Historia Pierwszego XVI

Sytuacja w jakiej znalazła się Pierwsza Grupa była lekko mówiąc nie do pozazdroszczenia. Hubert, któremu próbowali pomóc zginął. Jego towarzysze zniknęli, do tego ścigani przez niewykształconego. A oni sami nie dość, że ledwo uszli z życiem, to jeszcze w większości odnieśli rany w trakcie niespodziewanego ataku szabrowników z miasta.

Trzeci, który już na samym początku został obezwładniony, odzyskał w końcu przytomność, ale bez wątpienia cierpiał na wstrząśnienie mózgu. Przez jak twierdził ciągłe zawroty głowy i problemy z utrzymaniem równowagi, pozostawał przykuty do łóżka.

Czwarty oberwał w ramię w czasie ucieczki z placu. Chociaż mimo rany udało mu się doprowadzić pojazd do kryjówki, miał duże trudności z posługiwaniem się prawą ręką. Sam twierdził co prawda, że to tylko draśnięcie, ale najprawdopodobniej mówił tak by nie martwić Dix.

Drugi i Ósmy mimo, że nie odnieśli ran w trakcie samego wypadu ratunkowego też nie byli w pełni sił. Grzesiek oddał swoją krew, zarówno Pierwszemu jak i Szóstemu przez co był naprawdę osłabiony.

Z kolei Dec po bójce sprzed dwóch dni miał tak zmasakrowaną twarz, że ledwo widział spod zapuchniętych powiek.

Najgorzej ze wszystkich miał się Szósty. Źle założona i zbyt duża kamizelka nie uchroniła go przed postrzałem w pierś. Chłopak miał problemy z oddychaniem, ciągle tracił przytomność albo wił się z bólu. Jego gwałtowne rzuty na łóżku, gdy odzyskiwał świadomość, groziły ponownym otwarciem rany, więc Dix zmuszona była ciągle szprycować go środkami przeciwbólowymi.

Wbrew pozorom nie to było jednak najgorsze. W trakcie ucieczki ujawnili swoją kryjówkę bandytom z miasta i tu zaczęły się prawdziwe problemy. Ledwo Dix z pomocą Siódmej zdążyła opatrzyć potrzebujących, a już zostali zaatakowani. Niestety w pełni zdolni do obrony byli tylko Dziewiąty, Daniel i sama Dix. Siódma, która tragicznie radziła sobie z bronią, nie była nawet wzięta pod uwagę jako potencjalna pomoc.

W tej sytuacji Pierwszy chciał jak najszybciej przyłączyć się do ochrony domu. Chociaż rana na plecach ciągle mu doskwierała, zdawał sobie sprawę, że z całej grupy to właśnie on strzelał najlepiej i przy okazji miał tą nieprzyjemność zyskania największego doświadczenia w walce z „normalnymi” ludźmi.

Walka z ludźmi zaś była czymś zupełnie innym niż starcia z niewykształconymi. Potworów można się było nauczyć, wyłapać schematy zachowań. A jeśli potrafiło się myśleć trzeźwo dość łatwo dały się zwodzić. Ludzie byli znacznie bardziej nieprzewidywalni.

Dlatego, chociaż Grzesiek i Dix zmusili go z początku, by został w łóżku dość słusznie obawiając się, że jego rana może się otworzyć, to szybko sytuacja zmusiła ich nie tylko do skorzystania z pomocy Pierwszego, ale również „jednorękiego” obecnie Czwartego.

A sytuacja pogarszała się z godziny na godzinę.

Początkowo dom zaatakowała ledwie garstka osób. Najpewniej ta sama banda, która ścigała ich i ostrzeliwała jeszcze w trakcie ucieczki z placu. Chociaż napastnicy byli uzbrojeni w broń myśliwską to nie posługiwali się nią zbyt dobrze. Ściana bazy pokrywała się dziurami, ale nikt z kryjących się w jej wnętrzu nie został nawet ranny. Daniel i Dziewiąty odpowiedzieli ogniem przez okna na parterze, a Dix wspomagała ich prowadząc ostrzał z piętra. Gdy po stronie napastników padły pierwsze trupy, dość szybko zrezygnowali i wycofali się w głąb osiedla.

Członkowie Pierwszej Grupy odetchnęli przez chwilę z ulgą, ale szybko okazało się, że napastnicy nie mają zamiaru rezygnować. Informacja gdzie znajduje się ich baza musiała zostać przekazana do innych miejskich bandytów, bo dość szybko nastąpiły kolejne nieskoordynowane ataki. Przed nimi obronili się jednak bez większych problemów, a spowodowane to było podejściem samych napastników. Zazwyczaj gdy jedna, dwie osoby padły po ich stronie, reszta salwowała się ucieczką.

Tuż przed wieczorem ataki ustały, ale do bazy Pierwszej grupy zaczęły docierać dość głośne rozmowy, które na pewno nie pochodziły z ust niewykształconych. Drugi obawiał się, że najsilniejsze uderzenie nastąpi pod osłoną nocy i niestety nie mylił się. Około pierwszej, gdy Krańcowo było już spowite ciemnością, zaczęła się istna pożoga pożoga. Ulica przed domem rozjaśniała blaskiem dziesiątek latarek, lampek i bateryjek. Bandyci zaatakowali ogromnymi chociaż słabo uzbrojonymi siłami. W stronę budynku poleciały kamienie i cegły roztrzaskując okna i tylko cudem nie raniąc dotkliwie obrońców. Co jakiś czas padały też pojedyncze strzały od strony podwórza, ale w panującym tam chaosie były one wyjątkowo niecelne i prawdopodobnie żadna kula nie trafiła nawet do wnętrza domu.

Grzesiek nie mógł w tej sytuacji ignorować chęci Pierwszego i wciągnął go do obrony. Jeszcze przed atakiem Dix wzmocniła jednak jego opatrunek, oklejając całą okolicę rany szarą taśmą. Było to może dość toporne rozwiązanie, ale miało zmniejszyć ryzyko otwarcia się jej w czasie strzelania.

A pomoc Pierwszego szybko okazała się niezbędna. Cały parter budynku błyskawicznie zmienił się w gruzowisko. Rozochoceni początkowym nikłym oporem bandyci ruszyli więc szturmem w stronę drzwi chcąc je wyważyć. Wtedy Pierwszy zaczął swój pogrom. Nie musiał się nawet przy tym specjalnie starać, bo pozbawieni jakiegokolwiek doświadczenia w walce ludzie, sami wbiegali mu praktycznie pod lufę. Niemal każde naciśnięcie spustu równało się latarce upadającej na ziemię obok martwego właściciela. To wywoływało zaś przerażenie w szeregach wroga.

Bandyci, którzy widzieli obok siebie upadającego kompana, zaczynali nagle uciekać w stronę płotu wpadając na tych, którzy wciąż próbowali atakować. Bardzo szybko na podwórzu zapanował chaos, ale bitwa nie była jeszcze skończona.

Grupa znacznie cwańszych bandytów zakradła się bez światła na tyły domu i spróbowała wykurzyć ich ze środka podpalając go. Tylko szybka reakcja Siódmej, która kryła się po tamtej stronie ocaliła ich wtedy przed spaleniem. Gdy reszta zajęta była odpieraniem ataku z frontu, dziewczyna wykorzystując samochodową gaśnicę i mokry koc zdławiła płomienie nim rozeszły się na resztę budynku.

Chociaż walka zdała się trwać godzinami, skończyła się w zaledwie piętnaście minut.

Na podwórzu wciąż świeciły porzucone latarki, a w ciemności unosiły się zawodzenia rannych porzuconych przez ich kompanów.

Daniel postanowił wykorzystać te chwilę przerwy, by uciąć sobie pogawędkę ze swoim „zakładnikiem”, którego zamknął w piwnicy.

Chociaż większość grupy nie pałała zachwytem, gdy zorientowała się, że kuzyn Pierwszego ściągnął do ich domu jeńca, to dzięki niemu dowiedzieli się przynajmniej kilku ciekawych rzeczy.

Wyglądało na to, że pseudokibice obu krańcowskich klubów sportowych połączyli siły i znaleźli sobie własny sposób na przetrwanie w mieście. Zamiast narażać się na walkę z niewykształconymi, napadali oni na mniejsze grupy odbierając im zapasy. Niestety, finalnie albo wymordowali już większość szabrowników albo ci zaczęli się lepiej ukrywać, bo banda wzięła na cel Pierwszą Grupę. O jej istnieniu wiedzieli już zresztą od dawna, ale z początku nie zadzierali z nią, bo zdawali sobie sprawę, że jest najlepiej uzbrojoną w mieście. Krążyła nawet pogłoska, że jej członkowie są wojskowymi, którzy prowadzą nadzór nad tym co dzieje się w Krańcowie. Niestety, kibole zamiast walczyć z niewykształconymi w poszukiwaniu zapasów, wciąż woleli napadać ludzi. Nawet na teoretycznie dobrze uzbrojonych ludzi. Stąd zasadzka na placu i atak na ich kryjówkę.

Bandyci mylili się jednak w dwóch sprawach. Pierwsza Grupa już od dawna nie skrywała żadnych znaczących zapasów. Nie licząc „awaryjnego” pakietu, który Daniel podzielił między nich dzień wcześniej, cierpieli na niedostatki wszystkiego oprócz kawy i wody. Jedzenie, które Pierwszy dostarczył z kryjówek, gromada dziesięciu osób pochłonęła błyskawicznie. Rajdów na sklepy w czasie Wielkiego Wyrzutu nie zrobili zbyt wiele, bo ważniejsze było zdobywanie leków na nowe dawki Remedium. Z amunicją sytuacja też nie wyglądała lepiej. Chociaż Pierwszy był bardzo skrupulatny w jej odnajdywaniu i gromadzeniu to ostatnia noc ciągłej walki miała właśnie zweryfikować jak niewiele jej naprawdę było…

Gdy szarówka zaczęła w końcu przebijać się przez okna, broniący zebrali całą pozostałą amunicję.

- Dwadzieścia osiem… - jęknął Pierwszy wciskając ostatni nabój do magazynka, który napełniał. – Nikt już nic więcej nie ma? - spytał odkładając go na blat stołu.

Stojący w gruzach salonu Drugi, Dziewiąty i Ósmy pokręcili głowami. Daniel, który wyglądał co chwila przez okno odparł nagle. – Ja mam jeszcze trzy, ale to nie jest ten sam kaliber…

Pierwszy oparł się potylicą o oparcie pokrytego pyłem fotela i zamknął zmęczone oczy. – Czyli trzydzieści jeden… - westchnął.

Już po chwili usłyszał jak Dix mówi do Kamila. – Chodź na górę. Zmienię ci opatrunek. – a jej głos wydawał się naprawdę zrezygnowany.

- Pójdę z wami… - wyszeptała Siódma, której ton też był bliski załamania.

Grzesiek zrzucił kilka kamieni z wolnego siedziska zajmując miejsce naprzeciwko Pierwszego. – A zdawałoby się, że tej broni jest tak dużo… - stwierdził tęsknie przyglądając się pustym magazynkom na stole.

- Jak na Polskę i jej restrykcyjne prawa i tak było jej więcej niż można się spodziewać. – ziewnął Pierwszy prostując się.

- Piekło… - zawołał nagle Dziewiąty stając w oknie obok Daniela. – Wyglądaliście tam teraz?

Pierwszy nie musiał nawet wstawać by domyślić się o co chodzi mężczyźnie. Całe podwórko musiało być wypełnione ciałami i zalane krwią. Drugi chyba trochę mniej świadomy podniósł się jednak i stając obok mężczyzn ledwo powstrzymał się przed puszczeniem pawia. – Boże… - syknął z ustami pełnymi śliny. – My… My ich wszystkich…

Daniel na którym widok ten zdawał się nie robić wrażenia, zaśmiał się. – W tym wypadku nie nadużywałbym słowa „my”. Wiadomo przecież kto jest tutaj najlepszym strzelcem, ale tę parkę przy drzwiach musicie bracie wliczyć na moje konto…

- To nie są zawody Daniel… - prychnął zirytowany Pierwszy rozkładając się ponownie na fotelu.

Przez chwilę ponownie zapanowała cisza. Daniel wciąż przechodził od okna do okna wypatrując ewentualnego zagrożenia, Drugi wrócił na fotel, a Dziewiąty usiadł na schodach pogrążony w zadumie. Sądzą po minie jaką zrobił, przez głowę przechodziły mu naprawdę ciężkie myśli. - Nie możemy tak siedzieć! Musimy postanowić co dalej! – zawołał w końcu podrywając się z miejsca. Stając nad Drugim niczym kat wyszeptał jakby bał się własnych słów. – Po tym pogromie, który tam zrobiliśmy, nie mamy co liczyć na jakąś łaskę… Przecież jak skończy nam się amunicja oni nas zajebią. – stwierdził ściskając nerwowo oparcie fotela.

Drugi popatrzył w sufit ledwo powstrzymując się by nie odpłynąć. – Raczej wątpię żebyśmy mogli na takową liczyć nawet jakbyśmy się nie bronili. - ziewnął zamykając na chwilę oczy. – Stracili już tylu ludzi, może zrezygnowali… - dodał z nadzieją.

- Obawiam się, że prędzej nam skończy się amunicja niż oni zrezygnują.- rzucił Daniel nie przerywając obserwowania okolicy. – Z tego co mówił nasz „związany przyjaciel”, głodują już od kilku dni, a są przekonani, że my tu tarzamy się w czekoladzie…

- No właśnie! – zawołał ponownie Dziewiąty ściskając siedzisko jeszcze mocniej. – Póki jeszcze mamy z czego strzelać, musimy uciekać! Od strony drogi na pewno nas pilnują, ale możemy spróbować przekraść się przez te działki z tyłu. Raczej nie mają tam zbyt dużo ludzi, więc możemy wywalczyć sobie przejście…

Drugi obrócił się spoglądając na kompana wzrokiem pełnym rezygnacji. – Dix powiedziała, że nie można ruszyć Szóstego… Potrzebowalibyśmy samochodu, a nasz został na placu…

- A ta machina, którą przyjechaliśmy? – dopytał Dziewiąty, który ewidentnie był coraz bardziej zdesperowany. - Może gdybyśmy zrzucili tę rurę i pojechali na pusto...

- I tak będzie za wolna… - wtrącił Daniel. – Jest wielka, jebitnie żółta i widać ją z daleka. Nie daliśmy rady ich zgubić wcześniej i nie damy rady teraz…

Dziewiąty, któremu skończyły się argumenty, usiadł z powrotem na schodach marszcząc czoło. Pierwszy miał wrażenie, że dopiero teraz przez jego głowę przebiegają naprawdę złe myśli. Po dłuższej chwili Dziewiąty wyszeptał słowa od których skóra cierpła na rękach. – Musimy go zostawić...

Słysząc to Drugi, aż wyprostował się na fotelu. – Co powiedziałeś? - spytał jakby się przesłyszał.

- Że musimy go zostawić! – powtórzył Dziewiąty już znacznie pewniejszym głosem i pełen nerwów znowu zaczął krążyć po ruinach salonu, przepychając leżące na podłodze kamienie.

Grzesiek pokręcił z niedowierzaniem głową. – Ty chyba oszalałeś! Mamy porzucić jednego z… - mężczyzna zaciął się nagle, a Pierwszy natychmiast zrozumiał dlaczego.

Jeszcze dzień wcześniej rozmawiali o tym, że w krytycznej sytuacji bez skrupułów zostawiają za sobą Ósmego, a teraz Grzesiek musiał zmierzyć się z tak oczywistą perspektywą porzucenia innego kompana. Cała ta sytuacja nie była nawet jak prztyczek w nos, ale jak cała piącha wymierzona mu w twarz przez złośliwy los.

Życie ludzkie nie jest wartością uniwersalną. – pomyślał Pierwszy. W środku był niemal pewien, że Grzesiek odsprzedałby w tym momencie duszę byleby tylko zamienić miejscami Ósmego i Szóstego.

Dziewiąty, który rzucił na głos tą przerażającą propozycję, nie miał już jednak zamiaru się wycofać. Stając nad Drugim machnął w jego stronę ręką jakby tłumaczył coś nierozgarniętemu dziecku. – Grzesiek, to chyba oczywiste. Tylko on powstrzymuje nas przed tym by się stąd wykraść. Nawet jeżeli jesteśmy otoczeni, mamy jeszcze dość amunicji by się przebić. Jeżeli tu zostaniemy, zginiemy wszyscy…

Drugi słysząc to zamilkł, a jego oczy zrobiły się puste. Ciężko było spierać się z tym co powiedział Dziewiąty. W końcu Grzesiek nabrał powietrza i wyrzucił z siebie głosem pełnym żalu. – Boże... my chyba... my chyba naprawdę musimy o tym porozmawiać.

***

Cała grupa oprócz nieprzytomnego Szóstego zebrała się na parterze.

Wyglądało na to, że Trzeci zaczął dochodzić do siebie, bo Pierwszy zauważył, że zszedł po schodach wyjątkowo sprawnie. Przez myśl przeszło mu nawet, że Kuba mógł nieco naciągnąć to w jakim stanie się znajdował, żeby nie musieć ryzykować udziału przy obronie domu.

Ponieważ atak wciąż mógł nastąpić w każdej chwili, zaczął obserwować podwórze razem z Danielem. Podczas gdy reszta zajmowała miejsca, wyraźnie poruszona tym nagłym zebraniem, wyjrzał w końcu przez okno by w pełnym świetle zobaczyć pobojowisko. W tym momencie przyszło mu na myśl, że słowo „piekło” było jak najbardziej adekwatne. Na wyschniętej trawie i podjeździe leżały porozrzucane bez ładu ciała. Krew, która się z nich sączyła utworzyła na podjeździe mały strumyczek, który ciągnął się, aż do bramy pod którą utworzyła się stężała już kałuża.

Jeszcze pół roku temu ten widok pewnie wstrząsnąłby nawet niespecjalnie wrażliwym Pierwszym, ale zdążył on już naoglądać się zbyt dużo okropieństw Nowego Świata, by przywiązywać do tego wagę. Zamiast tego nadstawił uszu mając już od dłuższego czasu wrażenie, że echo niesie ulicami przyciszone szepty. Na szczęście bandyci musieli odpoczywać czekając na nastanie nocy, bo odgłosy nie „zbliżały” się.

W międzyczasie Grzesiek stanął między zebranymi na parterze i powtórzył to co zaproponował Dziewiąty. Chociaż z początku większość była w szoku to już po chwili zaczęło do nich docierać jak „poważnie” muszą do tego podjeść.

Po długim milczeniu, w trakcie którego atmosfera zgęstniała tak jakby salon ponownie zapłonął, Dix parsknęła kręcąc głową. – Nie mogę uwierzyć, że rozważamy coś takiego… - cała sytuacja naprawdę mocno nią wstrząsnęła, bo chociaż minę miała zaciętą jak zawsze to jej oczy zdradzały, że powstrzymuje się od płaczu.

- Może nie ma potrzeby w ogóle tego rozważać? – spytał retorycznie Czwarty chcąc chyba rzucić jakąś kontrpropozycję.– Może oni już dali sobie spokój? Zauważyli jak dobrze jesteśmy uzbrojeni. Stwierdzili, że nie mają szans i uciekli…

- Tylko, że nie jesteśmy… - wtrącił pogardliwie Dziewiąty na co Kamil odparł natychmiast. - Ale oni o tym nie wiedzą!

Przez chwilę znowu zapanowała cisza, którą przerwał Daniel. – Wrócą…

- Skąd niby to wiesz?! – przerwał Czwarty jakby za wszelką cenę chciał udowodnić wszystkim, że to musi być już koniec.

Daniel uśmiechnął się ironicznie i robiąc dramatyczną pauzę przeciągnął się. – Długo to rozważałem. Mogli odpuścić, to fakt! Oberwali mocno, ale są świadomi tego, że my też oberwaliśmy. Mają trochę broni. Mniej niż my. Za to jest ich zdecydowanie więcej. I jak widać są mocno zdeterminowani, bo nie odpuścili po pierwszych trupach, które padły. Dobrze wiemy, że już głodują, a co jeszcze, trudno powiedzieć. Moglibyśmy popytać naszego związanego kolegi z piwnicy, ale mam poszlakę znacznie pewniejszą niż jego słowa. Chodźcie tu! – zawołał nagle zapraszając wszystkich gestem. – Podejdźcie do okna… - grupa zebrała się i powoli zbliżyła do Daniela. Mężczyzna odsunął się robiąc im trochę miejsca. – Stańcie przy samym oknie i bądźcie przez chwilę cicho. – Grupa wstrzymała oddechy nadstawiając uszu, a Pierwszy, który już jakiś czas temu wyłapał to samo co jego kuzyn, przeczuwał jaka za chwilę będzie reakcja.

- Rozmowy… - wyszeptał nagle Drugi. – Czyli nie odeszli daleko…

- Nie. – odparł Daniel. – Skrywają się zapewne w pobliskich budynkach. Raczej nie zaatakują już wszystkimi siłami, bo to im nie wyszło. Myślę raczej, że będą próbowali nas wymęczyć. Wiedzą, że jest nas garstka, więc będą podchodzić pod dom na zmianę czekając aż osłabniemy… W każdym razie ja bym tak zrobił

Nadzieja, którą przez chwilę próbował wzbudzić w nich Czwarty, została właśnie brutalnie zgaszona. Wszyscy rozeszli się po pokoju pogrążeni w przerażającej zadumie.

- Czyli mamy tylko kilka godzin na podjęcie decyzji… - stwierdził Dziewiąty. – Ryzykujemy kolejną noc z resztką amunicji, która została i prawdopodobnie giniemy albo próbujemy się wydostać…

- I dokąd pójdziemy? – spytała Dix.

O, ironio! Na to jedno pytanie Pierwszy znał odpowiedź już od dawna. – Została mi po tej stronie jeszcze jedna kryjówka. – wtrącił. - Tylko, że znajduje się ona w garażu „Służby Drogowej”. Warunki są tam dużo gorsze. Jest tam trochę jedzenia, pistolet, z tego co pamiętam dwa magazynki…. Parę furgonów, w których można się przespać…

- To by nam na razie starczyło. – wtrącił Trzeci, który rozłożony w fotelu masował swoją zabandażowaną głowę. – Odczekalibyśmy trochę aż dojdziemy do siebie, a potem poszukalibyśmy czegoś lepszego na dłużej.

- Jeszcze nie zdecydowaliśmy co robimy! – przerwał mu wyraźnie rozwścieczony Grzesiek.

- Nie powiedziałem, że jestem za zostawieniem Szóstego. – odparł mu Pierwszy czując, że został źle zrozumiany. – Powiedziałem jedynie, że mam w pobliżu kryjówkę…

Drugi popatrzył w tym momencie z nadzieją w stronę Piątej. – Dix, nie możesz go jakoś wzmocnić na podróż? Zakleić mocniej ranę tak jak Pierwszemu? Tak żebyśmy mogli go przenieść…

Dziewczyna zamyśliła się przygryzając nerwowo wagę – To są dwa zupełnie różne rodzaje ran. – stwierdziła w końcu. -Ta Pierwszego była powierzchowna. Gdyby zabandażować ją od razu i gdyby nie próbował z nią walczyć, pewnie nawet nie straciłby tyle krwi i przytomności. Szósty ma obrażenia wewnętrzne. To cud, że kula minęła płuco, ale jak będzie nim rzucało albo gdyby upadł… - Dix schowała przez chwilę twarz w dłoniach aż w końcu popatrzyła na Grześka. – Ok, załóżmy, że zbudowalibyśmy sztywne nosze i przenosili go delikatnie… Wtedy tak…

- To mrzonka… - westchnął Daniel. – Przykro mi, że po raz kolejny będę tutaj siewcą defetyzmu, ale to w życiu się nie uda. Mówimy o przekradaniu się i ucieczce, a może nawet wywalczeniu sobie drogi z rannym na plecach…

- No szach! – wtrącił Czwarty, a Daniel westchnął to. – To była przenośnia…

Dziewiąty poderwał się natychmiast stając obok kuzyna Pierwszego, jakby chciał tym podkreślić, że w pełni zgadza się z jego obawami. – Daniel uderzył w punkt! Nawet gdybyśmy się przebili, nie damy rady uciec gdyby zaczęli nas gonić. Na głównej drodze wystrzelają nas jak kaczki, a przekradanie się ogrodzonymi posesjami z rannym na noszach zajmie za dużo czasu…

- Uważacie więc, że nie warto zaryzykować? – spytał roztrzęsiony Grzesiek. – Podkreślę to, bo może nie do wszystkich dotarło. Zostawiamy Łukasza na pewną śmierć…?

Przez chwilę wszyscy znowu opuścili głowy, aż w końcu Siódma zawołała ze łzami w oczach. - Rozumiemy to! Tylko, że… Że ja też nie chcę tu umrzeć…- wyłkała opuszczając głowę.

- Nikt z nas nie chce. – wtrącił Ósmy, który od czasu starcia z Pierwszym w kuchni prawie się nie odzywał.

Trzeci podniósł się niespodziewanie z fotela i rozejrzał po zgromadzonych. – Słuchajcie, wypowiadanie się w takiej kwestii jest niezwykle trudne. Wszyscy w jakiś sposób związaliśmy się z Łukaszem i nikt nie chcę brać na siebie czegoś takiego. Presja jest zbyt duża, a tę decyzję czy tego chcemy czy nie, trzeba podjąć. Dlatego mam propozycję. – wszyscy spojrzeli zdziwieni jak Kuba drżącą ręką sięga do kieszeni i wyciąga paczkę zapałek. Krążąc pomiędzy wszystkimi rozdał po jednej każdemu ze zgromadzonych. – Anonimowe głosowanie… - stwierdził stając pewnie obok jedynego wazonu, który jakimś cudem ocalał w salonie. – Cała zapałka, zostawiamy Szóstego… Zapałka złamana, próbujemy uciec razem z nim, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że z garstką naboi zostać tu nie możemy…

Słysząc to zebrani potwierdzili niemrawo skinieniami głowy, a Kuba wrzucił swoją zapałkę do głębokiego wazonu. Po nim ruszył Dziewiąty i drżącą ręką oddał głos. Zaraz za nim ruszył Daniel, potem Dix, Kamil, Siódma oraz Drugi. Pierwszy czekał ze swoją zapałką wrzucając ją w końcu jako ostatni.

Gdy wszyscy oddali już głos, Kuba przechylił wazon i wysypał zapałki na stół. – Cała, cała, cała, cała… - zaczął odliczać przesuwając kawałki drewna po blacie. – Cała, cała, cała i jedna złamana… - podkreślił podnosząc połówkę bez łebka.

W tym momencie zebrani wstrzymali oddech. W anonimowym głosowaniu tylko jedna osoba opowiedziała się za tym by spróbować pomóc Szóstemu. Wszyscy spojrzeli na Siódmą, którą uważali za jego przyjaciółkę, ale dziewczyna zaczerwieniła się i łzy nabiegły jej do oczu. Niemal od razu pokręciła głową dając znak, że to nie ona oddała ten znamienny głos. Zaraz potem wszyscy spojrzeli na Drugiego, który mimo oddanej krwi zrobił się teraz czerwony jak semafor. Ostatnie spojrzenie padło na Dix, która jednak uciekła wzrokiem w podłogę.

- Wygląda na to, że się wygłupiłem…- westchnął Pierwszy i otwierając zaciśniętą pięść rzucił drugą połówkę zapałki na stół.

Wszyscy popatrzyli na niego zdziwieni, ale nim ktokolwiek zdążył ponownie podjąć temat, Trzeci przemówił. – Głosowanie było niemal jednomyślne… Zbierzcie swoje rzeczy. Musimy przygotować się do ucieczki.

Nieco wytrącony z równowagi Pierwszy, ruszył schodami na górę czując na swoich plecach wzrok kompanów. Ironia tej sytuacji polegała na tym, że chyba nikt nie spodziewał się iż to właśnie on odda głos za ratowaniem chłopaka. Natomiast sam Pierwszy nigdy nie spodziewałby się, że będzie jedyny. Wchodząc na piętro stanął naprzeciw drzwi pokoju, gdzie ledwo dyszący chłopak leżał w łóżku zupełnie nieświadomy swojego losu. - Nie mogę uwierzyć, że ja jeden… - pomyślał uderzając pięścią we framugę drzwi.

Po chwili dołączyli do niego Drugi, którego mina zdradzała jak bardzo jest zawstydzony. – Zawiodłem cię prawda? – spytał nie patrząc nawet w twarz Pierwszego. – Pewnie myślałeś, że…

- Wynik takiego głosowania nie mógł być inny... – przerwał mu Pierwszy. - Ale na pewno nie myślałem, że będę jedyny…

Drugi usiadł na podłodze opierając plecami o ścianę. - Próbuję Pierwszy... - jęknął głosem pełnym żalu. - Tak bardzo próbuję postępować tak jak powinno się postępować... Ale nie mogę narazić wszystkich dla jednej osoby...

- Już kiedyś to zrobiłeś... - wypomniał mu Pierwszy. - Przecież powstrzymywałeś grupę przed ucieczką z Krańcowa ze względu na mnie...

- Czyli jednak masz mnie za hipokrytę...- westchnął Grzesiek opierając czoło o swoje kolana.

- Nie. - odpowiedział Pierwszy. - To nie jest dla mnie nic dziwnego, że życie pewnych ludzi cenimy bardziej niż innych. Przecież sam wiesz, że gdybyśmy mieli zostawić Ósmego nie czułbyś tej zgryzoty... Jestem na ciebie zły z innego powodu.

Grzesiek podniósł głowę spoglądając na Pierwszego. – Z jakiego?

- Bo naraziłeś ludzi dla zniszczonego człowieka. Pustej skorupy, która żyje bo żyje nie wnosząc do świata nic dobrego, a nie chciałeś zrobić tego samego dla młodego chłopaka, który wciąż mógł mieć przed sobą życie. – odparł z wyrzutem.

Grzesiek ponownie opuścił głowę. – Skoro wiedziałeś jaki będzie wynik tego wszystkiego, czemu zagłosowałeś żeby go zabrać?

- Bo mi go szkoda... - odparł Pierwszy. – I miałem cichą nadzieję, że nie tylko mi…

***

Grupa zaczęła przygotowywać się do ucieczki. Wszyscy zebrali swoje awaryjne plecaki z zapasami, poprawiali stroje, wiązali sztywno buty. Tylko Pierwszy się ociągał. Stojąc w drzwiach pokoju obserwował nieprzytomnego Szóstego, który nie był nawet świadomy, że za chwilę zostanie sam. - Tak wiele rzeczy w naszym życiu dzieje się bez naszego wpływu... - wyszeptał nie mogąc zmusić się do pójścia na dół.

Do głowy przyszło mu w tym momencie jedno wspomnienie. Ostatnia sesja jaką odbył z Agnieszką. Sesja, która miała zmienić dla niego wszystko. Pamiętał jak powitała go tamtego dnia tym samym ciepłym uśmiechem co zawsze, ale w czasie rozmowy wydawała się nieobecna. Znał ją na tyle dobrze, by domyślić, że to spotkanie nie skończy się „normalnie”. W końcu, gdy jak zawsze skończył opowiadać o swoim tygodniu, samopoczuciu i przemyśleniach, kobieta zamiast podsumować to co usłyszała, dała mu zadanie. – Pomagaj! Nie dlatego by zyskać sympatię, wdzięczność, czy licząc na to, że ktoś odwzajemni przysługę. Rób to „Bo tak postępują ludzie”. Altruizm to cecha, którą spotyka się wyłącznie u naszego gatunku. Pomaganie innym bez korzyści dla siebie definiuje w nas to co ludzkie. Gdy zaczniesz pomagać innym nie patrząc na to co możesz dostać w zamian, zaczniesz w końcu zauważać w sobie tą szlachetną cząstkę, która jest warta życia…

Słowa Agnieszki świdrowały mu umysł nie dając spokoju. – Jeżeli istnieje coś takiego jak przeznaczenie to może właśnie to nie był przypadek… - wyszeptał Pierwszy schodząc w końcu na dół. Może przetrwał w tym świecie tak długo, by spełnić to jedno ważne zadanie. Stając na półpiętrze, z zaciśniętymi pięściami popatrzył na swoich gotowych do drogi kompanów i nieco zachrypniętym głosem zawołał. – Zabierzcie go ze sobą…

W tym momencie wszyscy spojrzeli na niego z tą samą mieszanką strachu i wstydu w oczach. Tylko Trzeci wydawał się zdecydowany. – Pierwszy, podjęliśmy już decyzję… Nie rozgrzebujmy tej rany od nowa. To jest coś co musimy zrobić żeby przetrwać…

Pierwszy miał już jednak gotowy kontrargument. – Jeżeli ktoś musi zostać to zostanę ja. Odwrócę ich uwagę. Kupię wam tyle czasu ile potrzebujecie… Ale nie zostawiajcie go…

Wszyscy spojrzeli na Pierwszego zszokowani. – Bracie, bredzicie! – zawołał Daniel spoglądając zszokowany na kuzyna.

- Mówię jak najbardziej poważnie… - odparł zaciskając pięści. – Oni nie spodziewają się, że to my możemy zaatakować. Gdy tylko zrobi się ciemno zaskoczę ich. Zwiąże walką, a wy w tym czasie uciekniecie z Szóstym…

Grupa popatrzyła na siebie zszokowana. – To idiotyczne! – zawołał Drugi. – Mamy poświęcić ciebie żeby spróbować ratować chłopaka, który i tak może umrzeć po drodze?

- Tak! – odpowiedział. – Bo bez względu na wszystko i tak tu zostanę. Możecie poświęcić nas obu albo wykorzystać mój obłęd i ocalić chociaż jedno życie…

W tym momencie Siódma po raz kolejny zalała się łzami. – Nie możesz… - zawołała załamana. – Jesteś nam potrzebny…

- Nie jestem. – odparł Pierwszy. – Nie mam już żadnej kryjówki, ani zapasów, którymi mógłbym się z wami podzielić. Jeżeli chodzi o walkę, Daniel lepiej zachowuje zimną krew i strzela niewiele gorzej ode mnie.

- Pierwszy… - jęknął Grzesiek. – Czemu?

Pierwszy biorąc głęboki oddech postanowił podzielić się swoją najbardziej wstydliwą tajemnicą. – Bo nienawidzę życia. Nie prosiłem się na ten cholerny świat, w którym każdy dzień był dla mnie pieprzoną katorgą trwania między bez sensem strachem i bólem. Niektórzy już o tym wiedzą, a reszcie z was przyznam się do czegoś. Próbowałem się zabić. Nie raz… dwa razy…. Nie powinno mnie tu być już od dawna, ale pojebany los zamiast mnie postanowił zabrać tego chłopaka., który chciał i chce żyć! Który nie miał nawet szansy obronić się przed tym co go spotkało… Dlatego na przekór wszystkiemu uporządkuję to tak jak powinno być. Ci, którzy powinni umrzeć niech w końcu umrą, a ci którzy powinni żyć niech żyją!

Takiej przemowy nie spodziewał się nikt. Siódma rozkleiła się już zupełnie, a reszta po prostu stała zszokowana.

- Nie mogę uwierzyć… - wyszeptał Grzesiek. – Po takim czasie… Wciąż nie widzisz powodów by żyć?

Pierwszy westchnął. – Ten świat dał mi już moje pięć minut. Moje życie niech chociaż raz ma znaczenie.

***

Przemowa Pierwszego odniosła skutek. Nikt więcej nie próbował dyskutować. Dziewiąty, Daniel i Trzeci zabrali się za budowanie noszy, na których mieli zabrać rannego towarzysza. Pierwszy natomiast przygotowywał się do swojej dywersji. Na początek pozbierał wszystkie szklane butelki z domu i spuszczając paliwo z generatora, przygotował sobie kilka wybuchowych niespodzianek. Potem dogadał się z Kubą, by ten odstąpił mu dwie fiolki Remedium. Zawierały one bardzo silne środki przeciwbólowe, które miały pomóc mu walczyć mimo rany na plecach. Amunicje podzielili praktycznie po równo, więc miał do dyspozycji dwa magazynki po siedem kul. Jego kamizelka została zniszczona na placu, ale skorzystał z tej którą nie pomogła Szóstemu i gdy w końcu ją do siebie dopasował, z nieodłączną z maską na twarzy zszedł w końcu na dół.

Tuż przed zmrokiem wszyscy zebrali się jeszcze raz w salonie, by omówić szczegóły planu.

- Znajdę ich największe skupisko i obrzucę butelkami z benzyną. – wyjaśnił Pierwszy zaciskając nerwowo pięści. – Potem spróbuję dostać się do machiny, którą przyjechaliśmy. Odpalę ją, staranuję ogrodzenie bazy i zatrzymam się na chwilę, jakbym was zabierał. Potem odjadę ciągnąc ich za sobą. Wy w tym czasie czekajcie na tyłach podwórza. Gdy ruszą za mną przejdźcie na sąsiednią działkę. Będę robił dużo hałasu, ale starajcie się nie strzelać żeby nie zwrócić ich uwagi… Jasne?

Większość grupy skinęła niepewnie głowami, ale Drugi nie był chyba gotów by przyjąć to do wiadomości. – Pierwszy, nie musisz tego...

- Skończyliśmy już rozważania. – przerwał mężczyzna. – Plan ułożony. Nadszedł czas się pożegnać. Zaraz ktoś to zacznie. Ja albo oni…

Grzesiek podszedł do niego, ale nie wyciągnął ręki. – Nie mam zamiaru się żegnać! Bo masz do nas wrócić… Będziemy na ciebie czekać! Rozumiesz?! - zawołał drżącym głosem.

- Spróbuję… - westchnął Pierwszy, który nie miał nawet wątpliwości, że nie ma szans wyjść z tego żywy. Nie chciał jednak tracić czasu na bezsensowne kłótnie.

Po Drugim podszedł do niego Trzeci. – Zawsze mi było ciężko cię zrozumieć. Niemniej w pewnym względzie podziwiam cię… - stwierdził ściskając mu rękę.

Mężczyzna został natychmiast odepchnięty przez Siódmą, która ze łzami w oczach stanęła sztywno przed Pierwszym. – Ten jeden raz… - wyszeptała. – Nie uciekaj przede mną… - mówiąc to wbiła się mu w tors. Pierwszy odczekał chwilę, w wyjątkowej sytuacji pozwalając dziewczynie na to pożegnanie. Nagle zbliżyła się do nich Dix. - Żebyś nie musiał wzdrygać się dwa razy… - stwierdziła i przytuliła go razem z Szóstą.

Gdy dziewczyny w końcu odeszły, pozostali wymienili z nim jedynie nieme uściski dłoni. W końcu Pierwszy po raz ostatni machając im na pożegnanie ręką wyszedł na dwór.

Z jakiegoś powodu był niesamowicie spokojny, jego serce nie drżało, nie czuł żadnego napięcia. Ogarnęła go fala chłodnej obojętności i skupienie na celu, który miał osiągnąć. Znał już to uczucie. Doświadczył go, gdy próbował się zabić. – Ludzie, którzy pogodzili się ze śmiercią są naprawdę przerażający… - pomyślał uświadamiając sobie, że przecież idzie teraz zaatakować ogromną liczbę ludzi i nie czuje nawet odrobiny strachu, który powinien czuć w tym momencie.

Dochodząc do płotu wychylił się i dostrzegł w oddali światła płonącego ogniska. Czyli bandyci nie byli tak perfidni, by rozbić obozowisko pod samą ich bazą. Przeskakując przez mur poczuł lekkie zdenerwowanie, gdy butelki z benzyną w jego plecaku zadźwięczały uderzając o siebie, ale nie zauważył by wywołało to w pobliżu jakieś poruszenie.

Okolice zalewała już ciemność. W swoim czarnym stroju był praktycznie niewidoczny, ale nie mógł używać latarki, bo ta natychmiast zwróciła by uwagę. Przekradając się praktycznie po omacku wysunął się w głąb osiedla.Tam do jego uszu zaczęły dochodzić coraz wyraźniejsze rozmowy. Po jakiś pięciu minutach skradania dotarł w końcu do nieogrodzonego placu, na którym stał niedokończony piętrowy budynek i cała banda ludzi.

Chowając się na sąsiedniej działce zobaczył jak jakiś rosły drab, za pewne lider całej zgrai, stał na palecie pełnej cementu. Mężczyzna trzymając w rękach myśliwski sztucer przemawiał do tłumu osób, który zgromadził się na działce. – Kurwa! Nie możemy teraz odpuszczać! Bronią się tak zaciekle, bo trzymają w tym budynku od chuja żarcia!

- No, ale mają mnóstwo broni! – zawołał ktoś ze zgromadzonych.

- No właśnie! – krzyknął ktoś inny. – Widziałeś jak w nas napierdalali!

Herszt popatrzył po zgromadzonych. – Ile by tej broni nie mieli, jest ich tylko dziesięciu, mają rannych i dwie dziwki, które pewnie szczą już po gaciach! Dzisiaj mamy nowy plan! Uderzymy ze wszystkich stron, od frontu i sąsiednich podwórek! Nie dadzą rady obstawić całego domu. Wystarczy, że w nich wpadniemy i rozjebiemy…

Pierwszy poczuł w tym momencie, że jest lepiej niż myślał. Skoro banda zebrała się by wysłuchać tego prymitywnego planu to raczej niewielu z nich obstawiało teraz tył osiedla. Nie czekając już nawet chwili wyciągnął butelki i podpalając dwie z nich cisnął prosto w tłum. Pierwsza butelka upadła na ziemie tocząc się i niemal natychmiast zgasła, ale druga trafiła w betoniarkę stojącą na placu. Opierający się o nią mężczyzna i kilku jego kompanów zajęło się ogniem. Nim ktokolwiek zdążył zrozumieć co się dzieje cisnął trzecią butelką na wylewkę przed domem. Ta rozbijając się pokryła kilku kolejnych mężczyzn płomieniami.

Podpaleni bandyci zaczęli biegać po placu wrzeszcząc przeraźliwie. Kilka osób na ten widok uciekło przerażonych, a kilku innych próbowało chaotycznie ugasić swoich kompanów. - Padnij! Padnij i się tarzaj! - krzyczał jakiś mężczyzna, gdy reszta ściągała kurtki i bluzy by zgasić nimi płomienie. Jeden z bandytów runął na ziemię, a jego kompani zdławili na nim płomienie. Nie wszyscy mieli jednak tyle szczęścia. Zbój spod betoniarki, który znalazł się w epicentrum płomieni wyglądał jak lalka zrobiona z ognia. Z bólu jaki musiał odczuwać nie reagował na wołania towarzysz i w szaleńczym pędzie wypadł na ulicę, gdzie dokonał żywota.

Pierwszy wykorzystał moment, w którym ludzie ganiali za płonącymi kompanami. Prostując się w ciemności wycelował w stronę szefa bandy, który zszokowany obserwował co działo się na placu. Niestety, gdy nacisnął spust przed lufę wbiegł mu jakiś uciekający z placu chłopak obrywając w głowę. Herszt słysząc strzał rzucił się na ziemię chowając się za workami cementu, a jego kompani rozbiegli się w jeszcze większym amoku.

Pierwszy wycofał się natychmiast i ruszył pędem w stronę pojazdu do przewozu rur. W międzyczasie ogień rozprzestrzeniał się po placu rzucając pomarańczową łunę. W jego blasku bez problemu był w stanie zobaczyć drogę.

Tuż obok maszyny spostrzegł jakiegoś mężczyznę, który najpewniej miał pilnować ich bazy. Wykorzystując to, że jego uwagę przykuła teraz ognista poświata, wparował w niego i przykładając mu pistolet do czoła nacisnął spust. Krew obryzgała mu maskę i oblała czerwienią bok pojazdu.

Pierwszy nie czekając wspiął się po drabince do szoferki i wyjął z kieszeni kluczyki, które dostał od Czwartego (chłopak odruchowo wyjął je ze stacyjki nim uciekł pojazdu). Gdy uruchomił silnik całą okolicę wypełnił warkot. Spoglądając na kokpit stwierdził, że nie różni się on wiele od tego co widywał w dużych wózkach czołowych. Łapiąc za kierownicę nacisnął pedał gazu i już po chwili wbił się w bramę kryjówki. Spoglądając w tylne lusterko zauważył, że bandyci którzy otrząsnęli się po pierwszym ataku, wskazują na niego palcami. Zgodnie z planem odczekał chwilę jakby do rury po raz kolejny ładowali się jego kompani i już po chwili wycofał gwałtownie do tyłu.

Niemal natychmiast zobaczył jak od lewego boku maszyny dobiega do niego jakiś mężczyzna. Zrobił więc gwałtowny zwrot kierownicą. Uderzenie ogromnego koła przewróciło biegnącego, a gdy pojazd przejechał mu po nogach okolicę wypełnił niewyobrażalny wrzask.

Nie minęła sekunda, gdy w stronę szoferki poleciały strzały. Lusterko boczne eksplodowało, podobnie tylna szyba. Przez dziurę, która powstała słychać było wołania bandytów. - Uciekają! Gońcie ich kurwa! Strzelać, strzelać do kierowcy!

Pierwszy wciskał pedał ze wszystkich sił, ale moloch poruszał się na wstecznym biegu ślimaczym tempem, a osiedle miało zbyt wąską drogę by na niej zawrócić. Nieprzyzwyczajony do prowadzenia takiego pojazdu z ledwością unikał uderzania w ogrodzenia. Niestety, w pewnym momencie pojazdem szarpnęło. Rura, która wystawała daleko poza obrys karoserii zaczepiła o jedno z ogrodzeń. Moloch skręcił gwałtownie i jego tylne koło uderzyło najpierw o krawężnik, a potem w płot. Silnik momentalnie zgasł. Pierwszy spróbował odpalić go po raz kolejny, ale maszyna miała tak słaby akumulator, że nie dał on rady przekręcić rozrusznikiem po tak krótkiej jeździe. Nie było wyjścia. Musiał opuścić pojazd.

Otwierając drzwi szoferki zobaczył jak do boku pojazdu podbiega natychmiast grupa mężczyzn i próbuje się na niego wspiąć. Wyciągając z plecaka ostatnią butelkę z benzyną cisnął nią w dół, po czym strzelając w bok pojazdu wywołał potężną iskrę. Paliwo zapłonęło, a krzyki mężczyzn wypełniły okolice.

Pierwszy przebiegł na drugą stronę molocha i przeskoczył przez ogrodzenie, w które uderzył. Gdy upadał na ziemię poczuł szarpnięcie i ból w plecach, ale na szczęście opatrunek wytrzymał. Nie było jednak czasu by się z tego cieszyć, bo tuż za nim biegła już cała banda. - Tu jest! Kurwa, tam wbiegł! Zajebać go kurwa!

Nie czekając wparował do stojącego naprzeciwko budynku przez otwarte drzwi. Tam zaś napatoczył się wprost na Gospodarza. Siwiejący mężczyzna z ogromnymi zakolami ruszył w jego stronę wyciągając ręce jak mumia na horrorach. Pierwszy chwycił go za jedno z ramion i wykorzystując siłę pędu, pchnął prosto w stronę wejścia.

Niewykształcony odbił się od ściany korytarza, a zaraz potem ruszył wprost na bandytę, który zdążył w tym czasie wbiec do domu. Nie czekając na finał walki Pierwszy wybiegł na tył podwórza przez drzwi tarasowe. Tam zobaczył chłopaka z okręconym drutem kolczastym kijem, który próbował zajść budynek od tyłu.

- Skurwielu! - krzyknął chłopak biorąc potężny zamach, ale Pierwszy wypalił mu w gardło z pistoletu. Upuszczając pałkę bandyta runął na kolana. Niestety, w tym momencie zza winkla wybiegli następni oprawcy, więc strzelając w ich stronę cofnął się z powrotem do budynku.

Zatrzaskując za sobą drzwi zobaczył, że bandyci w domu przygwoździli w tym czasie niewykształconego, a jeden z nich kończył jego żywot skacząc mu po głowie. Mężczyzna szybko dostrzegł jednak Pierwszego. - Masz przejebane, o masz przejebane... - wysapał z uśmiechem i niemal natychmiast ruszył w jego stronę wymachując pałką teleskopową.

Pierwszy nie pozostał dłużny i obaj wpadli na siebie po środku salonu. Bandyta rąbał jak oszalały po jego plecach, a Pierwszy dźgał go nożem, aż jego rękawica zrobiła się mokra od krwi. Nim mężczyzna zdążył paść, jego kompan złapał Pierwszego za plecy i szarpnął nim do tyłu.

Pierwszy upadł na ścianę czując jak wnętrzności obijają mu się w środku, ale gdy napastnik biegł już by go dobić, wcisnął mu pistolet w brzuch i nacisnął spust. Mężczyzna odpadł od lufy i runął na podłogę. Nie było jednak nawet chwili na zastanowienie, bo bandyci, którzy zachodzili dom od tyłu rozbili szybę werandy i wbiegali do budynku. - Zajebać go w końcu! Kurwa, on jest sam! Zajebać go!

Pierwszy strzelając w stronę stojących na korytarzu ruszył w stronę schodów na piętro, o włos tylko unikając ciosu kijem bejsbolowym. Stając na pół piętrze obrócił się by oddać kolejny strzał, ale pistolet był już pusty. Bandyta, który zamarł przez chwilę myśląc, że zaraz oberwie szybko zorientował się, że broń nie wypali. Biorąc zamach rąbnął Pierwszego w głowę.

Ten mimo hełmu poczuł jak przez kręgosłup przelewa mu się fala bólu, a od siły ciosu pękł jeden z wizjerów w jego masce. Pierwszy nie czekał, aż mężczyzna zamachnie się po raz kolejny i ubiegając kolejny nadlatując cios, ciął nożem po brzuchu napastnika. Ten z krzykiem odskoczył do tyłu lądując w ramionach swojego kompana.

Pierwszy wbiegł na piętro stając w wąskim korytarzu. Całe ciało paliło go jakby płonął mu w środku ogień, a głowa bolała jakby miała zaraz pęknąć. Pomyślał natychmiast o remedium, ale nie było czasu by je sobie wkuć. Zamiast tego uniósł maskę i odkręcając fiolkę wypił zawartość.

Obrzydliwie gorzka substancja rozlała mu się po przełyku. Jego krtań ledwo przepuściła płyn, a żołądek zażądał niemal natychmiastowego opróżnienia. Pierwszy powstrzymał jednak wymioty i zaciągnął maskę na twarz.

Wtedy z dołu dobiegło wołanie herszta. – Żywcem! Ma być żywy! Chce wiedzieć gdzie są jego kumple…

Pierwszego uderzyło w tym momencie coś w rodzaju euforycznego stanu. Bandyci nie wiedzieli gdzie uciekł Drugi i reszta, czyli to wszystko nie poszło na marne! Już po chwili poczuł szum dobiegający z uszu i lekkie zawroty głowy, ale wiedział, że to nie ma już znaczenia. Nie planował pożyć na tyle długo by mogło to mieć jakikolwiek wpływ. Wiedział tylko jedno. Nie może dać się wziąć żywcem.

Z kolejnej kabury sięgnął po drugi nóż i przygotował się do obrony. Już po chwili na schody wpadł jakiś mężczyzna ze sztucerem krzycząc. – GLEBA KURWA! NA RYJ!

Pierwszy poczuł w tym momencie, że to jego szansa na szybką śmierć. Ruszył w tym momencie wprost na lufę, ale napastnik był tym tak zszokowany, że nawet nie nacisnął spustu. – IDIOTA! – ryknął Pierwszy ciągnąc mu nożem po skroni.

Mężczyzna nie zdążył dobrze opaść, gdy kolejnych dwóch wpadło za nim. Ci próbowali złapać Pierwszego za ręce, ale ten obracając noże w dłoniach poprzecinał obu przedramiona. Zakrwawieni mężczyźni stanęli jak wryci. – KURWA! PODDAJ SIĘ ZJEBIE! NIE MASZ SZANS!

Pierwszy ruszył wprost na nich tnąc ostrzami powietrze. Mężczyźni chociaż nie zostali zabici sturlali się schodami, by uniknąć kolejnych cieć. Wtedy padł strzał. Pierwszy zobaczył jak ściana i kawałek balustrady rozrywają się, a herszt celuje do niego trzymając dymiące lufy. – Koniec zabawy! – ryknął wściekle. – Rzuć te noże…

- Nie… - westchnął Pierwszy schodząc po schodach.

- Powiedziałem kurwa stój! – krzyknął po raz kolejny herszt, a resztka żyjących jego ludzi spojrzała z lękiem na Pierwszego, który aż świecił się od krwi.

Pierwszy uśmiechnął się ironicznie. Mężczyzna albo nie miał pojęcia jak działała broń, którą trzymał albo bardzo kiepsko blefował, bo strzelba wypaliła z obu rur i była teraz równie groźna co nieporęczna pałka.

- Kurwa, to jakiś świr… Totalny zjeb… Co to w ogóle są za ludzie…- szeptali zebrani.

- Zamknijcie te mordy. – krzyknął Herszt obracając się, a Pierwszy wykorzystał okazje.

Ciągnąc ostrzem po broni trafił w twarz mężczyzny, a potem od góry niczym szpikulcem drugim nożem wbił mu się w czaszkę.

Dla jego towarzyszy to było za dużo. Wybiegli z krzykiem pozostawiając Pierwszego w ciemności.

- Koniec…? – wyszeptał mężczyzna. – Przecież nie o taki koniec ci chodziło… - stwierdził głos w jego głowie.

Słowo „koniec” było jednak wypowiedziane mocno na wyrost. Chociaż szef bandy nie żył, a jego przyboczna grupa uciekła to osiedle nie opustoszało w magiczny sposób. Bandyci, którzy rozbiegli się w chwili pierwszego zaskoczenia, zaczęli gromadzić się z powrotem na ulicach i zbijać w małe grupy. Bez wątpienia szukali oni teraz tego kto ich zaatakował.

Pierwszy zdołał ukryć się w jednym z okolicznych budynków, ale nie było z nim dobrze. Najpierw wyrzygał całe wypite Remedium, a potem gdy zeszła już niego adrenalina, poczuł się jak wrak. Wiedział jednak, że nie może pozwolić sobie na utratę przytomności po tym co urządził wcześniej. Gdyby został złapany nie miał co liczyć na lekką śmierć. Siedząc na podłodze w kuchni sięgnął po drugą dawkę środka Kuby i wstrzyknął go sobie tak ja powinien. Już po chwili całe ciało mu odrętwiało, a ból który go rozrywał zrobił się przynajmniej znośny. - Muszę się stąd wydostać... - westchnął zaciskając pięści. A czasu nie miał niestety wiele. Rana na plecach zaczęła przeciekać i krew gromadziła się pod opatrunkiem, bo przy poruszaniu czuł na sobie „bąbel”. Jedynym plusem sytuacji było fakt, że nie mogła otworzyć się całkiem, bo tego opatrunek na pewno by nie przetrwał.

Wychodząc cichaczem z domu czuł się naprawdę zagubiony. Nie przewidywał, że będzie musiał uciekać. Myślał, że w którymś momencie po prostu zginie zastrzelony lub dźgnięty. Chociaż przy pasie wciąż miał pistolet z tą jedną kulą dla siebie, nie wiedział czy powinien teraz jej użyć... Może naprawdę miał szansę? Szansę by wrócić? Idąc prawie na czworakach starał się unikać snopów licznych latarek, które pobłyskiwały na osiedlu. Zbliżając się do ogrodzenia usłyszał zdenerwowane głosy.

- Naprawdę był jeden? Tylko jeden?! - spytał pierwszy z nich.

- No... - westchnął drugi. - Chyba chciał odwrócić uwagę od kumpli, którzy uciekli w tym czasie...

Pierwszy słysząc to poczuł ulgę. Czyli naprawdę Drugi i reszta dali radę.

- A co z ich chałupą? Ktoś ją w końcu sprawdził? - spytał ponownie pierwszy z bandytów.

- No... I jest pusta... To jebana pusta ruina... - odparł jego kompan.

- Ja pierdolę... Tylu naszych padło i to po nic...

Pierwszy odsunął się powoli i spróbował przedostać na sąsiednie podwórko. To odgrodzone było metalową siatką i suchym żywopłotem. Nie dałoby rady wspiąć się po nim cicho. Nie widząc innego wyjścia postanowił poczekać, aż mężczyźni przejdą gdzieś dalej. Po jakiś pięciu minutach bandyci odeszli tak, że mógł w końcu ruszyć dalej. Wychodząc przez chwilę na ulicę, ciągle zgarbiony wślizgnął się na kolejne podwórze. Tam przeciął trawnik i furtkę, która łączyła działkę z sąsiednią i przeszedł dalej. Niestety, budynek obok sprawdzali właśnie bandyci. Pierwszy odczekał skryty w ciemności aż grupa opuści dom i przeszedł do kolejnego.

Po jakiejś godzinie zaczął w końcu oddalać się od przeszukiwanego osiedla. Ciemność Krańcowa były w tym momencie dla niego największym sojusznikiem, bo zdarzało się, że mijał bandytów zaledwie o metry, a ci nie byli w stanie go dostrzec.

W końcu po kolejnej godzinie oddalił się na tyle, że zaryzykował nawet włączenie własnej latarki. W tym momencie serce zadrżało mu po raz kolejny. Udało się! - pomyślał. - Czy to już czas by zacząć wierzyć w przeznaczenie?

***

Po całonocnym marszu Pierwszy czuł się niewiele lepiej niż okaleczony Gospodarz. Oczy zachodziły mu mgłą, serce waliło przeciążone końską dawką leków, a smród krwi i potu paraliżował jego nozdrza. - Głupio byłoby teraz po prostu umrzeć...- pomyślał łapiąc się za klatkę piersiową, która kuła tak jakby miał w płucach małe kaktusy.

Czuł, że jeżeli chociaż na chwilę się zatrzyma to już nie wstanie. - Krok za krokiem, przekopując się przez życie, póki w twoich oczach ciągle tli się żar... - zaczął nucić starą piosenkę, którą słyszał kiedyś w radiu. - Krok za krokiem, przekopując... krok za krokiem... - powtarzał czując, że zaczyna brakować mu tchu.

Mijał właśnie budynek Państwowej Straży Pożarnej. Gdyby nie otaczające go bloki to z oddali byłoby już widać ogromny słup reklamowy H-Marketu. To w pobliżu tego miejsca znajdowała się ostatnia kryjówka jaką zdążył zbudować.

Była to jedna z tych, które powstawały już po spotkaniu z Drugim, gdy Pierwszy wiedział, że w mieście zaczną pojawiać się ludzie. Wybrał więc na nią bardzo niepozorny garaż, w którym zatrzymywały się pojazdy „Służby Drogowej”. Niegdyś był przekonany, że nikt nie będzie szukał niczego wartościowego wśród starych pługów śnieżnych i maszyn do wykaszania rowów.

Mijając bokiem remizę wszedł na wąską drogę gdzie zobaczył niepozorny otynkowany budynek z masą rolowanych drzwi garażowych. - Dotarli? Czy zrezygnowali? - pomyślał próbując przyśpieszyć kroku, ale ból w piersiach zrobił się przez to nie do wytrzymania.

Kuśtykając zbliżył się pod kryjówkę, gdy nagle zobaczył widok od którego nie mógł powstrzymać uśmiechu na twarzy. Drugi siedział na dachu z nogami przerzuconymi przez barierkę obserwując go przez lornetkę.

Pierwszy pomachał mu, a mężczyzna poderwał się z miejsca. Już po chwili jedne z drzwi podniosły się i gromada ludzi ruszyła w jego stronę. W tym momencie poczuł coś naprawdę dziwnego. Mimo bólu, kołatającego serca i otępienia, jakieś przyjemne ciepło przeleciało mu przez ciało. - Wiec tak czują się ludzie... - pomyślał zamykając oczy. - Miałaś rację... Zawsze miałaś rację...



130 wyświetleń7 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie