Krańcowo II - Rozdział II - Cień ręki

Zaktualizowano: kwi 19

Po wejściu do Wspólnoty, Dzikiego zaskoczyła pustka bijąca ze środka. Cały centralny plac przed budynkiem dworca, zwykle zatłoczony był handlującymi Weteranami. Teraz jednak stał całkiem opustoszały. Jedynym miejscem, w którym Dziki dostrzegł jakichkolwiek ruch, był budynek baru, z którego na zewnątrz dochodziły głośne rozmowy. Niewielka grupa ludzi stała też przy zbiorniku na wodę, ustawionym na skraju placu. Mijając, wyczekujących niecierpliwie na swój przydział mieszkańców, Dziki ruszył w głąb Wspólnoty. Po kilku minutach marszu wzdłuż opuszczonych domów doszedł niemal do muru po drugiej stronie. Tam też dostrzegł pierwszy punkt handlowy mający siedzibę w dawnej hurtowni okien. Nowy właściciel zamalował oryginalny szyld własnym hasłem:

Faktoria Sępa

"kupuj bez odrazy”

Dziki uśmiechnął się pod nosem, rozumiejąc doskonale przesłanie tego Sloganu. Właściciel konkurencyjnego punktu handlowego, Siwy, był ordynarnym homoseksualistą słynącym ze skłonności do obrzydliwych zachowań. Z drugiej strony, jak pocieszał się sam Dziki, ''swoich klientów nie ruszał''.

Mijając placówkę Sępa, Dziki skierował się do dawnej jadłodajni, w której Siwy urządził swój sklep. To miejsce musiało pasować idealnie do jego dziwacznych wymagań. Budynek stylizowany na starą karczmę miał przepastny ogródek piwny z drewnianymi stolikami, eleganckie białe altanki i małą fontannę. Ta zaś tryskała jakąś różową przypominającą płyn chłodniczy cieczą. Widać było nawet, że ktoś tak bogaty jak Siwy, nie mógł sobie pozwolić na rozrzutność, jeśli chodziło o wodę. Przechodząc przez ogródek, dostrzegł pamiątkę, którą właściciel zachował sobie ze swojej starej placówki handlowej. Ogromny szyld ''Bajkolandia'' wisiał tuż nad drzwiami wejściowymi.

Dziki zapukał niepewnie i wszedł do środka. W dużym drewnianym przedsionku dostrzegł dwie postacie siedzące razem przy stole. Pierwszą z nich była kobieta, na którą mówili Zjawa. Dziki wiedział jedynie, że była weteranką pracującą dla Siwego i że pojawiła się niedługo po Dix. Nigdy jednak nie miał okazji z nią porozmawiać. Nikt też nie wiedział szczególnie dużo na jej temat. Zjawa mogła uchodzić za postać dość ekstrawagancką, miała bowiem niebieskie włosy ufarbowane pod kolor noszonego przez nią maskowania. Choć wyglądało to ciekawie, za nic nie mogło służyć jako praktyczny kamuflaż. Dziki zastanawiał się nawet czy nie działało to jak czerwone kombinezony Defektu. Może kobiecie chodziło o to, by wszyscy z daleka wiedzieli, że to właśnie ona... Drugą osobą siedzącą przy stole był Maniek, dawny członek strażników Wspólnoty. Przez długi czas Dziki uważał go za swojego dobrego kompana, ale po tym, jak został dotknięty przez Delimera, Maniek niemal doprowadził do jego linczu. Niedługo potem został on wykluczony ze strażników i finalnie trafił do Siwego. Nowa praca jednak bez wątpienia mu się przysłużyła. Swój wyświechtany i znoszony mundur wojskowy, zamienił na elegancki zielonkawy kombinezon oddziałów specjalnych. Miał też kamizelkę kuloodporną, znacznie grubszą niż ta Dzikiego, a na stole obok niego leżał pistolety maszynowy mp5.

Zjawa i Maniek zabijali czas, grając w warcaby. Dziewczyna była ewidentnie znudzona rozgrywką, popychała czerwone krążki bez śladu zaangażowania. Maniek znacznie bardziej wciągnął się w grę, bo nie zauważył nawet Dzikiego, któremu Zjawa przyglądała się już od chwili. - Kurwa znowu…- zaklął pod nosem, widząc jak dziewczyna obraca damkę. - Masz gościa- ziewnęła najemniczka i odeszła od stołu, rozprostowując się. Maniek obrócił się do tyłu i skamieniał, gdy tylko dostrzegł Dzikiego. Mężczyźni przyglądali się sobie przez chwilę. Dla obydwu sytuacja była dość kłopotliwa. W końcu jednak Dziki postanowił przerwać niezręczną ciszę. - Hej Maniek- zawołał z progu. - Cześć stary...- odpowiedział mężczyzna, spoglądając na niego niepewnie - dobrze cię widzieć całego.

Dziki wziął głęboki oddech, tłumiąc w sobie żal. Nie przyszedł tutaj rozdrapywać starych ran, miał w końcu biznes do Siwego i trochę mu się spieszyło. Autobus stał pod bramą już od pół godziny, a niewykształceni mogli nadejść w każdej chwili. - Jest Szef? Chcę trochę pohandlować.- zapytał.

- Tak, jasne, jest na górze… Tylko musisz zostawić broń, znasz zasady…- odpowiedział Maniek, wyciągając niepewnie rękę. Mężczyzna bał się nawet spojrzeć Dzikiemu w oczy. Wyrzuty sumienia musiały dręczyć go naprawdę mocno.

Dziki bez nerwów oddał Mańkowi broń i ruszył powoli schodami na górę. Gdy był już w połowie drogi, mężczyzna zawołał za nim. - Słuchaj, jeżeli chodzi o to wtedy we Wspólnocie to… Dziki jednak przerwał mu momentalnie. - Maniek, to co wtedy zrobiłeś, zaważyło na moim losie. Kto wie, może gdybyś nie narobił takiego rabanu, dał mi to wszystko wtedy wyjaśnić na spokojnie... może dalej byłbym członkiem wspólnoty, ale jednak zdecydowałeś. Potrafię zrozumieć, co tobą kierowało... Ktoś w czasie mojej ucieczki przed Delimerem nauczył mnie, jak ważne jest rozumieć postępowanie innych. Nie chowam urazy i nie szukam zemsty, ale jeśli chcesz wybaczenia, to jeszcze trochę za wcześnie – wyrzucił z siebie i ruszył na górę. Maniek nie odezwał się więcej.

Na piętrze baru znajdowały się w Starym Świecie pokoje do wynajęcia. Dziki nigdy tutaj nie był, ale miał wrażenie, że Siwy nie zmienił zbyt wiele z oryginalnego wystroju. Dość długim korytarzem szło się wzdłuż wejść do poszczególnych pomieszczeń. Na drewnianych drzwiach wydrapane były pseudonimy zajmujących je osób. Dziki dostrzegł między innymi pokój Zjawy i Mańka. Kawałek dalej przełknął nerwowo ślinę, widząc na drzwiach napis "Pieski”. Ostatni pokój znajdujący się u szczytu korytarza należał do Siwego. Jako jedyny miał drzwi przyozdobione jednorożcem z różowym szalikiem na szyi. Dziki zapukał, przygotowując się w duchu, na to co go czeka.- Zapraszam - odezwał się przesłodzony głos za drzwiami.

Dziki wszedł do gabinetu Siwego. Właściciel faktorii leżał na rzymskiej leżance, spoglądając ze znużeniem na ogromny płaski telewizor. Widząc gościa, poderwał się on jednak momentalnie,rozrzucając przy tym miskę cukierków i swoim przesłodzonym głosem zawołał. -O...Mój...Jejciu ... Dzi...ku...sek..- za sylabizował i już po chwili wtulał się w Dzikiego. –Brutalu, tak długo kazałeś mi czekać, zapomniałeś już o kochanym Siwym...- zawołał z wyrzutem.

- Przepraszam cię Siwy, ale miałem sporo na głowie. Nie mówiąc już o tym, że ze Wspólnotą nie mam najlepszych wspomnień – skłamał zgrabnie Dziki. Wiedział dobrze, że nawet gdyby miał niesamowicie dużo wolnego czasu to i tak nie odwiedziłby Siwego bez potrzeby. - Och no tak, masz teraz dużo obowiązków jako strażnik tych nieboraczków w autobusie. Mimo wszystko cieszę się, że wyrasta z ciebie prawdziwy weteran – zawołał. – A właśnie, czekaj, w końcu muszę ci kogoś przedstawić. Ostatnim razem nie było czasu. ZJAWA! – krzyknął właściciel, faktorii a jego głos rozbił się echem po korytarzu.

Po jakiejś sekundzie cały pokój rozświetliło. Dziki złapał się odruchowo futryny przestraszony, że pojawił się błysk, ale było na to za wcześnie, przecież jeden dopiero co się skończył. Po chwili jednak zrozumiał, co mogło być przyczyną tego dziwnego rozświetlenia. Pośrodku pokoju pojawiła się bowiem Zjawa, która na pewno nie weszła do nich przez drzwi. Na jej widok Siwy wybuchnął niespodziewanie.- DZIEWCZYNO DO CHOLERY! PRZEZ TWÓJ LEKCEWAŻĄCY STOSUNEK DO BŁĘDÓW WSZYSCY SKOŃCZYMY, CHORUJĄC NA DEFEKT! –ryknął, porzucając na chwilę swój przesłodzony ton. Weteranka nic sobie jednak nie zrobiła z reprymendy, bo pokręciła jedynie głową, z irytacją wznosząc oczy. - Przepraszam cię za ten wybuch Dzikusku - zaczął Siwy już swoim normalnym głosem - Zjawa to moja najlepsza najemniczka, ale jednocześnie jest strasznie niesubordynowana. Zjawo, zawołałem cię, bo chciałem ci przedstawić...

- Kolejnego klienta, do którego robisz maślane oczy?- wtrąciła dziewczyna. Dziki pomyślał, że było to naprawdę zuchwałe z jej strony. Wszyscy pracownicy Siwego traktowali go z szacunkiem, nawet jeżeli brzydzili się nim za plecami. Zjawa musiała mieć tu jednak specjalne przywileje, bo Siwy ścisnął tylko przez chwilę usta i kontynuował swoim zwyczajowym słodkim tonem.

- Nie moja droga, chciałem ci przedstawić pogromcę Delimera, o którym wszyscy we Wspólnocie tak rozprawiają- zripostował Siwy. Z wyraźną satysfakcją przyjrzał się, jak na twarzy Zjawy pojawiło się zainteresowanie.- No mój drogi. Opowiedz o tym, proszę. Wiesz, że po Krańcowie krąży tyle różnych wersji. Chcemy oboje usłyszeć prawdę prosto od ciebie. Siwy ponownie rozłożył się na leżance, oczekując rozpoczęcia historii. Zjawa zaś oparła się w drzwiach, nie odrywając wzroku od Dzikiego.

Ten ledwo powstrzymał się, by nie okazać irytacji. Z jednej strony wiedział doskonale, że Siwy nie odpuści mu opowieści, jak pokonał Delimera. Z drugiej chciał to załatwić jak najszybciej. Autobus ciągle stał pod murami, a niewykształceni nieubłaganie musieli zmierzać w tę stronę. Na szczęście po drodze przygotował sobie odczepną historię pozbawioną szczegółów i ważniejszych wydarzeń. Opowiedział jedynie o tym, że spotkał Pierwszego, bo o tym na pewno wszyscy już wiedzieli, wspomniał, że pomagał mu się ukrywać przez dwa tygodnie, a potem skłamał, że pomógł walczyć z potworem, którego w końcu pokonali. Zupełnie pominął fakt przejścia przez Strefę Zamarcia i tego, co spotkało go po drugiej stronie, bo o tym wiedzieli tylko Dix, Krzak i Mike oraz oczywiście Pierwszy. Siwy i Zjawa wysłuchali opowieści z wyraźnym zainteresowaniem. Pod koniec historii dziewczyna spytała. – Jakim cudem odnalazłeś Pierwszego? Ja próbowałam go znaleźć przez bardzo długi czas i nic. - To nie tak, że ja go znalazłem, to on zaoferował mi pomoc. Myślę, że jeżeli Pierwszy nie chce być znaleziony, to nikt go nie znajdzie. Patrz przykład Defektu i Dix - odpowiedział jej Dziki, nie mijając się z prawdą. - Wiesz gdzie go teraz szukać? – zapytała wyraźnie zainteresowana. - Jeżeli słyszeliście o tym, co stało się przy ,,Lesie Ludzi’’, a podejrzewam, że ta historia również tu dotarła, to sama się pewnie domyślasz, że on może już nie chcieć się ze mną spotkać. To oznacza, że i ja już go więcej nie znajdę – stwierdził Dziki, czując, że na te historie poświęcił już zdecydowanie za dużo czasu.

- No szkoda - skomentował wyraźnie zawiedziony Siwy - Pierwszy byłby niezłym rarytasem w mojej kolekcji najemników... - Siwy przepraszam, ale czas mnie nagli - wtrącił Dziki - zanim wrócę do Autobusu, zastanawiałem się, czy nie chciałbyś kupić trochę ropy? Widząc, że właściciel faktorii uśmiecha się ,słysząc jego pytanie odetchnął z ulgą. - Dzikusku spadłeś mi jak z nieba, jeszcze parę dni i musiałbym siedzieć przy świeczkach. Ile masz na sprzedaż i co chcesz w zamian? - spytał, zerkając na niego zalotnie, na co Zjawa wywróciła oczami. - Sto litrów, a interesuje mnie głównie żywność i woda. - odpowiedział. Siwy pokiwał zadowolony głową. – Świetnie się składa, bo niedawno miałem dostawę, puszki z długoterminową żywnością, słoiki z przetworami i soki w butelkach. Wody niestety nie mam na zbyciu.

- Soki więc muszą wystarczyć – stwierdził Dziki. Siwy pośpiesznie przeliczył coś na palcach. - Dam ci dobrą cenę jak dla starego przyjaciela. Więc może tak, 40 puszek konserw, 30 słoików z mięsem i 50 litrów soku. Pasuje? Dziki przytaknął, nie znał się dobrze na Wspólnotowych cenach i nie wiedział, czy robi dobry interes, ale paliwo mógł uzupełnić znacznie łatwiej i bezpieczniej niż poszukiwać żywności. - No to cudnie – zapiał Siwy, klaszcząc w ręce. – Zjawo dopilnuj proszę wymiany. - Jasne...- westchnęła dziewczyna znudzonym głosem i skinieniem głowy dała Dzikiemu znak, że wracają na dół. Schodząc po schodach zeszli na pusty parter. Maniek musiał pójść do siebie, ale broń Dzikiego leżała ułożona na stole. Zabrał swój pistolet i Kbk’s, po czym ruszył za Zjawą na zewnątrz. Siwy, magazyn na żywność urządził w przepastnym garażu z tyłu, za budynkiem.

- Poczekaj chwilę, muszę załatwić kogoś, kto przeleje paliwo - stwierdziła. Po chwili Dzikiego oślepił przerażający błysk, jakby ktoś strzelił mu flashem prosto w twarz. W tym samym momencie dziewczyna zniknęła. Pojawiła się ponownie po kilku minutach, tym razem już normalnie idąc od strony baru. W drodze powrotnej przyprowadziła ze sobą wózek sklepowy. - Możesz się zapakować w to– powiedziała, otwierając drzwi do magazynu. Dziki wszedł do środka i zaczął wkładać do koszyka kartony z konserwami. - Dziwie się, że pracujesz akurat dla Siwego - powiedział po chwili. - Osoba taka jak ty poradziłaby sobie wszędzie. Założę się też, że każdy chciałby mieć cię u siebie... Zjawa popatrzyła na niego wyraźnie zdziwiona.- Miałabym zostawić życie za bezpiecznymi murami na rzecz walki o przetrwanie na zewnątrz? Jeszcze nie upadłam na głowę. A pracuje dla Siwego, bo może mi zapewnić luksusy, jakich nie da nikt inny. Gorąca woda, mięciutkie łóżko, prąd. Poza tym, nie będąc w kręgu jego zainteresowań płciowych, nie jestem przynajmniej ciągle nagabywana - stwierdziła dobitnie.

Dziki przytaknął, argumenty dziewczyny były jasne. Teraz jednak, gdy udało mu się ją zagadnąć, postanowił spytać o to, co nurtowało go najbardziej. Jej umiejętności. - Musisz doskonale znać się na błędach i używać ich zgodnie z pierwotną wolą skoro jeszcze nie złapałaś defektu...- zaczął spokojnym, wyluzowanym tonem, jakby chciał poprowadzić rozmowę o pogodzie. Dziewczyna popatrzyła się na niego zszokowana - Nawet jeśli, to nie jest twój interes.-wypaliła i obróciła się w stronę budynku baru, dając tym jasno do zrozumienia, że nie ma ochoty na dalsze rozmowy. Dziki westchnął zrezygnowany. Po raz kolejny uciekła uciekła mu okazja dowiedzenia się czegoś więcej o błędach. Zauważył już, że ludzie z nich korzystający mają jakąś obsesje na punkcie utrzymywania całej wiedzy o nich w tajemnicy. Nawet Kuba, na którego polecenie Dziki strzegł autobusu, nie był w ich temacie zbyt wylewny. Na ogół zbijał wszystkie zadawane mu pytania głupimi wymówkami. Dziki miał jednak nadzieje, że udając przed Zjawą kogoś znającego się na rzeczy, wyciągnie od niej jakąś ciekawostkę. Prawda była jednak taka, że nawet nie wiedział czym była "Pierwotna Wola” . Usłyszał po prostu to sformułowanie z ust Pierwszego.

Po kilku minutach Dziki spakował umówione zapasy do wózka, zapełniając go sporo ponad wysokość kratki. Z jednego był jednak niezadowolony, nie udało mu się kupić wody. Z doświadczenia wiedział, że słodzone soki kończyły się błyskawicznie i że niedługo czeka go przez to wyprawa do jednego z nielicznych źródeł w mieście. Nie marudząc już jednak ani chwili, wypchnął zapasy na ulicę i w towarzystwie Zjawy ruszył do wyjścia ze Wspólnoty. Mijani przez nich ludzie z łapczywością przyglądali się zawartości wózka, towarzystwo najemniczki Siwego miało jednak ten plus, że żaden z nich nie odważył się nawet zbliżyć do Dzikiego. Po przekroczeniu szpary w murze Dziki dostrzegł, że dwóch ludzi Siwego rozłożyło już pompę i duży zbiornik na kółkach.

Janek, który czekał z otwarciem baków, spytał natychmiast – Sprzedajmy? - Taaa, kupiłem trochę żywności, bo przez ten tydzień mamy gościa...- odpowiedział Dziki. Kierowca zbierał już powietrze by soczyście przekląć, powstrzymał się jednak, bo Oli pojawiła się tuż za ich plecami. - Szkoda, że Sebkowi się nie udało...- stwierdziła zmartwiona.

Dziki poklepał ją na pocieszenie po ramieniu. - Nauczę go wszystkiego, co potrzebne. Oli powiedz Kryspinowi i Boćkowi, żeby zanieśli zakupy na górę.

W tym samym czasie od strony Wspólnoty doszedł do nich Mike. - Ładne zaopatrzenie, mnie by to starczyło na miesiąc...- stwierdził, przeglądając zawartość wózka. - Poczekaj chwilę Mike, mam coś dla ciebie. – Dziki wszedł po schodach na górę i z zapasów wyciągnął dwie butelki Whiskey, które znalazł kiedyś schowane na stacji benzynowej. Sam nie miał z nich żadnego pożytku, bo jako Strażnik autobusu nie mógł pozwolić sobie na utratę czujności. Dla jego przyjaciela były jednak jak znalazł na umilenie przykrych chwil.

Zbiegając pośpiesznie na dół, wręczył Mike’owi butelki. Mężczyzna spojrzał na nie, jakby dostał co najmniej magazynek amunicji. - STARY! Dzięki – zapiał radośnie. Dziki odsunął się na chwilę, by zobaczyć jak idzie ludziom Siwego. Ogromny zbiornik był już pełny w jednej czwartej, więc powoli zbliżali się do końca. Wzrok Dzikiego skupił się na chwilę na górującej w oddali "wieży Defektu”. Poczuł w żołądku jakiś nieprzyjemny ścisk i szepnął w stronę Mike’a. - Widujesz Dix?

Mike, który z lubością wciąż przyglądał się butelkom, odpowiedział dopiero po chwili- Czasami, parę razy była pohandlować. Dziki, czując drżenie serca, spytał niepewnie - A rozmawiałeś z nią? - Tak, ale nie pytała o ciebie...- odpowiedział Mike. Po chwili jednak zaśmiał się - Cholera oczywiście, że pytała. Wypytuje o ciebie za każdym razem, gdy tylko jest we Wspólnocie. Tylko ja nie wiem, co mam jej mówić skoro prawie mnie nie odwiedzasz - podsumował z wyrzutem.

- Wiem Stary, miałem sporo na głowie, ale jak tęsknisz to mam miejsce w autobusie specjalnie dla ciebie.- Dziki myślał, że Mike potraktuje to jako żart albo zaczepkę niespodziewanie jednak przyjaciel powiedział coś nieoczekiwanego. - Wiesz, że czasami myślę, żeby stąd odejść? Mnie się coraz mniej ta "Wspólnota” podoba. Gdyby nie Krzak to miejsce byłoby już lżejszą wersją Strefy Głodu. I tak szczerze, to chyba jestem tu jeszcze ze względu na niego.- Mike pokręcił głową – a ty jak sobie radzisz z tym wszystkim? Nie żałujesz, że odszedłeś? Dziki nim odpowiedział, zamyślił się chwilę.- Ciągle zastanawiam się nad decyzjami, które podjąłem, ale w autobusie czuje się naprawdę dobrze. Jakbym po raz pierwszy od dłuższego czasu nie martwił się tylko o przetrwanie, ale robił przy okazji to, co należy. Ten cel jakoś mnie napędza - odpowiedział, znacznie ckliwiej niż miał zamiar.

Mike zamilkł, odpływając myślami. W międzyczasie ludzie Siwego przelali umówioną ilość paliwa do zbiornika i odczepili pompę. - To chyba wszystko.- Stwierdziła Zjawa, odprowadzając wzrokiem mężczyzn pchających zbiornik. – Powodzenia na szlaku - pożegnała się i ruszyła do Wspólnoty. Oczy Mike'a natychmiast powędrowały za odchodzącą dziewczyną. Dziki nie musiał być szczególnie spostrzegawczy, by zauważyć że przyjaciel skrzętnie ocenia jej walory. - A jak tam twój romans z Zuzią - zapytał z przekąsem. Mike obrócił się z grobową miną. – Wiesz, chyba miałeś rację, ona flirtowała ze mną tylko dlatego, że zostawiałem w barze połowę kasy, jaką zarobiłem. Dziki, który od początku wyczuł intencje dziewczyny, zaśmiał się pod nosem – pewne rzeczy się nie zmieniły – stwierdził, klepiąc przyjaciela po ramieniu.- Będziemy się zwijać Mike… - No rozumiem – westchnął - W takim układzie trzymaj się Dziki… I zaglądaj jak będziesz w pobliżu.

- Obiecuję - odpowiedział, przyrzekając sobie, że kiedy tylko będzie to możliwe, odwiedzi Mike’a ponownie. Dziki wszedł do Autobusu i zajął miejsce obok kierowcy.- Dobra Janek, jedziemy.- Kierowca odpalił silnik, wyraźnie niezadowolony ze wskazań kontrolki paliwa. – Sporo oddałeś. - Paliwo wiemy gdzie znaleźć i zdobywanie go wychodzi nam sprawnie. Szukanie jedzenia w dużych ilościach to inna bajka – bronił się Dziki. Nieśpiesznie opuścili teren Wspólnoty i ruszyli drogą, mijając przy okazji Wieżę Defektu. Stojący na straży defektowiec w czerwonym kombinezonie machnął im ręką, gdy przejeżdżali. - Dokąd? – spytał Janek, gdy byli już na wysokości przejazdu kolejowego. - Na świetlistą polanę – odpowiedział natychmiast Dziki. Kierowca skinął głową i wrzucił wyższy bieg, rozpędzając autobus.

Skręcili ulicą w prawo, mijając po drodze kolejne zniszczone bloki. Dziki przyglądał się przez chwilę Graffiti, zachęcającemu do wstąpienia w szeregi Armii (Daniel, twoja ostatnia nadzieja). Gdy nagle Janek rąbnął w hamulec. Łapiąc się fotela, Dziki ledwo uniknął roztrzaskania głowy o szybę autobusu. Kilku mieszkańców jęknęło. Smalec utknął, spadając pod fotele, a Oli, która szła akurat w ich stronę, uderzyła o podłogę.

Dziewczyna, rozmasowując bolące kolana, podniosła się powoli.- Co się stało?- spytała zszokowana, jak zresztą wszyscy w autobusie. Janek bez słowa wskazał palcem do przodu, a Dziki wyglądając przez szybę, zamarł przerażony. Kilkadziesiąt metrów dalej, środkiem ulicy zmierzała cała banda niewykształconych. Przyłożył lornetkę do oczu i prawie natychmiast dostrzegł "kolejarzy”. Okropnie przemienionych przez błysk ludzi, których ciało łączyło się z elementami infrastruktury kolejowej. Słynęli oni też z tryskania zabójczym prądem. Oprócz nich dostrzegł jednak istoty, których wcześniej nie widział, kilku niewykształconych ubranych było w Strażackie mundury. Ponieważ ich twarze skryte były pod maskami tlenowymi, nie dostrzegł jakie zmiany spotkały ich ciała. Tym, co jednak przeraziło go najbardziej były dwa ogromne "Krańcowskie Dziady”.

Dziki nigdy wcześniej ich nie widział, ich wygląd znał jedynie z opowieści. Prawie trzymetrowe olbrzymy przypominały drzewa, które rozrosły się w kształt człowieka i którym ktoś przyczepił długie stalowe brody przypominające druty. Niewykształceni wmieszani byli w walkę między sobą. Dziki dowiedział się już od Kuby, że nie wszyscy niewykształceni tolerują się wzajemnie i często zdarza się, że dwa różne gatunki są wobec siebie agresywne. Przyglądając się przez lornetkę, dostrzegł że jeden z dziadów uniósł kolejarza, jakby podnosił w górę małe dziecko. Specjalista momentalnie wystrzelił kanonadą iskier i wyładowań elektrycznych, które przeskoczyły między rękami dziada. Ten upuścił kolejarza i wściekle kopnął go swoją ogromną, przypominającą pień stopą. Trafiony specjalista wbił się w ogrodzenie pobliskiego zakładu stomatologicznego. Drugi z dziadów nie radził sobie jednak tak dobrze i już po chwili runął na ziemię otoczony przez grupę kolejarzy, bezlitośnie smagających go ładunkami elektrycznymi.

- Wstecz Janek, nie będziemy czekać, aż skończą – powiedział Dziki i złapał za radio. W międzyczasie mieszkańcy autobusu zbiegli się do przodu, by przyjrzeć się walczącej gromadzie. - Myślisz że idą do Wspólnoty? – spytała przerażona Oli. - Prawdopodobnie, muszę nadać ostrzeżenie.- Dziki wciskając przycisk na gruszce, zawołał - Autobus wzywa Wspólnotę, Autobus do Wolności wzywa Wspólnotę odbiór.

Po chwili z głośnika odezwał się trzeszczący głos. - Tu Wspólnota, mówi Krzak.Co się dzieje Dziki? - Jakieś dwa kilometry za skrzyżowaniem na las ludzi i przedszkole zmierza duża grupa niewykształconych. Na pewno są tam specjaliści: kolejarze oraz jakieś potwory w mundurach strażackich. Oprócz tego dwa Krańcowskie Dziady… Odbiór.

- DZIADY? JESTEŚ PEWIEN?! - zawołał z radia głos Krzaka. - Tak, niestety jestem. Niewykształceni walczą ze sobą, ale już niedługo ruszą w dalszą, drogę bądźcie czujni! – odpowiedział natychmiast Dziki. - Dzięki za ostrzeżenie, muszę zebrać ludzi na murach. Uważaj na siebie. Bez odbioru. Dziki wyłączył C-B radio. Janek, jadąc na wstecznym biegu, oddalił się od gromady. Dopiero gdy znaleźli się z powrotem na wysokości skrzyżowania, wykręcił autobus i ruszył drogą biegnącą obok Wspólnoty.- Dalej jedziemy na polanę? – spytał. Dziki zamyślił się przez chwilę, taka duża gromada znaczyła, że musiało wyrzucić sporo niewykształconych. Z drugiej strony ewidentnie zmierzali oni w stronę Wspólnoty wabieni ilością ludzi. Istniała szansa, że przemarsze rozejdą się po mieście i na polanie będzie teraz najbezpieczniej.- Tak, jedziemy w stronę polany, ale pokręć się trochę w okolicy zjazdu. Ocenimy najpierw czy nic się tam nie kręci. Dziki poszedł na tył autobusu, mieszkańcy wrócili już na swoje siedzenia i zajęli się własnymi sprawami. Widok niewykształconych nie robił już na żadnym z nich większego wrażenia. Zbliżając się do ostatniego rzędu siedzeń, dostrzegł Sebastiana, który wyglądał naprawdę kiepsko. Dziki zastanawiał się, czy przypadkiem nie przyszedł razem z pozostałymi, zobaczyć co się stało. - Wszystko w porządku? – spytał, siadając obok chłopaka. -Tak, już tak. Miałem po prostu atak…- odpowiedział, dysząc ciężko. - Atak czego? – dopytał Dziki. - Astmy, jestem astmatykiem – wyszeptał Sebastian, wtedy też w jego ręce Dziki dostrzegł mały czerwony inhalator. - To niebezpieczne? - Jeśli nie będę miał inhalatora w czasie ataku mogę się udusić - wyjaśnił.

Dziki zaklął cicho pod nosem i odszedł, zostawiając, za sobą skonsternowanego Sebastiana. Kuba musiał się nie zorientować że chłopak jest chory, inaczej na pewno by go nie przysłał. Choroby zwłaszcza takie, które wymagały ciągłego przyjmowania leków, były niemal wyrokiem śmierci. Garstka aptek, które znajdowały się w Krańcowie, była szabrowana po każdym resecie, a kupienie leków od handlarzy kosztowało majątek. Na pewno każda z opcji wykraczała poza możliwości nowoprzybyłego. Widząc jak Dziki idzie ze zmarszczoną miną, zaciekawiona Oli złapała go za rękę i wciągnęła na swoje siedzenie.

- Co się dzieje, strasznie spochmurniałeś? - spytała, wyraźnie zatroskana. - Ten nowoprzybyły, jest chory, uzależniony od leków...- wyjaśnił. Twarz Oli również spochmurniała. Żyła tu dostatecznie długo by być świadoma tego samego co Dziki. - Musimy mu jakoś pomóc - wyszeptała, spoglądając na podłogę. – Przecież nie zostawimy go tak... - Gdyby dostał się do Wspólnoty, pewnie byłby w stanie jakoś zdobyć te leki, ale poza większymi grupami... Nie wiem, naprawdę nie wiem.- Dziki wstał z miejsca i ruszył w stronę nowoprzybyłego. Jeżeli miał coś zrobić, musiał być pewien, że chłopak w ogóle ma szanse.

- Posłuchaj mnie, jak często musisz przyjmować te leki?- zapytał, a jego ton z jakiegoś powodu, zabrzmiał nieco bardziej natarczywie, niż chciał na początku. - W czasie ataku to różnie... wy chyba nie zabijacie chorych? – spytał, wyraźnie przestraszony chłopak. Oli, która przyszła tuż za Dzikim, usiadła obok Sebastiana i złapała go za rękę. - Nikt nie zrobi ci krzywdy, ale to ważne, Dziki musi wiedzieć jak ma ci pomóc. Tu nic nie działa jak w Starym Świecie.- Chłopak skinął głową, najwidoczniej dziewczyna budziła w nim dużo większe zaufanie. - Mam przeważnie dwa, trzy ataki dziennie użycie inhalatora przerywa je natychmiast - wyjaśnił. - Dobra, a na jak długo starcza taki inhalator?- dopytywał Dziki.

- Nowy zawiera sto pięćdziesiąt dawek, mój jest chyba gdzieś w połowie - wyjaśnił chłopak. - To daje jakieś pięćdziesiąt dni dla nowego inhalatora. To całkiem sporo, gdybyś zdobył kilka takich, miałbyś długi czas spokój. Może coś jednak da radę zrobić...

Z zamyślenia, wyrwał go drugi już dzisiaj krzyk Janka. - DZIKI, CHOĆ SZYBKO! Ruszył do przodu, przepychając się między mieszkańcami, którzy wstali z siedzeń, by przyjrzeć się, co wywołało takie zdenerwowanie u kierowcy. Autobus hamował, zatrzymując się gdy Dziki dobiegł już do przedniej szyby. Tuż obok niego natychmiast pojawił się Korek, który po prostu kochał być w centrum wydarzeń. - Kolejni niewykształceni szefie? – spytał, podniecony podnosząc lornetkę do oczu. Dziki wyjrzał na zewnątrz. Parę metrów przed nimi zebrała się gromada, ale na pewno nie byli to niewykształceni.

Postacie ubrane w militarne stroje z bronią i wojskowymi plecakami stały pod ogromnym drzewem rosnącym przy drodze.

- Weterani - wyszeptał, Korek odkładając lornetkę. – Ciekawe co się stało? Dziki dał znać Jankowi, by otworzył drzwi i chwytając za broń, wyszedł na zewnątrz. Korek wybiegł zaraz za nim. - Może upolowali razem jakiegoś Krańcowskiego Dziada?- rzucił retorycznie chłopak. Dziki miał jednak spore wątpliwości czy grupa weteranów polowałaby razem na niewykształconych dla zabawy. Po chwili zaś zrozumiał, co wywołało w nich takie poruszenie. Na drzewie, przy którym wszyscy stali powieszony był jakiś mężczyzna. Dziki zatrzymał się i przyjrzał mu uważniej. Bez wątpienia również był Weteranem, na wiszących luźno nogach miał wojskowe buty,a na szyi przewieszony karabin. Dziki był w szoku i to nie ze względu na widok trupa, bo do tego zdążył już przywyknąć. Dziwiło go, że ktoś zadał sobie tyle trudu, żeby wciągnąć ciało mężczyzny na drzewo a przy tym po prostu zignorował broń, najcenniejszą rzecz w Krańcowie. Gdy zbliżył się do gromady, dostrzegł że oczy wisielca zasłonięte były czerwoną bandaną. Od razu nabrał podejrzeń, czyją sprawką było to morderstwo.

Z tłumu zgromadzonych weteranów wyłonił się Wiewiór. Dziki poznał go kiedyś w trakcie sprzeczki z innym weteranem, Persem. O dziwo, mężczyzna okazał się, być naprawdę w porządku. Mijając gromadę, zbliżył się do nich. - Cześć busiarze - powitał ich, podając rękę Dzikiemu, a potem Korkowi. Chłopak wyglądał, jakby się miał z tego powodu posikać z radości.- Ładny cyrk co?- spytał, odwracając na chwilę wzrok w stronę drzewa, - Wiesz, kim on był? – spytał Dziki. - Dominik Piechucki, ale wszyscy mówili na niego "Rogal” - odpowiedział Wiewiór. Dziki jeszcze raz przyjrzał się wisielcowi - Musiał się nieźle narazić Danielowi... Wiewiór pokręcił jednak głową - To chyba coś gorszego, widziałeś napis na drzewie?

Dziki, który do tej pory przyglądał się trupowi, nie zwrócił nawet uwagi na to, co znajdowało się pod nim. Teraz jednak po słowach Wiewióra dostrzegł nakreślony sprayem tekst. PRZYJDZIEMY PO WAS WSZYSTKICH. ŚMIERĆ WETERANOM. Pod groźbą odciśnięta była szarą farbą ogromna dłoń wielkości sporego bochenka chleba. Dziki przeciągnął dłonią po twarzy przymykając na chwilę oczy - Jakby ten świat sam w sobie nie był dostatecznie dużym problemem. Ktoś w ogóle widział, co się stało? Jak duża grupa go zaatakowała?

Weteran skrzyżował ręce, spoglądając zamyślony na ciało - Nic tak naprawdę nie wiadomo. Rogal był samotnikiem, kilka osób widziało go, jak po błysku zmierzał do swojej kryjówki. Potem ktoś znalazł ciało i nadał sygnał przez radio. Kilka osób się zleciało. To wszystko, co wiemy. Dziki poczuł jakiś nieprzyjemny skurcz na myśl, że gdzieś w pobliżu może znajdować się oddział armii. Kątem oka dostrzegł jak któryś z weteranów, wspiął się na drzewo i odciął ciało. Szczątki Rogala z łoskotem upadły na ziemię. - Ech, facet jeszcze nie ostygł, a oni już się kłócą, kto co zabiera - westchnął Wiewiór, przyglądając się jak troje ludzi, wykrzykuje coś nad ciałem.

Wszyscy zgromadzeni łapczywie spoglądali na przewieszoną przez szyję trupa broń. - Trzymaj się, my spadamy – stwierdził Dziki i odciągając Korka, ruszył w stronę autobusu. Wiewiór pozdrowił ich, wznosząc dłoń, po czym wrócił do gromady stojącej pod drzewem.

- Co tam się stało? – spytał Janek. Mieszkańcy autobusu, którzy rozsiedli się na przednich siedzeniach, wyczekiwali na odpowiedź. Wszyscy wlepiali niecierpliwe spojrzenia w Dzikiego. - Armia Daniela zabiła weterana, przy okazji grożąc pozostałym – wyjaśnił. Jego słowa wywołały momentalne poruszenie, a busiarze rozpoczęli gorączkową dyskusję. Bocian twierdził, że facet musiał po prostu mieć pecha i natrafić na jakąś banderę, która patrolowała w okolicy. Green, który oderwał się na chwilę od swojej książki, uważał że zabił go jakiś inny Weteran. Pozorując atak Armii, by Wilk nie szukał na nim zemsty. Smalec przytaknął jego słowom, dodając że skoro tyle czasu siedzieli cicho, to dlaczego teraz mieliby atakować. Korek, który najwidoczniej uznał że to zdanie Dzikiego jest najważniejsze wrzasnął przekrzykując wszystkich.- A ty, co uważasz szefie?!

Gromada w autobusie zamilkła przyglądając mu się z uwagą. Wiedział, że nie uniknie już wyrażenia swojej opinii. Stanął więc pomiędzy wszystkimi i zaczął - mój przyjaciel Mike powiedział mi kiedyś, że celem Daniela od dawna było wyeliminowanie wszystkich większych grup w mieście. Jedyne co powstrzymywało go przed tym to prawo trzech i nieustanne ataki niewykształconych. Gdy kilka miesięcy temu byłem w Strefie Głodu, o czym pewnie wszyscy już słyszeliście, próbował zaprosić mnie do swojej Armii. Z jakiegoś powodu ciągle gromadzi nowych żołnierzy mimo że to, co ma, wystarczyłoby mu do obrony. Być może zgromadził ich dość by rozpocząć w końcu realizację swojego celu... Między ludźmi dookoła zawrzało. Edek wyjrzał przerażony przez okno, jakby zza następnego bloku miał wyskoczyć oddział Armii. Weronika pisknęła cicho, że to przecież niemożliwe. Smalec wspomniał coś, że sam mógł zostać członkiem Armii i żałuje teraz, że tego nie zrobił. O dziwo tylko Oli zachowała spokój i zwróciła się prosto do Dzikiego. - Myślisz, że weterani tak po prostu na to pozwolą?

- Mam wątpliwości. Z tego co wiem, już od dawna szykowali się na taką ewentualność. Poznam pewnie jakieś szczegóły, gdy spotkamy się z Kubą - odpowiedział. Mieszkańcy rozeszli się powoli, choć Dziki zauważył że wielu z nich wracało na miejsce z naprawdę nietęgimi minami. Korek, który ciągle stał przy nim, oczekiwał pewnie że rzuci teraz w jego stronę jakiś komentarz, którym nie chciał podzielić się ze wszystkimi. Ponownie jednak nie mogąc wytrzymać zbyt długo, pełen jakiejś dziwnej ekscytacji, zapytał - myślisz Szefie, że na pewno się zjednoczą? Czy może to raczej koniec Krańcowa, jakie znamy?

Na szczęście dla Dzikiego słowa Korka dotarły do kierowcy autobusu, który ryknął wściekle -ZA CHWILĘ TO MOŻE BYĆ TWÓJ KONIEC KOREK! SIADAJ NA MIEJSCE! Chłopak usiadł naburmuszony na jednym z przednich siedzeń. A Dziki z uczuciem ulgi przeszedł na tył, do nowoprzybyłego. Sebastian jako jedyny nie wziął udziału we wrzawie, ale na pewno dotarły do niego głosy rozmawiających na przodzie ludzi. - Dlaczego oni go zabili?- zapytał się, gdy Dziki usiadł obok niego.

- Chcieli pokazać jak są silni, postraszyć trochę weteranów. Kto wie...- odpowiedział. - To straszne - stwierdził, Sebastian, patrząc przez okno na zgromadzonych przy drzewie ludzi. – Widziałem plakaty zapraszające do tej armii, myślałem że oni pomagają nowoporzybyłym, ale Kuba powiedział, że nie wolno tam iść. Dziki z ciężkim sercem przerwał mu. Czuł że ich lider nie byłby zadowolony, gdyby usłyszał, to co za chwilę powie - nie będę cię okłamywał Sebastian. W armii ma źle tylko ten, kto nie spodoba się Danielowi. Wylądowałem tutaj z pewnym chłopakiem, na którym Kuba z góry położył krzyżyk. Teraz ten chłopak zajmuje tam wysokie miejsce, a ja przez bardzo długi czas walczyłem o przetrwanie i znalezienie sobie celu w tym świecie. Jazda z autobusem nie każdemu się opłaca - stwierdził smutno.

- Myślisz że powinienem spróbować tam iść? Ale ja nie chcę zabijać ludzi - westchnął Sebastian. - Ja też nie chciałem i dalej nie chcę, ale czasem muszę. Dla dobra własnego lub innych. Ten świat wyciągnął z nas wszystkich to, co najgorsze. A niektórzy ludzie byli po prostu potworami gorszymi od niewykształconych. Powstrzymywało ich tylko prawo i policja, których tu nie znajdziesz - wyjaśnił mu Dziki - Nie mam wielkich szans, co? – spytał chłopak, siląc się na spokój, ale w kącikach jego oczu pojawiły się łzy. - Nie będę cię okłamywał, gdybyś był zdrowy, szanse miałbyś nawet samemu. Teraz niewykształconych nie kręci się swobodnie tyle, co kiedyś. Wspólnota i Armia ściągają takie ilości, że na mieście zostają tylko te potwory, które nie wędrują. Jednak przymus zdobywania leku zmusi cię do pójścia w wiele niebezpiecznych miejsc.

Dzikiemu głos uwiązł przez chwilę w gardle. Wyobraził sobie Sebastiana zmierzającego do apteki przy zakładach chemicznych. Tego samego miejsca, w którym Delimer naznaczył go wyrokiem śmierci.

- Spróbuję coś dla ciebie zrobić.- Dziki wstał. Do głowy przyszła mu właśnie pewna myśl. Wiedział, że było to czyste szaleństwo i że miało minimalne szanse powodzenia ale bardzo chciał pomóc temu chłopakowi. Podszedł do radia i usiadł na stopniu, który zazwyczaj zajmowała Oli.

- Stało się coś? – spytał Janek, zerkając na niego. - Nie, po prostu chcę czegoś spróbować - odpowiedział. Dziki wziął głęboki oddech i czując że serce wali mu jak przed spotkaniem z niewykształconym, przycisnął guzik przy gruszce. - Do Wszystkich Wolnych Weteranów. Mówi Dziki z Autobusu do Wolności. Po ostatnim Błysku gościmy u siebie nowoprzybyłego, który nie znalazł miejsca we Wspólnocie. Chłopak jest naprawdę sympatyczny ma jednak ogromny problem, w którym ja pomóc mu nie mogę. Jest chory i raz na jakiś czas potrzebuje zdobyć pewne lekarstwo. Nie mogę narażać Autobusu na taką wyprawę bo sami wiecie, że w tej grupie wabimy jak cholera. Może jednak gdzieś tam znajduje się para Weteranów albo samotnik, którzy mogliby zająć się nim przez czas zanim nie nauczy się samemu dbać o siebie... Proszę was o pomoc jak człowiek człowieka. Nie zapominajmy, że wszyscy byliśmy kiedyś nowoprzybyłymi.

Dziki opuścił mikrofon, wypuszczając powietrze. Janek przyglądał mu się ze zdziwieniem. Oli, która słyszała to wszystko wpadła na niego, wieszając mu się na szyi. Po krótkim całusie wyszeptała.- Jestem z ciebie dumna.

Janek przystanął na chwilę, by spojrzeć na Dzikiego.- Nie wiem, czy ktokolwiek pomoże. Gdyby chłopak był zdrowy i krzepki może jakiś znudzony samotnik dosztukowałby sobie pomagiera, ale ta choroba trochę go skreśla - stwierdził. Humor miał jednak nieco lepszy. Może w duchu liczył, że ktoś chłopaka zabierze i nie będzie musiał znosić dodatkowej osoby przez cały tydzień. Dziki siedział, nasłuchując odpowiedzi w radiu. Niestety przez kilka następnych minut odpowiadał mu tylko szum. Oli, która po krótkim odruchu radości, usiadła obok niego, markotniała z każdą chwilą. Janek pokręcił głową i ruszył dalej wyraźnie zawiedziony. Niespodziewanie jednak radio trzasnęło, sygnalizując że ktoś nadaje. Nadzieje wszystkich ponownie odżyły, gdy z głośnika odezwał się głos.

- HALO DZIKI! Tu wolny Weteran... Lecz się na łeb lamusie... Wściekła Oli poderwała się i rąbnęła pięścią w radio, krzycząc – SUKINSYN! - OLI! Klucz dopiero je poprawiał! – warknął Janek. Po chwili jednak radio znowu trzasnęło. - Hej Dziki, mówi Daniel. Pamiętasz? Dowódca Armii, najwyższy z braci. Wiele innych tytułów...

Serce Dzikiego zamarło, miał kiedyś okazję spotkać się z Danielem. Oczywiście ten nie wiedział wtedy jeszcze że Dziki był członkiem Wspólnoty i podkomendnym jego największego wroga Krzaka. -...źle zrobiłeś, nie korzystając z mojego zaproszenia. No ale po tym, czego się dowiedziałem. Cholera, Dix chowająca się w moim własnym bloku... No zasłużyłeś na swój tytuł największego farciarza Krańcowa, ale każdy fart kiedyś się kończy. Nowoprzybyłego możesz mi jednak podrzucić, kto wie... Może w armii jest dla niego miejsce.

Po wypowiedzi Daniela w radiu rozległa się wrzawa. - TY SUKINSYNU! ZAPŁACISZ ZA TO CO ZROBIŁEŚ ROGALOWI! WETERANI OBEDRĄ CIĘ ŻYWCEM ZE SKÓRY! ŚMIERĆ PSOM ARMII POWIADAM WAM ŚMIERĆ! Złorzeczeniom i wyzwiskom nie było końca. Dziki przyciszył radio, nie mając nastroju tego słuchać. Nawet jeżeli Daniel siedział jeszcze na kanale, to bezsensowne wyzwiska mogły jedynie utwierdzić go w tym, że wiadomość którą przekazał Weteranom dotarła.

- Nikt cię nie może winić za to, że próbowałeś - stwierdziła Oli opierając głowę na jego ramieniu.

Dziki westchnął cicho, gdy nagle spomiędzy wyzwisk wyłapał swoje imię. Podgłośnił radio, myśląc że może Daniel ma do niego coś jeszcze. - DANIEL TY FIUCIE! DZIKI PRZEJDŹ ... ARMIA UTONIE WE KRWI ... SPALIĆ STREFĘ GŁODU... NA 12 PRZEJDŹ NA ... KIJ Cl W JAJA DANIEL ... DZIKI NA 12! Wychwytując strzęp wiadomości, Dziki przełączył radio z kanału ogólnego na kanał 12. - Halo Dziki jesteś? – odezwał się spokojny głos po drugiej stronie. - Tak, jestem- odpowiedział.

- Z tej strony Wilk. Uważam że to, co robisz jest naprawdę wspaniałe. Ja i Szara postanowiliśmy pomóc twojemu gościowi. Mam teraz trochę kłopotów i nie mogę odebrać go od razu, ale umówmy się za cztery dni we Wspólnocie, zgoda? - Jasne Wilku! – wykrzyczał uradowany Dziki - dzięki za wszystko. - Spokojnej drogi Dziki... Na kanał musiał w tym momencie wejść ktoś jeszcze, bo przez głośnik odezwał się kolejny głos. - Jutro możesz być już martwy... - Znikam z eteru - stwierdził głos Wilka. Dziki zastanowił się przez chwilę, głos rzucający groźbę wydał mu się dziwnie znajomy. Nie wiedział tylko gdzie i kiedy go słyszał.


258 wyświetlenia10 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie