Krańcowo II - Rozdział I - Strażnik autobusu

Zaktualizowano: kwi 11

Dziki obudził się, czując pulsujący ból głowy. Powoli i najdelikatniej jak tylko potrafił, usiadł na swojej pryczy. Przez zasłony dostrzegł powolny ruch i cienie przeskakujące w szparach niedokładnie zamkniętego okna autobusu. Pamiętał, że jeszcze chwilę wcześniej coś mu się śniło, ale teraz przez rozsadzające go od środka mdłości nie mógł zebrać myśli.

Od kiedy Kuba zdecydował, że może już przejąć funkcję strażnika autobusu, nie przypominał sobie, żeby którąkolwiek noc przespał spokojnie. Jednak to dni, które następowały zaraz po błysku, były dla niego tymi najgorszymi.

Z zawieszenia wyrwał go dźwięk kroków na schodach. Odruchowo spojrzał w ich stronę, obserwując jak na piętro, wchodzi mała szczupła dziewczyna o czerwonych krótkich włosach.- Hej Dziki, jak się czujesz?- spytała, zerkając na niego troskliwie. - Do dupy Oli, świadomy Błysk jest naprawdę wykańczający - odpowiedział, rozcierając piekące oczy.

Dziewczyna zmartwiła się wyraźnie i przeszła między rozłożonymi na piętrze gratami. Po chwili poszukiwań wyciągnęła z podróżnej lodówki puszkę coli i podała ją Dzikiemu.- Może nie powinieneś tego robić za każdym razem. Mogłabym Cię czasem zastąpić, Janek pokazywał mi jak prowadzić autobus - stwierdziła, głaszcząc go po zbolałej głowie.

Jestem waszym Strażnikiem Oli, to mój obowiązek…- odpowiedział, biorąc łyk słodkiego napoju.- Kuba się jeszcze nie odezwał? – spytał, próbując zebrać myśli.

Skoro dziewczyna była już całkiem przytomna, a autobus był w ruchu. Od Błysku musiało minąć co najmniej kilka godzin. Tym razem spał więc naprawdę długo. - Może nikt się nie pojawił albo jeszcze ich nie ocenił - stwierdziła, rozżalona.

Dziki wiedział, że była jedną z tych osób, które chciały pomagać wszystkim nowoprzybyłym. Dlatego ona i Kuba bardzo często spierali się o to, w jaki sposób ich lider wybiera sobie ludzi, którym oferuje wsparcie autobusu. Dziki jednak nigdy w tych sporach nie uczestniczył, wolał raczej pozostać ich biernym obserwatorem. Chodź w duchu zgadzał się z Kubą i wiedział, że nie do każdego należy wyciągnąć pomocną dłoń, to jednak nigdy nie odważyłby się powiedzieć tego na głos przy Oli.

Kończąc colę, podniósł się z łóżka. Szum w jego głowie powoli ustawał albo już po prostu się do niego przyzwyczaił.- Choć do radia. Może się jeszcze odezwie - stwierdził, zbierając swoje podręczne rzeczy. Dziewczyna ruszyła przed nim, zbiegając raźnie po schodach. Dziki nie czując w sobie podobnej werwy, zwlókł się po prostu na dół.

Większość mieszkańców zdążyła już dojść do siebie po Błysku. Edek razem z Bocianem grali w karty, przekrzykując się na temat zasad Makao. Weronika siedziała ze słuchawkami w uszach, patrząc się bezmyślnie w okno. Choć gdy kątem oka dostrzegła Dzikiego, odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła niepewnie. Siedzenie dalej, Kryspin łamał się w karykaturalnych pozach, próbując ułożyć z laptopem na kolanach. Jeszcze dalej chłopak, na którego wołali Green, zaczytywał się w podręczniku medycznym. W Starym Świecie chciał zostać lekarzem. Jako punkt honoru przyjął więc sobie, że zajmie się zdrowiem mieszkańców autobusu.

W rzędzie obok siedziały dwie nastolatki Laura i Beata, na które wszyscy wołali ''papużki”. Dziewczyny praktycznie nigdy się ze sobą nie rozstawały. Były najmłodszymi osobami w autobusie. Praktycznie otarły się o granice wieku dla pojawiających się ludzi. Dziki zastanawiał się czasem czy było to szczęście, czy pech.

Siedzenia dalej zajęte były przez dość pokaźnych rozmiarów gościa o imieniu Mariusz. Choć wszyscy wołali na niego "Smalec”. Smalec był osobą, która podobnie jak Dziki mogła uchodzić za dziecko szczęścia, bo ze swoimi umiejętnościami i gabarytami nie przetrwałby sam nawet chwili. Znalazł się jednak w Nowym Świecie dokładnie w momencie, gdy powstawał autobus do wolności i tak prawem zasiedzenia czy też jak to mówiła Oli - Przyrośnięcia do siedzenia - został z nimi do tej pory. Ze wszystkich mieszkańców autobusu to on irytował Dzikiego najbardziej. Zajmował najwięcej miejsca, zjadał najwięcej z zapasów, a robił najmniej ze wszystkich. Nie mówiąc już o tym, że był parszywym tchórzem, który nigdy nie wyściubił nosa z autobusu, by pomóc w jego obronie.

Tuż przed nim siedział jego bliski kumpel "Klucz". W odróżnieniu jednak od Smalca pełnił on jedną z najważniejszych funkcji w autobusie. Był bowiem ich mechanikiem. To on konserwował i naprawiał na bieżąco ich pojazd. Dzięki temu mogli kontynuować swoja niekończącą się drogę. W opinii Dzikiego był naprawdę w porządku, dlatego nie potrafił zrozumieć jakim cudem kumplował się on z tą tłustą zakałą.

Ostatnią przytomną osobą była druga zmora Dzikiego, nastoletni chłopak o ksywie "Korek” . Dziki był przekonany, że pseudonim wziął się od tego, że każdy marzył o wsadzeniu mu korka w gębę. Chłopaczek mógłby uchodzić za męską wersje Oli, bo podobnie jak ona nie potrafił usiedzieć w miejscu i był strasznie gadatliwy. W odróżnieniu jednak od dziewczyny w ogóle nie wyczuwał granicy tego, kiedy należy siedzieć cicho. Najgorsze było to, że Korek miał obsesje na punkcie Dzikiego. Przez większość czasu nie odstępował go na krok, ciągle zadając mu mnóstwo pytań. Swoim zachowaniem znacznie utrudniał Dzikiemu skupienie się na jego głównym zadaniu. Zapewnieniu bezpieczeństwa mieszkańcom.

Korek widząc go, natychmiast poderwał się z miejsca. Dziki udał jednak, że tego nie zauważył i ruszył pośpiesznie w stronę Janka - kierowcy autobusu. Oli, która na przód pojazdu doszła jako pierwsza, usiadła już na schodku przy drzwiach. Bawiąc się C-b radiem, próbowała odnaleźć jakikolwiek komunikat.

- W Eterze cisza? – spytał dredowatego mężczyznę o nieogolonej twarzy siedzącego za kółkiem. - Parę komunikatów z Armii Daniela, ale za diabła nie rozumiem ich bełkotu. No i ostrzeżenie o Delimerze koło drugiego przejazdu od jakiegoś wolnego weterana. - Czyli Kuba się nie odzywał? – dopytał, a Janek potwierdził skinieniem głowy. - Witaj dowódco! – zawołał głos za plecami Dzikiego, wywołując u niego nieprzyjemny skurcz żołądka. - Cześć Korek i prosiłem cię, nie mów na mnie dowódco… - Jasne szefie- odpowiedział natychmiast niezbity z tropu chłopak.

Sięgając pośpiesznie do kieszeni, wyciągnął z kurtki energetyk – proszę szefie ostatni w autobusie, z moich prywatnych zapasów- zapiał dumnie, wręczając Dzikiemu puszkę.

Janek obrócił się, zerkając na niego ukradkiem. - Korek, wszystko w autobusie jest wspólne. Jakie ty masz prywatne zapasy? – spytał zirytowany kierowca. - No bo ja wziąłem dla Dzikiego na przechowanie…- tłumaczył się chłopak, ściszając głos z każdym słowem. -To mi było potrzebne. Dzięki - stwierdził Dziki.

Chociaż chłopak był irytujący, zawsze robiło mu się go szkoda. Słysząc aprobatę z jego strony, Korek momentalnie odzyskał animusz i wyprostował się dumnie. - Ciężko było w czasie błysku dowódco? – spytał natychmiast, a oczy zaświeciły mu się z podniecenia.

Zamiast Dzikiego, odpowiedział jednak Janek.- Chyba czułeś! Cholera jasna daj Dzikiemu spokój. Jak chcesz stać obok mojego fotela, to zamknij papę!

Kierowca autobusu reagował na Korka wyjątkowo alergicznie. Oli twierdziła, że zanim pojawił się Dziki to właśnie jego "adorował" chłopaczek, zadręczając swoją osobą. Po ostrych słowach Janka, Korek usiadł na siedzeniu. Wciąż jednak łapczywie zerkał w stronę Dzikiego i radia, którym bawiła się dziewczyna.

W tym czasie Dziki wyjrzał przez okno. Zawsze po błysku kręcili się określonymi drogami koło cmentarza. Gdyby Kuba zdecydował się podesłać im kogoś, musieli być blisko by go odebrać.

Teraz przejeżdżali powoli koło starej pizzerii między blokami. Stąd mieli tylko kawałek, zarówno do kryjówki ich lidera, jak i miejsca, gdzie pojawiali się nowoprzybyli. Janek zatrzymał na chwilę autobus, nie gasząc jednak silnika.- Zrobimy chyba postój, skoro już wstałeś. Nie? – spytał z wyraźną nadzieją w głosie. Dziki przytaknął, rozglądając się po okolicy - idę na dach, ale nie zostajemy zbyt długo. Jeżeli nie było ludzi, to mogą być dzisiaj przemarsze. Pewnie czeka nas noc jazdy - westchnął. Janek jęknął cicho. Natychmiast sięgnął do schowka pod sufitem, wyciągając z niego swoją poduszkę i bez ceregieli rozłożył się na kierownicy. Dziki wyszedł z autobusu a zaraz za nim Green i Bocian obaj pośpiesznie ruszyli w krzaki. - Tylko się nie oddalać – krzyknął za nimi, po czym wszedł po drabinie na dach. Gdy tylko znalazł się na szczycie, omiótł wzrokiem pustą okolicę. Otaczające ich bloki były wyniszczone już w Starym Świecie, teraz z powybijanymi szybami i wyrwanymi drzwiami przywodziły na myśl miasto duchów. Dziki zastanawiał się kiedyś, po co weterani wybijają okna w przeszukanych domach.

Teraz wiedział, że zaznaczali w ten sposób budynki, które już wyszabrowali. Jednocześnie ułatwiali sobie odkrywanie miejsc po "resecie". Reset — był jednym z ewenementów nowego świata, którego Dziki do tej pory nie potrafił zrozumieć. Polegało to na tym, że budynek bądź miejsce wracało do swojego stanu, w jakim zastał je pierwszy błysk. Chociaż Dziki umiał go przetrwać bez utraty przytomności, to jednak nigdy nie widział jak wygląda odnawianie się jakiegoś miejsca. Kuba twierdził co prawda, że nie jest to żaden "spektakularny” widok, ale ciekawość i tak zżerała go, gdy o tym myślał.

Słysząc, że ktoś wspina się po drabinie, Dziki poczuł, że za chwilę może zostać osaczony przez Korka. Sięgnął więc po lornetkę i zaczął rozglądać się po okolicy, licząc, że uda mu się odwlec nieuniknione. - Jak sytuacja dowódc...znaczy Szefie.- spytał natychmiast chłopak. Po chwili też sięgnął po lornetkę, którą nosił na szyi. - Od strony cmentarza na razie spokój - stwierdził Dziki – Korek, przyda mi się dodatkowa para oczu. Obserwuj okolicę od strony południowej – polecił,wskazując ręką kierunek. Dziki wiedział, że jedynym sposobem na powstrzymanie Korka od mówienia jest danie mu czegoś do roboty. Im bardziej zadanie wydawało się ważne, tym chłopak dłużej pozostawał cicho. Stanie na straży razem z Dzikim musiało usatysfakcjonować go na, tyle że zamilkł natychmiast. Nie odezwał się też przez następne dziesięć minut, prawie wbijając sobie lornetkę w oczy.

Oczywiście Korek nie musiał wiedzieć, że od strony południowej znajdowała się "Strefa Głodu” i było naprawdę mało prawdopodobne, że cokolwiek stamtąd przyjdzie. Dziki nie czuł jednak potrzeby wyprowadzania go z błędu. Stał tak, obserwując okolicę cmentarza i rozkoszując się błogą ciszą, gdy nagle usłyszał z dołu krzyk Oli. - DZIKI! KUBA NADAJE! CHODŹ SZYBKO! Łapiąc za poręcz, ześlizgnął się po drabinie. Korek spróbował zrobić to samo, ale w odróżnieniu od Dzikiego nie miał na dłoniach rękawiczek. Zawisł więc w połowie, a cichy jęk potwierdził, że poparzył sobie ręce.

Dziki wpadł do środka, nasłuchując komunikatu, a Korek wbiegł chwilę po nim. Z trzeszczącego radiowego odbiornika dobiegał właśnie zniekształcony głos ich lidera. ,,1 do 2 , 3 do 2, 2z5, 0. Suma 237” - Mamy do odebrania dwie osoby z przystanku koło sądu! – wykrzyczał podniecony chłopak. Największą zaletą Korka wybijającą się pośród setek irytujących cech było to, że znał na pamięć cały kod Kuby. Dziki do tej pory miał problemy z rozszyfrowaniem niektórych wiadomości bez zaglądania do zeszytu. Wiedział co prawda, że cyfry 2i3 oznaczały autobus i Kubę oraz że piąta cyfra wypowiedziana w kolejności to liczba osób do zabrania. Do tej pory nie pamiętał jednak która cyfra to który przystanek. Nie potrafił też sam rozpoznawać sum kontrolnych. Krótkich kodów potwierdzających, że wiadomość była rzeczywiście nadana przez Kubę.

- Znowu ruszamy do akcji szefie, Autobus spełni swoją powinność - zapiał, wyraźnie zadowolony Korek. Przykleił jednocześnie twarz do przedniej szyby, jakby zza zakrętu mieli wyskoczyć nowoprzybyli. Janek, który schował swoją poduszkę z powrotem do schowka nad fotelem, miał minę znacznie bardziej naburmuszoną. - Jak ich nie upchniemy we Wspólnocie, to znowu szykuje się ciężki tydzień.- stwierdził, uruchamiając jednocześnie pojazd. - Na Dzikiego też tak płakałeś? – Zawołała natychmiast Oli, patrząc w stronę kierowcy z wyrzutem.

- To nie ty będziesz zarywać noce, dwóch dodatkowych kolesi to cała gromada niewykształconych więcej - bronił się kierowca. Dziki powstrzymał się, by nie jęczeć przy Oli. Janek miał jednak sporo racji. Powszechnie znanym prawem było, że ludzie wabili niewykształconych. Co prawda pojedynczy człowiek, czy nawet para nie przyciągali ich jakoś szczególnie mocno. Gdy jednak w jakimś miejscu przebywało więcej niż troje ludzi, zaczynały się problemy. Ten tajemniczy magnetyzm, był jednym z największych bolączek każdej dużej grupy. Po błysku wielu dopiero co powstałych niewykształconych krążyło po Krańcowie w chaotycznym marszu. Raz za razem wabieni przez różne gromady ludzi. W tym okresie znacznie łatwiej było przypadkowo nadziać się na taką potworną gromadę, nawet jeżeli podróżowało się samemu i niczego nie przyciągało. Dlatego pierwsze siedem dni po błysku nazywane potocznie "Tygodniem Przemarszu" uchodziło za najbardziej niebezpieczny okres.

- Damy radę. Jak szczęście nam dopisze, to rozejdą się zaraz do Wspólnoty i Strefy Głodu. Może nawet żadnego nie spotkamy…- stwierdził na pocieszenie Dziki. - Dowódca ma rację. Niepotrzebnie się przejmujesz, zresztą celem naszej grupy jest… - wtrącił natychmiast Korek, ale urwał w pół zdania, widząc miażdżące spojrzenia Janka. - KOREK ZAMKNIJ SIĘ! Chce się skupić na drodze. Chłopak zmarszczył czoło i wbił wzrok w podłogę, ale po chwili nabrał powietrza, by znowu coś powiedzieć. Dziki nie chcąc dłużej denerwować Janka, skinął na Korka i razem przeszli na tył autobusu. Po chwili dołączyła do nich Oli.

Kiedy dziewczyna dowiedziała się, że jednak jadą po kogoś, humor od razu jej się poprawił. Siadając, obdarzyła Dzikiego szerokim uśmiechem i nawet mrugnęła w stronę Korka. - Szykujesz się już pewnie na powitanie, co ? – Spytał zaczepnie Dziki. -Tobie nie przeszkadzało…- odgryzła się natychmiast Oli. - Do tej pory uważam, że była to najmilsza rzecz, jaka mnie tutaj spotkała. Wiesz jednak, że nie każdy na takie coś zasługuje…- stwierdził szarpany rozterkami, które musiały kiedyś dręczyć Prima - poprzedniego strażnika autobusu. Choć Kuba bez wątpienia robił wszystko by nie przysyłać im niebezpiecznych ludzi, to przecież nie każdy miał wyrok wypisany na twarzy. Sam Dziki znał historie o jednym z nowoprzybyłych, który groził Oli i próbował przejąć autobus. Dziewczyna, widząc jego nadąsana minę, kopnęła go zaczepnie w nogę.

- Jak taki jesteś zazdrosny, to mogę cię przytulić in blanco – Stwierdziła, opierając głowę o jego ramię. - Nie próbuj niczego więcej Oli - wtrącił się Korek - Serce naszego lidera należy tylko do jednej kobiety. Przewspaniałej liderki Defektu Dix i jeśli spróbujesz wejść jej na odcisk…- chłopak przerwał jednak momentalnie widząc morderczy wzrok dziewczyny, która już po chwili wypowiedziała jedna z najczęściej słyszanych w autobusie fraz.

- KOREK ZAMKNIJ SIĘ!

Dziki pokręcił głową, widząc, że chłopak znowu posmutniał. - Korek, wiesz co? Idź na górę i zobacz, jak stoimy z zapasami. W kiepskim wypadku będziemy mieli dwie dodatkowe osoby do wykarmienia. Możliwe, że będzie trzeba przehandlować trochę paliwa we Wspólnocie… Chłopak momentalnie rozpromieniał - Tak jest szefie, natychmiast ruszam- poderwał się z miejsca i pobiegł schodami na górę. Potrącając po drodze Edka, który przeklął na niego głośno, bo szturchnięty rozsypał wszystkie karty z ręki. - Nie przypominam sobie, żeby był taki, gdy pierwszy raz z wami jeździłem - stwierdził Dziki, podczas gdy wściekły Edek wyciągał karty spod fotela.

Oli zrobiła nadąsaną minę – Primo go zastraszał, ciągle groził, że wyrzuci go z Autobusu- powiedziała z wyrzutem. - Myślę, że nigdy by tego nie zrobił…- Dziki, choć znał poprzedniego strażnika dość krótko, zdążył się przekonać, że pomimo bardzo surowej powierzchowności i opryskliwego charakteru głęboko cenił sobie ludzi w autobusie. - Też tak sądzę - odpowiedziała w końcu Oli – ale Korek się go strasznie bał… Ty jesteś dla niego miły i nigdy nie powiedziałeś mu tego, co wszyscy. Dlatego tak do ciebie lgnie.

- Czego mu nie powiedziałem? – spytał, spoglądając zaciekawiony na dziewczynę. - Zamknij się Korek …- odpowiedziała, odwracając się w stronę okna.– Chyba dojeżdżamy. Dziki wyjrzał na zewnątrz, z oddali dostrzegł już budynek sądu.

Niezbyt okazały piętrowy gmach ginął między sąsiadującymi go blokami i sklepami. Gdyby nie napis nad wejściem trudno by było nawet powiedzieć, że znajdował się tam kiedyś budynek Temidy. Gdy podjechali bliżej, Dziki dostrzegł, że Nowy Świat zdążył już odcisnąć na nim swoje piętno. W oknach nie oszczędzono ani jednej szyby, frontowe drzwi leżały na schodach, a po parkingu walały się akta wyrzucone z archiwum.

Ktoś musiał mieć niezłą zabawę demolując to miejsce – pomyślał.

- Stoją tam - zawołała Oli wyrywając go z rozmyślania nad sensem przeszukiwania tego miejsca.

Dziki wstał i zerknął w stronę przystanku. Dwóch młodych chłopaków stało z dość niepewnymi minami obserwując okolice. W ich rękach dostrzegł siekiery, prezent który bez wątpienia dostali od Kuby. Siekiera była prymitywnym, ale jak na Krańcowskie standardy skutecznym uzbrojeniem. Przez bardzo długi czas on sam włóczył się z podobną.

Oli, która odkleiła się od szyby, chodziła już cała szykując się do swojego ,,powitania”.

- Idę - powiedziała w końcu. Dziki zerknął, jak chwilę po tym gdy otworzyły się drzwi, ruszyła by uściskać "nowoprzybyłych”. Poczuł jednocześnie coś dziwnego. Wspomnienie jego pierwszego dnia w Nowym Świecie powróciło do niego tak wyraźne jak chyba nigdy wcześniej. Ile rzeczy zmieniło się od tamtej pory? Jak bardzo on sam się zmienił? Od momentu, gdy jako nowoprzybyły opuszczał autobus pełen obaw. Gdy razem z Mikem walczyli o jego przyjęcie do Wspólnoty... Wspólnoty, z której wyrzucono go, bo dał się dotknąć Delimerowi. Wróciły wspomnienia o podróży z Dix, o uczuciu jakie zrodziło się między nimi... Patowej sytuacji, jaka nastała, gdy dał się uratować od śmierci jej najgorszemu wrogowi - "Pierwszemu”. Zastanawiał się, ile po tym wszystkim zostało z oryginalnego "Dzikiego”. Wesołego chłopaka pracującego w miejscowej fabryce, lubiącego gry komputerowe i niemogącego znaleźć sobie dziewczyny.

Potrząsnął głową, odganiając z niej myśli. Wspomnienia "Starego Świata” wciąż biły w niego jakąś dziwną goryczą. - Ty nie masz takich rozterek… - stwierdził, myśląc o Pierwszym dla którego "Nowy Świat” był jak spełnienie marzeń. Z bitwy we własnej głowie wyrwał go widok Oli prowadzącej dwóch zlęknionych chłopaków. - To jest Dziki nasz "strażnik”. Przewodzi autobusem pod nieobecność Kuby - przedstawiła go. - Witajcie - powiedział w ich stronę – Usiądźcie tutaj. Musimy omówić parę rzeczy. – Dodał, wskazując im miejsca obok siebie. W międzyczasie Oli usiadła na dalszym siedzeniu, wyglądając zza oparcia, by przysłuchać się rozmowie.

Dziki przyjrzał się zajmującym miejsca młodzieńcom. Nie mogli mieć więcej niż dwadzieścia lat. Jeden był wysoki i dość dobrze zbudowany, drugi wzrostu Dzikiego pucołowaty. Obydwaj mieli na sobie ślady podrapań i ogromne siniaki. Ten niższy miał też bandaż na ramieniu. - Spotkanie z niewykształconym? – zapytał.

Wyższy chłopak skinął niepewnie głową a niższemu łzy nabiegły do oczu.

-Rozumiem. Więc jak już usłyszeliście od Oli, jestem Dziki i dbam tutaj o bezpieczeństwo. A na was jak wołają? – spytał. Przybysze milczeli dłuższą chwilę. W końcu ten wyższy wydukał pod nosem Marek, a drugi wyszeptał Sebastian. Dziki poczuł dziwną konsternację jak zawsze, kiedy słyszał normalne imiona. Większość ludzi, z którymi spotykał się w Nowym Świecie, używała ksywek i pseudonimów. Tylko Kuba i kilku innych nielicznych weterenów używało swoich imion ze "Starego Świata”.

- No dobrze posłuchajcie mnie.- zawołał, skupiając na sobie wzrok nowoprzybyłych.- Podobnie jak wy przeżywałem tutaj swój Pierwszy dzień. Wiem, jaki macie mętlik w głowie i zastanawiacie się pewnie, co teraz z wami będzie. Na wasze szczęście trafiliście tutaj w dość dobrym okresie. W okolicach dawnego dworca uformowała się dość silna Wspólnota. Mają mury chroniące przed potworami, zapasy, opiekę medyczną i tak dalej. W pierwszej kolejności spróbujemy was tam ulokować.- wyjaśnił. – Jeżeli by się jednak nie udało, sam spróbuję nauczyć was jak tutaj przetrwać- na razie odpocznijcie.

Dziki wstał z miejsca, dając nowoprzybyłym trochę przestrzeni i ruszył w stronę Kierowcy. Po drodze dostrzegł Korka, który zbiegał po schodach. -Wszystko policzyłem szefie. Zapasów mamy na 14 kolejnych dni dla nas samych. Przy dwóch dodatkowych osobach można liczyć 9. Jakby został jeden to… -Bardzo dobrze Korek- wtrącił Dziki- teraz idź na tył i dyskretnie przypilnuj naszych gości. Nie znam ich i wiesz o co chodzi... –

Oczywiście nie wierzył on w jakiekolwiek złe zamiary dwojga przestraszonych chłopców. Jednak nowe zadanie zlecone jego "pomocnikowi” dało mu znowu chwilę spokoju.

Przechodząc obok schodów, ruszył dalej w stronę Janka. Kierowca leniwie toczył autobus wzdłuż starej szkoły Dzikiego. -Kieruj się w stronę Wspólnoty, ale jedź powoli. Chcę, żeby mieli chwilę na złapanie oddechu.- Kierowca skinął głową i zwolnił tak, że autobus bez trudu dałoby radę wyprzedzić na piechotę. -Mam nadzieję, że trafimy na twojego kumpla Mike’a. Z nim jest zawsze większa szansa na upchnięcie ich we Wspólnocie. – stwierdził Janek, któremu zabieranie dodatkowych nigdy nie było na rękę. Dziki nie odpowiedział. Jego przyjaciel Mike, który był strażnikiem bram Wspólnoty, rzeczywiście miał pewien wpływ na to, kto zostanie przyjęty. Z drugiej strony oddał on już autobusowi kilka przysług w tym zakresie. Mocno naciągając przy tym "użyteczność nowoprzybyłych". Dziki obawiał się, że, dalsze próby tego typu mogą ściągnąć na Mike'a kłopoty.

Autobus przetoczył się, mijając park i wjechał na rondo, z którego skręcało się w okolice dworca. W międzyczasie doszła do nich Oli wyraźnie czymś rozbawiona. -Co się stało Korkowi?- spytała, krztusząc się ze śmiechu. -A co on zrobił? - dopytał Dziki. -Co dziesięć sekund spogląda na nich z miną "mam was na oku” a za każdym razem, gdy się odezwą, udaje że szuka czegoś w pustej półce nad ich głowami. – wyjaśniła, Oli zerkając na Dzikiego podejrzliwie. -Po prostu sprawdza, czy nic nie kombinują- zaśmiał się Dziki. Dziewczyna westchnęła z politowanie, po chwili jednak ucieszyła się, widząc, gdzie dojechali.- Więc Wspólnota. Postarasz się znaleźć im miejsce ? Zrobisz wszystko prawda ?- spytała, z nadzieją.

Dziki czując że dziewczyna znowu poruszyła jego sumienie, zapomniał już że miał oszczędzać Mike’a.-Tak Oli, obiecuję…

Autobus wtoczył się powoli w okolice dworca. Z oddali widać już było mur zrobiony z obitych grubą blachą autobusów połączonych z okolicznymi budynkami. Gdy zbliżyli się do bramy, Dziki dostrzegł, że zniknęło obozowisko, które pod Wspólnotą tworzyli weterani i inni wędrowcy niechcący płacić za nocleg wewnątrz. Po błysku znacznie bezpieczniej było zadekować się w jakimś budynku i czekać aż przemarsze niewykształconych ustaną.

Janek zaparkował autobus, a Dziki ruszył na tył po nowoprzybyłych. Po drodze spotkał Korka, który skinął na niego porozumiewawczo z komicznie poważną miną. -Dobra, jesteśmy na miejscu. Jeżeli będziecie mieć szczęście, to tutaj będzie wasz nowy dom. Zabierzcie co wasze i chodźcie - ponaglił opieszałych gości.

Gdy wyszli na plac przed wspólnotą, kilku strażników stojących na szczycie muru przyjrzało im się ze znudzeniem. Przed samym wejściem znajdował się duży półotwarty namiot, w którym uzyskiwało się pozwolenia na wejście. Dziki zacisnął nerwowo kciuki z nadzieją, że trafi na Mike’a. Na jego szczęście już po przekroczeniu progu dostrzegł ciemnowłosego chłopaka o potężnych barkach siedzącego przy biurku.

-Hej stary – zawołał z wejścia, a Mike oderwał głowę od papierów, którym się przyglądał. -DZIKI ! – uradowany mężczyzna wstał i podszedł do niego. Po wymianie krótkiego uścisku usiadł z powrotem przy biurku, rozkładając się nonszalancko na krześle. -Nie widzieliśmy się od ostatniego błysku… Tak ciężko Ci zajrzeć ? – spytał z lekkim wyrzutem.

-Kuba nie chce, żebyśmy zbyt często odwiedzali Wspólnotę- wytłumaczył się Dziki, siadając po drugiej stronie biurka. -A co on? Jakiś awers ma do nas ? – spytał skonsternowany, Mike drapiąc się po brodzie. -Wiesz, że do tej pory nie wiadomo, kto odpowiada za wydarzenia z przedszkola. Do środka musiał wnieść ich człowiek…- wyjaśnił Dziki, ale Mike zrobił zaciętą minę.

-Przecież tego nie zrobił nikt ze Wspólnoty, ludzie mogą być dupkami, ale to nie Armia Daniela, tu nikogo nie bawi rzucanie innych niewykształconym na rzeź.- stwierdził dobitnie. -Wiem Mike i Kuba też to wie, ale ktoś zadał sobie sporo trudu, żeby uderzyć w autobus. A teraz we wspólnocie kręci się sporo przypadkowych osób. Może nasz potencjalny psychol kryje się wśród nich?- wytłumaczył jeszcze raz Dziki.

-No może coś w tym jest, zapomniałem o tym pogadać z Wilkiem. Jak następnym razem odwiedzi wspólnotę, to mu o tym wspomnę. Może coś "powęszy”…- Mike obrócił się nagle, dostrzegając stojących u wejścia do namiotu nowoprzybyłych.- Oni są z tobą ? – -Tak, wyrzuciło ich dzisiaj. Pomyślałem, że może dasz radę ich upchnąć…- poprosił Dziki. Mike słysząc go, zmarszczył czoło, wyglądał teraz na mocno zawiedzionego. -Nie spodoba Ci się, to co usłyszysz- stwierdził, a Dziki przekręcił z zainteresowaniem głowę- Wspólnota powoli osiąga limit pojemności. Nie rozdają wejściówek tak hojnie, jak kiedyś, jeżeli nie potrafią nic szczególnego to małe szanse, że tu zostaną…

-Nie możesz na to wpłynąć ? – spytał jeszcze raz z nadzieją, ale Mike pokręcił głową. -Nie mogę już rozdawać wejściówek stałych. Teraz zajmuje się tylko chwilówkami, od nadawania miejsca we Wspólnocie jest inny gość. -A możesz go ściągnąć ? Przecież spróbowanie nic nie kosztuje, a dajemy tym chłopakom szansę. – spytał Dziki, ciągle myśląc o obietnicy złożonej Oli.

Mike nie wyglądał na szczególnie chętnego, by zrobić cokolwiek w tej sprawie. W końcu jednak błagalny wzrok Dzikiego musiał ruszyć jego sumienie, bo zirytowany podniósł się z krzesła.

-Dobra niech Ci będzie, ale obydwaj nie będziemy tym zachwyceni.- wycedził przez zęby i z marsową miną ruszył przez wejście, znikając po chwili za murami.

Dwaj nowoprzybyli wkroczyli niepewnie do wnętrza namiotu. -Co teraz będzie ? – spytał Sebastian, patrząc niepewnie na uzbrojonych ludzi krążących po murach.

-Przyjdzie pewnie ktoś, kto oceni czy możecie zostać. Sam nie wiem, ostatnim razem odbywało się to trochę inaczej…- wyjaśnił. Przez dłuższy czas nikt się jednak nie pojawiał, Dziki zerknął nerwowo w stronę autobusu. Nie chciał trafić na moment ataku niewykształconych, koczując pod murami. Na ulicy prowadzącej do Wspólnoty byli trochę jak w pułapce. Po kilku przeciągających się minutach pojawił się w końcu Mike. Wściekły jak osa runął na swoje na miejsce. Tuż za nim do namiotu weszła postać, na której widok Dziki poczuł ogromny kamień w dole brzucha. Urzędnikiem okazał się nie kto inny jak "Ostry”, weteran, który był członkiem wspólnoty w momencie pojawienia się Dzikiego. Od samego początku mężczyźni pałali do siebie straszną niechęcią. Ostry ciągle uważał, że Dziki nie zasłużył na miejsce we Wspólnocie i dostał je tylko ze względu na przyjaźń z Mike'm.

- Proszę, proszę, proszę. No kogo to moje oczy widzą. Pogromca Delimera, kochanek Dix i strażnik autobusu w jednym... Nowa żywa legenda- zakpił mężczyzna, spoglądając z nienawiścią w stronę Dzikiego. - Witaj - odpowiedział Dziki, starając się hamować ze wszystkich sił. Mike obrzucił Ostrego chłodnym spojrzeniem. -Tylko zachowuj się profesjonalnie.- wycedził przez zęby. -Oczywiście Mike, podobnie jak ty nie będę brał pod uwagę układów czy wewnętrznych urazów. – zakpił ponownie Ostry, po czym spojrzał się na biurko.- wiesz nogi mnie trochę bolą… Czy mógłbyś ?

Mike wyglądał, jakby marzył o przestawieniu Ostremu facjaty. Wziął jednak głęboki oddech i tłumiąc nerwy, stanął obok Dzikiego. -O dziękuje Ci. No to nowi, zapraszam!- Ostry rozciągnął się na krześle, a Dziki skinieniem głowy zachęcił chłopaków by podeszli do biurka. Ostry przyglądał się im uważnie, z radością przeciągając całą sprawę, Dziki poczuł, że Mike obok niego zaciska nerwowo pięści.

-Bardzo przeciętne warunki fizyczne… zwłaszcza ten niższy. – stwierdził w końcu Ostry, spoglądając się z lubością na Dzikiego i obserwując jego reakcje.-Ile macie lat? – spytał, z powrotem skupiając się na nowych.

-siedemnaście- odpowiedział Marek -dziewietnaście- wyszeptał za nim Sebastian. -Ooo- zawył Ostry, kręcąc głową – to niedobrze. Wiecie, to znaczy, że raczej nie skończyliście żadnej szkoły, która mogłaby nam się przydać. Jakiejś medycznej albo technicznej – Stwierdził głosem pełnym udawanego współczucia. Jednocześnie ponownie zerknął w stronę Dzikiego. Może miał nadzieję, że ten nie wytrzyma i wtrąci się w całą sytuację, dając mu pretekst do natychmiastowego skreślenia chłopaków.

-No dobrze, spytam profilaktycznie. Czy któryś z was zna się na; Medycynie? Mechanice? Elektryce? Kończył kursy pielęgniarstwa? Tokarstwa ? Jest utytułowanym mistrzem jakiejś sztuki Walki? Nowoprzybyli raz za razem kręcili głowami, a uśmiech Ostrego robił się coraz pełniejszy. -Czy któryś z was; Uczestniczył w grupach rekonstrukcyjnych, klubach ASG albo miał podstawowe przeszkolenie w jakieś jednostce militarnej?

-Ja byłem w wojsku!- zawołał starszy z chłopaków, a Ostry spojrzał na niego z politowaniem. -Doprawdy… Mike pozwolisz swojego Ak-acza ? – spytał. Nie czekając jednak na odpowiedź, zdjął Mikeowi broń z ramienia i położył ją na biurku. -Rozbierz go i złóż…- rozkazał starszemu chłopakowi.

Sebastian patrzył się przez chwilę na broń i w końcu podniósł ją z blatu. Ostry oparł rękę na swoim pistolecie, zerkając złowieszczo w stronę Dzikiego. Może liczył na to, że chłopak spróbuje czegoś głupiego ? Ten jednak przyglądał się przez chwilę karabinowi, po czym z rezygnacją na twarzy odłożył go na miejsce, szepcząc coś, co brzmiało jak "zapomniałem”.

-No tak, tak, zdarza się zapomnieć czegoś, czego uczą cię w wojsku od samego początku.-

zakpił Ostry.- W takim układzie ostatnie pytanie – dodał po chwili.- Czy któryś z was wie o

jakimś miejscu, gdzie znajduje się broń lub duże zapasy amunicji?

Chłopcy popatrzyli na siebie, Marek wybąkał coś o komisariacie, na co Ostry ledwo

powstrzymał się od śmiechu.

-No to chyba koniec. Przykro mi moi mili, Wspólnota nie ma żadnego powodu, by przyjąć was w swe szeregi. Musicie próbować szczęścia sami. No ale taki zacny weteran jak Dziki będzie doskonałym mentorem, by nauczyć was jak przetrwać w tym bałaganie. Powodzenia.-

Ostry wstał i miał już zamiar iść w stronę wejścia, ale Dziki zawołał za nim.

-Naprawdę tak chcesz to rozegrać, skażesz dwóch chłopaków na śmierć, bo masz do mnie żal… Ostry wrócił się i stanął naprzeciw niego. -Dziki, wiesz jaki jest twój problem ? Taki, że uważasz się za cholerny pępek świata. Masz jakieś dziwne wyobrażenie, że wszystko rozbija się o ciebie. Naprawdę wydaję ci się, że gdyby tych dwóch umiało cokolwiek przydatnego, to odmówiłbym im wstępu, bo cię nie lubię? Prawda jest taka, że oni nic nie potrafią i nic nie mają. Wspólnota gościła już dostatecznie dużo bezużytecznych ludzi…

Dziki nie mogąc dłużej utrzymać nerwów na wodzy, złapał go za bluzę i wykrzyczał.-Więc dlaczego ciągle ty tu jesteś? Ostry chyba tylko na to czekał, bo od razu złapał za pistolet, który wisiał mu przy pasie. Nim jednak zdążył wyszarpać go z kabury, Mike ścisnął go za kark, rycząc wściekłe. – NO SPRÓBUJ TYLKO !!!- Mężczyzna, przeginając się z bólu, podniósł ręce w geście poddania. W tym momencie Dziki puścił jego kurtkę.

Ostry wyswobodził się z uścisku i spojrzał z wyższością na stojących w namiocie -Cóż, póki ja oceniam ludzi, żaden balast nie przekroczy więcej progu Wspólnoty- wycedził i odwracając się na pięcie, ruszył w stronę wejścia. Mike słał przez chwilę, mordercze spojrzenie w jego plecy . Po chwili jednak zmarszczył czoło, jego oczy biegały od kącika do kącika, jakby nad czymś intensywnie myślał- A prawo zaproszenia ?! – wykrzyczał w końcu. Ostry zatrzymał się, nie odwracając nawet w ich stronę. -I jak to sobie wyobrażasz? Że będę latał po Wspólnocie, dopytując czy ktoś z prawem "zaproszenia” nie chce sobie przyjąć jednego z nich. Zapomnij. Mike rzucił kolejne wściekłe spojrzenie na Ostrego, po czym zwrócił się do chłopaczków. -Wasze pełne imiona i nazwiska. Już !- -Marek Kuszewski- -Sebastian Lankiewicz- Odpowiedzieli nowoprzybyli.

Mike podbiegł do muru i machnął do jednego ze strażników. Gdy ten nachylił się, pośpiesznie wyszeptał mu coś do ucha. Strażnik kiwnął głową i prostując się, zawołał w stronę Wspólnoty. -MAREK KUSZEWSKI I SEBASTIAN LANKIEWICZ CZEKAJĄ POD MURAMI ! JAK JEST TU KTOŚ Z ICH RODZINY ALBO PRZYJACIÓŁ NIECH WYJDZIE !- -Co ty do cholery robisz ? – krzyknął w stronę strażnika Ostry, po czym ruszył wściekle na Mike’a- I myślisz, że ktoś wyjdzie? Że coś na tym ugrasz ? Przeciągasz tylko nieuniknione.

Mike nie odpowiedział, stał sztywno, ciągle zerkając w stronę bramy. Po chwili jednak odetchnął, widząc jak zza winkla, wyłania się jakaś postać. Starszy nieogolony mężczyzna przed trzydziestką, ubrany w zwykłe codzienne ubranie zbliżył się do namiotu. -Marek ? Marek – zawołał w stronę jednego z nowoprzybyłych i podbiegł, ściskając go.- tyle czasu… Ostry zmarszczył czoło, widząc to. -Cholera by was…- syknął, patrząc jak mężczyźni zbliżają się do niego. -Chcę zaprosić Marka do Wspólnoty.- powiedział pewnie przebyły mieszkaniec. -Możesz to zrobić tylko raz, jesteś pewien, że chcesz zaprosić właśnie jego – spytał Ostry z nadzieją w głosie.

-To mój Brat, na kogo myślisz mam czekać – odpowiedział zirytowany mężczyzna. -Dobra, wypisze ci papier, niech włazi- westchnął Ostry. Czekając na formalności, Marek ze swoim bratem zbliżyli się do Dzikiego. Ten drugi od razu wyciągnął rękę. -Dziękuje ci, że go tu przywiozłeś- -Słuchaj, nie znasz może kogoś, kto mógłby wciągnąć tego drugiego chłopaka? – spytał z nadzieją Dziki, ale mężczyzna pokręcił głową.

-Mogę zaprosić tylko jedną osobę, takie są zasady. Wybacz.- stwierdził mężczyzna, opuszczając głowę. -Rozumiem…- odpowiedział – dobrze, że chociaż jednemu się udało. Ostry skończył wypisywać papier i podał go Markowi. -Twoja przepustka. Dopóki strażnicy nie zapamiętają twojej gęby, noś ją cały czas przy sobie, bo wylądujesz za murami- stwierdził i z wściekłą miną ruszył w stronę wejścia. Mike wypuścił powietrze, Dziki był pewien, że wstrzymywał je od momentu, gdy rozmawiał ze strażnikiem na murze.

-Dzięki Mike. – powiedział, klepiąc przyjaciela po plecach. -Cholera Dziki znowu się podkładam. To prawo obowiązuje, ale korzystanie z niego jest… niemile widziane. Wiesz, że mam nieoficjalne polecenie nie dopuszczać do takich sytuacji ? -Sorry Mike to się więcej nie powtórzy - westchnął Dziki. -Już nieważne, Ostry zasłużył, żeby przytrzeć mu nosa. A co zrobisz z nim ?-spytał, wskazując na drugiego z nowoprzybyłych. -Siedem dni z nami, a potem musi sobie poradzić.- westchnął Dziki, zerkając w stronę Sebastiana, który stał jak w transie.-Muszę kupić trochę zapasów, kto da dobrą cenę na paliwo ? – Spytał.

-A dużo chcesz sprzedać ?- - Setkę za żarcie - -To idź do Siwego, ma najtańsze jedzenie i chyba ze 3 agregaty więc paliwa na pewno potrzebuje…


338 wyświetlenia10 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie