni strażnik, gdy sam byłem nowoprzybyłym. My pomogliśmy tobie, a kiedy już znajdziesz tu sobie miejsce, może ty pomożesz nam.

Słowa Dzikiego przerwało nadejście Mike’a w towarzystwie Siwego oraz Zjawy. Właściciel faktorii od razu skupił na nim wzrok - Dzikusku, Mike powiedział mi, że masz coś, co koniecznie muszę zobaczyć. Przybyłem więc tak szybko, jak tylko mogłe...- przerwał jednak momentalnie, widząc opatrunek na twarzy Dzikiego - Mój Boże, skarbie, co Ci się stało...- powiedział przejętym głosem, dotykając dłonią jego policzka. Widząc to, stojąca z tyłu Zjawa udała, że wymiotuje. - Problemy z niewykształconymi - westchnął Dziki, ledwo powstrzymując się, by nie wzdrygnąć przez tę niespodziewaną czułość ze strony właściciela Faktori. - Musisz bardziej na siebie uważać bo sobie zniszczysz tę śliczną buźkę- westchnął Siwy, kręcąc głową, na co Zjawa zareagował kolejną pantomimom wymiotów.

Siwy zaniemówił przez chwilę, przyglądając się Dzikimu. Gdy jednak dostrzegł stojące za jego plecami skrzynie, oczy mu się zaszkliły- O... mój...jejciu – zasylabizował Siwy jak zawsze, gdy coś mu się wyjątkowo podobało - Dzikusku, toż to są skarby - powiedział, przyglądając się zawartości skrzynek. Zadowolony Dziki nie mógł powstrzymać uśmiechu, który wykwitł mu na twarzy. Czuł, że to co przyniósł, ma sporą wartość, teraz wystarczyło tylko dogadać cenę. Gdy właściciel faktorii pochylił się nad jedną ze skrzynek, oglądając jej zawartość, Dziki wyliczał już w pamięci, ile dni wewnątrz powinien zażądać. Jego kalkulacje przerwało pojawienie się kolejnych postaci.

-To Sęp – szepnął w jego stronę Mike, bo Dziki nie miał jeszcze okazji poznać właściciela drugiej faktorii. Nawet gdyby przyjaciel wstrzymał się z przedstawieniem nadchodzącego jegomościa, Dziki i tak domyśliłby się kim jest.

Choć bez wątpienia chłopak był od nich sporo młodszy to jego kaczkowaty chód, zgarbione plecy i długi, łamiący się nos nadawały my wygląd w stu procentach pokrywający się z pseudonimem. Konkurent Siwego nie przybył jednak sam, on również zabrał ze sobą obstawę w postaci aż trzech weteranów. W jednym z nich Dziki rozpoznał Roberta, swojego byłego kompana ze Wspólnoty. Był tam też Ostry, który na widok Dzikiego spróbował schować się za swojego szefa oraz trzeci najemnik, którego nie znał.

- A Ty, czego tu chcesz ! – Ryknął Siwy głosem tak srogim, że gdyby Dziki nie widział jak wychodzi z jego ust, to nigdy nie mógłby uwierzyć, że przeszedł przez jego gardło. - Przyszedłem przebić twoją ofertę...- stwierdził Sęp wyraźnie znudzonym głosem. Siwy przestał oglądać towar i zbliżył się do swojego konkurenta. Choć mężczyźni byli podobnego wzrostu, to przez swoją skrzywioną posturę Sęp wydawał się nieco niższy. Gdy tylko ich wzrok się spotkał, Dziki miał wrażenie, że przeskakują pomiędzy nimi iskry. Oczywiście przewidywał, że dwaj konkurenci nie będą za sobą przepadać, ale to było coś znacznie więcej, między nimi biła jawna nienawiść.

- Kto pierwszy ten lepszy, trzeba było przykuśtykać tu szybciej – wyszeptał jadowicie Siwy. - Nikt Cię nie pytał o zdanie "pedale’ -odwarknął, natychmiast Sęp. W tym momencie trzasnęło. Dziki był pewien, że Siwy spoliczkował konkurenta, dopiero po sekundzie doszło do niego, co się stało. Zjawa niemal błyskawicznie "przeskoczyła’’ w stronę Sępa i przycisnęła mu pistolet do czoła. - NIE BĘDZIESZ PRZY MNIE OBRAŻAŁ SIWEGO SZMATO!- ryknęła, kładąc palec na spuście.

Mike widząc, że sytuacja nie skończy się dobrze, wkroczył między zgromadzonych.- Posłuchajcie spokojnie, wszyscy jesteśmy w jednej wspólnocie - zawołał, stając na drodze mierzących do siebie ludzi. – Zjawo, Ostry, odłóżcie broń. Myślę, że możemy się jakoś dogadać. Zgromadzeni stali jeszcze przez chwilę, mierząc do siebie. W końcu jednak dziewczyna opuściła broń i cofnęła się, to samo zrobili ludzie Sępa. - No widzicie, nie trzeba nam tu przemocy, przecież Dziki może sprzedać po trochu każdemu - stwierdził dyplomatycznie Mike.

- Nie będzie żadnego podziału - warknął Sęp, przerywając wywód Mike'a. - Mam dla ciebie propozycje – wtrącił Siwy - twój człowiek przeciw mojemu, zwycięzca handluje z Dzikim - rzucił wyzwanie. Sęp zmierzył go jednak krytycznym spojrzeniem.

- Zjawa używa błędów, nawet jak idzie się wysrać. Byłbym idiotą gdybym się na to zgodził - odwarknął. - W takim razie nie będzie ich używała, czysty pojedynek na pięści.- odpowiedział natychmiast Siwy, na co oczy Zjawy rozszerzyły się w szoku. - Czy ty na łeb upadłeś?!- krzyknęła w stronę swojego szefa. Siwy spojrzał się na nią z politowaniem. - Nie moja droga, najwyższy czas byś udowodniła, że jesteś warta pieniędzy, które ci płacę. Masz pokonać najemnika Sępa, nie używając błędów. - Będzie cię to drogo kosztować Siwy- westchnęła z niechęcią, ale mimo to wysunęła się do przodu, przyjmując pseudobokserską postawę.

- W takim układzie ja wybieram Ostrego - stwierdził Sęp, wskazując palcem na stojącego nieco z tyłu weterana. - Chwila! – wtrącił się Mike.- Ostry jest urzędnikiem, dlaczego jednocześnie pracuje dla Ciebie? - Wyrabia nadgodziny, niech cię o to łeb nie boli strażniczku bramy.- odpowiedział pogardliwie Sęp.

Mike wyszeptał coś, co brzmiało jak "powiem Krzakowi” , ale handlarz w ogóle nie zwrócił na to uwagi. W tym czasie Ostry wysunął się niepewnie. Wszyscy zebrani odsunęli się nieco by zrobić walczącym trochę miejsca. Pojedynkujący zbliżyli się do siebie. Chociaż Zjawa prawie równała się wzrostem z Ostrym, to jednak jako dziewczyna była dużo szczuplejsza i na pewno dużo słabsza fizycznie. Dziki nie miał pojęcia, jak Siwy chciał wygrać ten pojedynek.

- Zaczniesz pipo? – syknęła Zjawa, w stronę Ostrego, na co ten nie czekając, rąbnął ją prawym prostym. Dziewczyna cofnęła się kilka kroków z twarzą zalaną krwią - MÓJ NOS! – ryknęła, wycierając go ręką – ZABIJE! Jej błyskawiczny kontratak prawie sparaliżował Ostrego, który przyjął dwie potężne pięści na oba policzki. Otrząsnął się jednak momentalnie i rąbiąc hakiem, ponownie zmusił Zjawę do cofnięcia się. Nie czekając, aż ta odpowie, wymierzył jej kopa w brzuch, w wyniku czego dziewczyna się skuliła. Widząc to, strażnicy na murach zawyli pogardliwie.

Chociaż Zjawa wydawała się Dzikiemu dość antypatyczna, nie miał nawet wątpliwości komu kibicuje.- Dalej dziewczyno, dasz radę - krzyknął w jej stronę. Ostry zbliżył się do wciąż skulonej dziewczyny i chciał rąbnąć ją potężnym cepem od góry. Postura Zjawy była jednak pułapką i gdy tylko ręka najemnika wystrzeliła w górę, Zjawa rąbnęła go prosto w podbródek. Ostry odchylił się do tyłu, a dziewczyna błyskawicznie chwyciła go za kolana i pociągnęła je, obalając mężczyznę na ziemię. Ostry spróbował się podnieść, ale Zjawa bez ceregieli wskoczyła na niego i zaczęła go okładać bezlitośnie pięściami po twarzy. Przez kilka pierwszych uderzeń Ostry próbował jeszcze kontrować ciosy, po chwili jednak był już w stanie tylko osłaniać głowę, przed kolejnymi uderzeniami.

- Wystarczy! – krzyknął Mike, odciągając Zjawę do tyłu bo dziewczyna ani myślała przerwać. - OSZUSTWO! - ryknął natychmiast Sęp, celując palcem w Zjawę - DZIWKA NA PEWNO CZEGOŚ UŻYŁA! - Wszyscy obserwowaliśmy walkę, trzeba było nie wystawiać tej pipy - wtrącił Dziki, czując ogromną satysfakcję, że może odpłacić się Ostremu. Salwa śmiechu rozdarła się wśród mieszkańców autobusu i strażników na murach. - Rozumiem- odpowiedział Sęp, przyglądając się krytycznie Dzikiemu - skoro wolisz handlować z homosiem to twoja sprawa, ale sporo sobie przegrałeś chłopczyku – warknął mężczyzna, odwracając się w stronę Ostrego.- A z tobą sobie jeszcze pogadam – wrzasnął, do prawie nieprzytomnego najemnika.- Podnieście go! - Rozkazał dwóm pozostałym ludziom i po chwili wszyscy zniknęli za bramą. - Dobra robota moja droga – stwierdził Siwy, klepiąc Zjawę po ramieniu. - Dałam mu się uderzyć w twarz, nie wypłacisz się za to- wyszeptała dziewczyna, tak by zgromadzeni tego nie słyszeli. - Oszukiwaliście?- spytał szeptem Dziki patrząc to na Zjawę to na Siwego. - Dzikusku, czy to ważne? Chyba nie chciałeś, żeby towar poszedł do niego. Liczy się to, że dobrzy ludzie wygrali - stwierdził Siwy.- Widzisz, moja najemniczka słynie z doskonałej kontroli błędów. Chyba nawet Pierwszy nie mógłby się z nią równać pod tym względem. – opisał dumnie Siwy.

Jednak Dziki, który widział Pierwszego w akcji, miał sporo wątpliwości co do wartości tych przechwałek. - No dobrze, nie pozwólmy, żeby towar się kurzył. Mike napomniał mi już, że chciałeś kupić dla swoich ludzi trochę czasu we Wspólnocie. Ponieważ dzięki tobie skarbie, miałem jeszcze okazję przytrzeć dzioba Sępowi... Siwy sponsoruje pobyt autobusu przez całe dziesięć dni! - Dziki zadowolony spojrzał na wyraźnie ucieszonych mieszkańców autobusu. Dziesięć dni to o wiele więcej niż się spodziewał.

Po załatwieniu wszystkich formalności, Jankowi pozwolono wjechać ich pojazdem do środka. Dziki zebrał jeszcze swoich podopiecznych i wydał im trochę srebrnych, które dostali od Siwego na wyżywienie. Choć we wnętrzu murów zaczęli już pojawiać się wolni weterani, wciąż nie było ich tylu, ilu zazwyczaj gościło w murach Wspólnoty. Na środku dawnego parkingu rozbiło się zaledwie kilka osób, handlując tym co udało im się znaleźć w czasie ostatniego szabru.

Dziki przyjrzał się, jak większość jego podopiecznych zmierza w stronę baru. - Nie idziesz Szefie? – spytał Korek, zatrzymując się przy nim. - Poczekam na Wilka. Może niedługo się pojawi – odpowiedział. Korek walczył przez chwilę ze sobą. Miał pewnie ochotę zostać z Dzikim, finalnie jednak pochwycony przez Klucza i Smalca wszedł razem z nimi do baru. Janek, który jako jedyny został w autobusie, rozłożył sobie siedzenie kierowcy i ułożył się do snu. W oddali Dziki dostrzegł Oli, która przyglądała się towarom jednego z weteranów.

Dziki podszedł do niej i zobaczył rozłożone na kocu produkty spożywcze, które w Nowym Świecie były prawdziwymi rarytasami. Wyglądająca na nie zgniłą paczkowana wędlina, mleko w butelkach oraz świeże owoce i warzywa. Dziki, który większość czasu spędzał na konserwach i peklowanych ogórkach, z tęsknotą spojrzał na małą siatkę z pomarańczami. -Wszystko Świeżutkie. Z dopiero "resetowanego’’ budynku, smak jak w dniu błysku – zachęcał ich stojący przy towarach wąsaty mężczyzna. - Dawno już nie jadłam owoców- westchnęła Oli, również patrząc na pomarańcze. - Więc czemu ich nie kupić- stwierdził Dziki. – Ile za tę siatkę?

- 16 srebrnych - odpowiedział mężczyzna, spoglądając w stronę Dzikiego z zaciekawieniem.- Nie przyjechałeś czasem autobusem? – spytał.

- No, tak jakby...- odpowiedział niepewnie Dziki, nie wiedząc do końca, o co może chodzić mężczyźnie. - A nie jesteś przypadkiem tym Dzikim, który mówił przez radio?- spytał ponownie handlarz. - No tak, jestem – odpowiedział i poczuł jak policzki, czerwienią mu się ze wstydu.

Weteran popatrzył na niego, przez chwilę widać było, że rozważa coś w głowie.- Masz! – powiedział w końcu, wciskając mu w ręce pomarańcze - zasłużyłeś. - O, naprawdę nie trzeba, ja...- zaczął Dziki, ale mężczyzna przerwał mu. - Bierz, nie mogę ci pomóc inaczej, a uważam, że jesteś w porządku. Zasłużyłeś - stwierdził. Dziki skinął w podzięce głową, wręczając Oli siatkę owoców.

Po chwili obydwoje rozłożyli się na schodach budynku dworca i zaczęli zajadać się słodkimi pomarańczami.

- Nigdy nie sądziłam, że coś takiego może sprawić człowiekowi tyle radości - powiedziała Oli, z uśmiechem obierając kolejne pomarańcze. - Nowy świat przewartościował wszystko - odparł Dziki, biorąc od dziewczyny obrany owoc -...to co kiedyś wydawało nam się zwyczajne, nabrało teraz statusu czegoś luksusowego. Dziewczyna zrobiła smutną minę i zupełnie niespodziewanie spytała - teraz pewnie żałujesz? - Czego? – dopytał odruchowo, nie wiedząc nawet, o co może chodzić Oli.

Dziewczyna wlepiła wzrok w ziemię i wyszeptała po chwili - tego, że przystałeś do nas...- Dziki westchnął, odruchowo drapiąc się po obandażowanej twarzy.- Nie skłamie mówiąc, że wcale nie tęsknię za Wspólnotą. Brakuje mi czasem Mike’a, bo to mój przyjaciel i bardzo wiele mu zawdzięczam. Szanuje też Krzaka i uważałem go za wspaniałego przywódcę, ale nigdy nie czułem się częścią Wspólnoty. Z Autobusem jest inaczej, naprawdę czuję się z wami jak z rodziną.

Oli uśmiechnęła się przez chwilę, ale zmarkotniała przy kolejnym pytaniu.- A Defekt ? Tam nie chciałbyś wrócić? Dziki zamilkł przez chwilę. Odpowiedź na to pytanie była dużo trudniejsza. Sam przed sobą musiał przyznać, że ciągle szargały nim wątpliwości. Cały czas tęsknił za Dix, chciał być przy niej ze wszystkich sił. Wiedział jednak, że przynajmniej na razie było to niemożliwe. Starał się po prostu nie myśleć ani o Defekcie, ani o wyborach, które musiał podjąć. Na jego szczęście w autobusie ciągle coś się działo i nie miał zbyt wiele czasu, by pogrążać się w zadumie. Teraz jednak, gdy Oli wyciągnęła to na wierzch, czuł jak rodzi się w nim zwątpienie. Zapragnął znowu zobaczyć liderkę defektu, pocałować ją, przytulić....

Wiedział, że rozgrzebywanie tego sprawi mu mnóstwo bólu. Chcąc skończyć ten temat jak najszybciej, odpowiedział zgodnie z tym, co myślał, gdy opuszczał Defekt.- Oli, wiesz dobrze, że byłem tam ze względu na to, co zaczęło łączyć mnie z Dix. Ona jednak ma swoją misję, którą stawia ponad wszystko i wszystkich. To jak moje drogi splotły się Pierwszym, dług, który mam wobec niego, wiesz dobrze, że nie mogłem brać w tym udziału.

- Bo jesteś dobrą osobą - wtrąciła niespodziewanie dziewczyna, kładąc mu rękę ma kolanie -niewielu jest takich jak ty. Dziki poczuł, że się czerwieni, nigdy nie lubił, gdy uważano go za kogoś wyjątkowego. Nie czuł się też kimś niezwykłym. Nim jednak zdążył zanegować to, co usłyszał, Oli spytała - a jak już Dix dopadnie Pierwszego, zostawisz nas, prawda? Dziki powstrzymał się, by nie westchnąć. - Nie wiem Oli, naprawdę ciężko mi wybiegać tak daleko w przyszłość. Dix może nigdy się nie uda dopaść Pierwszego, mam nadzieję, że w końcu się podda... O wiele bardziej boję się, że któregoś dnia spotkają się ponownie i to ona przegra. W tym momencie poczuł, że głos grzęźnie mu w gardle, myśl o tym, jak skończy się spotkanie Dix i Pierwszego była tą, którą zrywała mu sen z powiek. W swojej głowie widział już falę nachodzących wizji i spekulacji, poczuł więc niewyobrażalną ulgę, gdy zobaczył idącego od strony bramy Mike’a. Pozwoliło mu to przegnać rozmyślanie o przyszłości.


209 wyświetlenia4 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie