Epilog i pożegnanie

EPILOG

Opowieści z martwego świata.

Historia I

Stancja.

Szara i Zjawa biegły ze wszystkich sił wypatrując świateł pobliskiej Stancji. Od co najmniej kilku minut miały wrażenie, że coś depcze im po piętach. W końcu na skraju asfaltowej drogi zobaczyły dawny bar ''Rozdroże''. Miejsce już od dłuższego czasu służyło za nocny przystanek dla podróżujących z Centrum weteranów i tak jak podobne placówki rozsiane w różnych miejscach miasta, o wiele bardziej przypominało bunkier niż normalny dom.

Dobiegając do pancernych drzwi, dziewczyny zaczęły walić w nie ze wszystkich sił. Gwar który wydobywał się ze środka, ucichł na chwilę, a męski głos spytał. - Kto?

- Misiek otwieraj te drzwi, bo jak ci się przestrzelę na drugą stronę, to będziesz przez tydzień czuł mojego buta w dupie! - ryknęła, wściekle Zjawa.

Po chwili pytajacy przesunął rygiel i wpuścił weteranki do środka. Wnętrze było wręcz przepełnione ludźmi. Wolni weterani, handlarze, najemnicy i inni dziwacy siedzieli przy stołach albo próbowali zdrzemnąć się na karimatach pod oknem.

Stojący przy drzwiach wysoki brodacz, spojrzał na zziajane dziewczyny z uśmiechem. - Zjawa skarbie, od razu rozpoznałem twój uroczy głosik...

- Pierdol się Misiek.- westchnęła, weteranka ledwo stając na nogach, a jej towarzyszka wskazała palcem na wolny stolik.

- Przynieść wam coś? Mam teraz dobrą cenę na piwo...- zaproponował mężczyzna.

- O tak marzę po prostu, żeby odwodnić się jeszcze bardziej... Dawaj wodę! - zażądała Zjawa, a jej towarzyszka pokiwała głową.

- Wodę? WODĘ?! - zawołał Misiek. - Wolne żarty! Nawet gdybym jakąś miał to po pierwsze nie byłoby cie stać, a po drugie sam bym ją wypił... Mam piwo bez alkoholu, bierz albo schnij...

- Przynieś dwie butelki...- odparła zrezygnowana weteranka i wspólnie z towarzyszką ruszyły do stolika.

Szara natychmiast odsunęła z obrzydzeniem przepełnioną popielniczkę.

- Oddychamy w tym miejscu dymem i męskim potem... Na to się krzyw. - wypaliła Zjawa, a Szara, opierając głowę o ramię zamarła na chwilę przy stoliku.

W tym czasie Misiek przyniósł zamówiony napój. - Wasze piwo, czym płacicie?

- Mamy weksle faktorii, talenty z Armii, bilety ze Zwrotnicy...- wymieniła Zjawa, zaglądając do portfela.

- Biorę Siwego, on przynajmniej trzyma stałe ceny. Przez to rozrzucenie walut cholery już można dostać... - stwierdził Misiek, zacierając ręce.

- Jeśli wolisz chłopców, to musisz nam dorzucić kolacje, bo mam same wysokie nominały...- stwierdziła dziewczyna kładąc portfel na stole.

Misiek podrapał się po głowie. - Cholera, ta szarańcza już prawie wszystko zeżarła...- stwierdził teatralnie smutnym głosem, ale gdy zobaczył wysunięty plik weksli, szybko zmienił zdanie. - Wiecie co? Mam w prywatnych zapasach trochę lepszych rzeczy, niż pasza, którą karmie te świnie... Poczekajcie chwilę.

Szara popatrzyła na Zjawę z wyrzutem, a dziewczyna westchnęła. - Wiem, że przepłacam, nie gap się tak na mnie... Chcesz iść spać bez kolacji?

Wysoka blondynka popatrzyła na swój wklęsły brzuch i krzywiąc się pokręciła głową.

- No właśnie... - westchnęła Zjawa, otwierając zapalniczką butelki z piwem.

Szara szybko złapała za swoją, krzywiąc się strasznie po pierwszym łyku i pokręciła głową w stronę towarzyszki.

- Jak siki? Poważnie? - spytała Zjawa, biorąc piwo z ust. - I to z niemytego pędzla...- podsumowała.

Nagle do siedzących dziewczyn, zbliżyła się grupa mężczyzn. Prawie wszyscy mieli na sobie szare stroje, świadczące o dawnej przynależności do wojska Przychodni. - Cześć dziewczynki, szukacie towarzystwa na te noc? - spytał szef grupy, głosem którego ciężko byłoby nie uznać za groźbę.

Widzący to przerażony Misiek wybiegł natychmiast zza kontuaru. - Nie, nie, nie, nie... Nie robimy tu dzisiaj, żadnej rozróby! - zawołał dobiegając do stolika.

- Spokojnie...- odparł mężczyzna. - Przyszliśmy się tylko za poznać z koleżankami, a może nawet dać im okazję do zarobienia, za miłe towarzystwo. - stwierdził, gapiąc się bezczelnie na biust Szarej.

Kobieta ścisnęła w rękach butelkę, ledwo powstrzymując wybuch złości, a jej towarzyszka obróciła się ze wściekłą miną. Weteranki było już gotowe do ataku, ale Misiek zareagował pierwszy. - Nie mówię do ciebie kretynie! - krzyknął w stronę szefa bandy, uderzając go ścierką w kamizelkę. Odwracając się po chwili w stronę Zjawy, zaczął błagać opuszczając głowę. - Proszę cię, kurwa odpuść. Przecież widzisz, że to debile z Zarzecza...Oni nawet nie mają pojęcia kim jesteście.

- Jak przestanie mi teraz śmierdzieć nad stolikiem, to może zapomnę, że go widziałam. - odparła weteranka, biorąc łyk piwa.

- Coś ty powiedziała! - zawołał natarczywy mężczyzna, najeżając się przy tym jakby miał zaraz pęknąć.

- Zamknij się kretynie! - warknął na niego Misiek, ponownie uderzając szmatą po kamizelce. - Nie rozumiesz, że próbuję ratować ci życie!

W tym momencie upierdliwiec nie wytrzymał i chwycił Miśka za szyje. Widząca to Zjawa, zamachnęła się i rąbnęła go pięścią w nos z taką siłą, że mężczyzna padł na podłogę. Jego kompani złapali za noże, ale wtedy z głębi Stancji podeszła grupa uzbrojonych weteranów. - Jeśli nie potraficie zachować się w schronieniu, to wypierdalać na zewnątrz!

Mężczyźni rozejrzeli się i widząc, że nie mają przewagi, opuścili noże. Podnosząc swojego szefa, spojrzeli nie pewnie w stronę weteranów. - Sorry, mieliśmy małe nieporozumienie...- westchnął przywódca, zapluwając się krwią z połamanego nosa.

Po chwili grupy rozeszły się.

- Nic ci nie zrobił? - spytała Zjawa.

- Nie, tylko trochę przydusił...- odparł Misiek, a Szara poklepała go po plecach gdy odchodził do kuchni.

- Kurwa, ci Zarzeczanie są jacyś dzicy... - warknęła Zjawa, a Szara spojrzała na nią podnosząc jedną brew.

- Tak wiem, że teraz większość ludzi tam mieszka, ale ja mówię o rodowitych Zarzeczanach... Z nimi się nie powinno asymilować...- wyszeptała weteranka.

Szara popatrzyła z wyrzutem, na co Zjawa zaczęła się tłumaczyć. - Tak Sznur jest z Zarzecza i jest w porządku... Dobrze Bronek, też jest ok... o JEZU DAJ MI SPOKÓJ.

Szara uśmiechnęła się czochrając towarzyszkę po głowie.

- Jutro ruszymy do Przychodni. - stwierdziła Zjawa, zmieniając temat. - Podobno szukają ochotników, do oczyszczenia tej hurtowni gazu przy wylocie na Poznań.

Szara kiwnęła głową z nieco nietęgą miną.

- Spokojnie, po tej akcji robimy sobie urlop... obiecuje. - przyrzekła Zjawa, z uśmiechem obserwując Miśka zmierzającego do ich stolika z jedzeniem.

Na dwóch talerzach ułożone było po kotlecie schabowym, trochę karbowanych frytek i napchana konserwantami surówka z puszki.

W tym samym czasie do drzwi Stancji zapukała kolejna osoba. Misiek podchodząc do wejścia spytał – Kto?

- Krzak! - odpowiedział głos po drugiej stronie, a dziewczyny spojrzały na siebie.

Już po chwili starszy nieogolony mężczyzna wszedł do środka, a Zjawa i Szara doskoczyły do niego rzucając mu się na szyję, wzbudzając przy tym ewidentną zazdrość kilku przebywających tam weteranów.

- Cholera jasna, nie przypominam sobie kiedy ostatnio miałem tak miłe powitanie. - powiedział mężczyzna, klepiąc dawne kompanki po plecach.

- Siadaj z nami! - zawołał Zjawa, prowadząc Krzaka do stolika.

Mężczyzna widząc gorący posiłek, przełknął odruchowo ślinę. - Nie żałujecie sobie...- stwierdził, zerkając łapczywie na talerze.

- Ciągle nadstawiamy karku, więc się nam należy. - stwierdziła Zjawa, a Szara pokiwała entuzjastycznie głową.

- Słyszałem trochę o waszych ''robótkach'' - odparł Krzak, sięgając do plecaka po swój prowiant. - Od rozpadu Sojuszu, też nie zaczepiłem się nigdzie na dłużej... Chyba powoli zaczynam doceniać życie samotnika...

Szara słysząc to spojrzała smutnym wzrokiem na mężczyznę, ale ten uśmiechnął się. - To nie tak, że nie mam się gdzie podziać. Mike, zawsze chętnie przywitałby mnie u siebie, ale mam już chyba dość przyzwyczajania się do wygodnego życia, by za chwilę je stracić.

- Myślisz, że Zwrotnica nie przetrwa? - spytała Zjawa, gryząc łapczywie kotleta. - Przecież tam w ogóle nie ma niewykształconych, jakby omijali z jakiegoś powodu to miejsce...

- Oddałbym wszystko żeby przetrwała, ale właśnie przez to co powiedziałaś, wiem czy będzie to możliwe w obecnej formie. To jedno z najbezpieczniejszych miejsc w Krańcowie, więc wszyscy walą tam drzwiami i oknami. Zaczyna się tam teraz prawdziwa wojna o miejsce... Współczuję Mike'owi, że musi to ogarnąć. - wyjaśnił Krzak.

Szara spojrzała na mężczyznę, wymieniając po chwili znaczące spojrzenie ze Zjawą. Ta nachylając się nad stolikiem, wyszeptała. - Wiesz co się dzieje z Wilkiem?

Krzak zbliżył się, obserwując przez chwilę czy nikt ich nie podsłuchuje. - Od połączenia stron i upadku Wspólnoty nie miałem z nim kontaktu. Słyszałem jedynie plotki, że przyłączył się do Zbawiciela...

Szara zrobiła ponurą minę opuszczając głowę.

- To nie plotki...- wyszeptała Zjawa. - Pokarz mu... - dodała po chwili zerkając na Szarą.

Oczy kobiety przeszkliły się, gdy sięgała do swojej kurtki po zwitek papieru, który podała Krzakowi.

Ukochana,

Nie mogę zrozumieć, dlaczego mnie unikasz... Tęsknie za tobą tak bardzo i wiem, że Ty też tęsknisz. Czemu więc ciągniemy dalej te grę? Nie przeszkadzało Ci gdy razem wymierzaliśmy sprawiedliwość w Krańcowie, co się więc teraz zmieniło? Mnie, Ciebie i Zbawiciela łączą przecież te same idee, dlaczego więc nie chcesz być tu ze mną? Naprawdę wolałabyś patrzeć na mnie, marniejącego na łóżku? Tu już nie chodzi nawet o to, że on mnie uleczył... Nie chodzi o wdzięczność, czy długi i zobowiązania... Po prostu on ma rację! Za długo patyczkowaliśmy się ze złymi ludźmi, za dużo było proszenia i gróźb, a za mało wymierzanej kary. Krańcowo prędzej czy później uklęknie przed nim, a ja będę w tym czasie u jego boku. I ponad wszystko chciałbym tam być z Tobą...

- Dziki...- wyszeptał Krzak, oddając dziewczynie list. - Nigdy bym nie przypuszczał, że kiedyś się tak zmieni. Był taki moment w którym stawiałem na tego chłopaka wszystko. Wydawało mi się, że jest taki dobroduszny...

- Dobroduszny...- prychnęła Zjawa. - Może kiedy się pojawił, rzeczywiście taki był, ale gdy ja z nim podróżowałam, już był na skraju psychozy...

Szara westchnęła spoglądając na Krzaka, który odpłynął gdzieś myślami. Nagle mężczyzna stwierdził coś jakby do siebie. - Ten świat zmienił każdego z nas...

Historia II

O zbawicielu.

Samotny weteran w zielonym wojskowym mundurze usiadł w otwartych drzwiach starego kina ''Świetlik”. Zrzucając na schody trochę drewna, które znalazł w śmietniku przy blokach, zaczął rozpalać ogień. Dookoła niego były tylko zrujnowane budynki, pustka i ciemność. Chłodny wiatr poruszył liśćmi na pobliskim drzewie, a ich szelest pogłębił nieprzyjemną atmosferę panującą w okolicy. - Kto by pomyślał, że będę kiedyś tęsknił za szarym niebem. - mruknął mężczyzna, zapinając mocniej kurtkę.

Gdy ognisko zaczęło w końcu płonąć, położył na nim garnek z wodą, która już po chwili zaczęła się gotować. Mężczyzna, widząc to, pogrzebał chwilę w swoim plecaku, wyciągając ze środka metalową puszkę z resztkami kawy. Wysypując zawartość do wrzątku, przymknął na chwilę oczy, rozkoszując się rozchodzącym się po okolicy zapachem.

W pewnym momencie do jego uszu dobiegł odgłos kroków, a w oknach pobliskiego sklepu odbiło się światło latarki. Mężczyzna wyciągnął pistolet i odszedł od ogniska, chowając się za uchylonymi drzwiami kina.

- Spokojnie przyjacielu! Nie mam złych zamiarów! - zawołał głos z ciemności.

Weteran nie odpowiedział, przyglądając się postaci, która weszła w łunę światła bijącą od płomieni. Dość wysoki młody mężczyzna miał na sobie czarne bojówki i niebieską kamizelkę kuloodporną. Podnosząc ręce do góry, przywitał się skinieniem głowy. - Jesteś tu?

- Jestem...- odparł weteran, zbliżając się z bronią w pogotowiu.

- Nie chciałem cię przestraszyć, koczowałem sobie w parku po przeciwnej stronie i zobaczyłem ognisko... Pomyślałem, że raźniej będzie czuwać w grupie...- wytłumaczył się przybysz.

Weteran przyglądał mu się przez chwilę, po czym schował broń do kabury przy pasie. - Wybacz grobowe powitanie, myślałem, że to ktoś z Armii... Jestem Bolek. - przedstawił się w końcu, wyciągając rękę.

- Wilk. - odpowiedział nieznajomy, wymieniając uścisk dłoni.

Weteran ponownie przyjrzał się przybyłemu mężczyźnie, wskazując w końcu na ognisko. - Siednij sobie...Kawy?

- Chętnie. - odparł przybysz. - Mam trochę cukru, jeśli masz ochotę. - zaproponował sięgając do plecaka.

- Nie odmówię. - stwierdził Bolek, zestawiając garnek z paleniska.

Po chwili milczenia przerywanej jedynie siorbaniem, weteran zagadnął do przybyłego gościa. - Znałem już kogoś o twojej ksywie.

- Doprawdy? - spytał Wilk.

- Taa... - odparł mężczyzna. - Facet był za czasów istnienia Wspólnoty, takim jakby stróżem prawa, ale strasznie się panoszył. W końcu wpadł w konflikt z armią i ktoś tam od nich przetrącił mu w kręgosłup... Tak się skończyło jego kozaczenie.

- Lepiej więc nie kozaczyć – westchnął Wilk, popijając kawę. - Nie wiele nas tu zostało. - stwierdził w końcu.

- Ja tam się nie dziwie. Kto ma trochę oleju w głowie siedzi na Zatorzu albo po tamtej stronie rzeki... - westchnął Bolek, mieszając zawartością kubka. - Niewykształconych pełno, armia przeczesuje teren wzdłuż i wszerz, a budynki po resecie znaleźć coraz trudniej.

- To co tu w ogóle porabiasz? - spytał z zainteresowaniem goszczący przy ognisku.

- To co każdy weteran, któremu nie widzi się robić za robotnika w szklarni. Zbieram co znajdę i handluje, czasem zajrzę na Zatorze, czasem do Bajkolandi i tak się jakoś ciągnie. - odpowiedział beznamiętnie mężczyzna.

Wilk popatrzył w ciemność. - Od pierwszej zmiany pogody Centrum jest właściwie nie dożycia...- stwierdził z wyraźnym żalem w głosie.

- Daj spokój... Wszystko zrobiło się tu pokręcone... W środku miasta las, co burze wszystko się rozpada. Śpisz sobie spokojnie i nigdy nie wiesz, czy ci się za chwilę blok nie zacznie walić na głowę... Jakby ktoś przeklął to miejsce...- warknął Bolek.

- Może Zbawiciel?... - dodał na koniec Wilk, na co jego towarzysz zrobił szerokie oczy.

- No nie gadaj, że wierzysz w te bzdury... - odparł zszokowany mężczyzna.

- Tak tylko napomknąłem... Po prostu ten temat często się przewija, jak się zatrzymasz gdzieś na Stancji. - usprawiedliwiał się Wilk.

- Pierdolenie dla niegrzecznych weteranów. - westchnął Bolek. - Jakoś nigdy nie widziałem człowieka który podróżuje z niewykształconymi, chyba, że u grabarza na plecach. - stwierdził dobitnie zamykając temat.

Przez chwilę obaj mężczyźni milczeli, popijając kawę. W końcu Bolek zrewanżował się pytaniem. - A ty? Czym się zajmujesz? Handel?

- Będziesz się śmiał...- stwierdził Wilk, odkładając swój kubek na schodek.

- A co? Podajesz herbatkę Siwemu? Nie no teraz to już nie pierdol, tylko gadaj, bo mnie zaciekawiłeś! - zawołał mężczyzna.

Wilk uśmiechnął się patrząc w ogień. - Jestem takim trochę jakby ''prywatnym detektywem''.

Bolek słysząc to, nie mógł się powstrzymać i parsknął. - Bez jaj i co robisz panie ''Poirot''? Badasz sprawę zaginionych zapasów? - spytał ironicznie.

- Nie...- westchnął Wilk. - Cztery dni temu z Magistratu wyruszyła karawana. Grubszy temat bo wiedziała o niej raptem garstka osób, a jej trasę znało jeszcze mniej... No i nagle karawana znika...

Słysząc to Bolek spojrzał na Wilka badawczo. Ten gapiąc się w ogień, kontynuował swoje przemyślenia. - Ciekawe jest, że z całej grupy strażników przeżył tylko jeden, do tego zamiast zgłosić się do któregoś z miasta i opowiedzieć o tym co się stało, ukrywa się pijąc kawę pod starym kinem...

Słysząc to Bolek poderwał się natychmiast z bronią w pogotowiu. - KPISZ SOBIE ZE MNIE!!!

Głos Wilka przebił się przez ciemność. - Mówisz, że nie wierzysz w Zbawiciela? Twoi koledzy bandycie też nie wierzyli...

Bolek nie czekał nawet chwili dłużej i wystrzelił. Kula śmignęła obok głowy Wilka, a mężczyzna będąc pewnym, że spudłował z nerwów, nacisnął spust po raz kolejny. Tym razem nabój wbił się w ścianę ponownie chybiając celu.

- Używasz błędów! - zawołał przestraszony bolek.

- Nigdy nie miałem do tego talentu...- odparł Wilk. - Za to gram w drużynie bardzo potężnego użytkownika woli...

W tym momencie wiatr zaczął się wzmagać. Drzewa zaszumiały złowieszczo, a ognisko przygasło bezlitośnie smagane kolejnymi podmuchami. Nagle okolice wypełnił odgłos kroków. Przestraszony Bolek wskoczył natychmiast do środka kina, blokując drzwi prowizorycznym ryglem.

Przez ogromną szybę zobaczył plecy Wilka, który przegarniał dogasające ognisko. Za chwilę tuż obok niego pojawiła się cała banda pokracznych postaci.

- To są chyba jakieś jaja! - zawołał, wbiegając w głąb budynku.

W tym samym momencie drzwi wygięły się jak kartka papieru, a do środka zajrzał Delimer. Istota powoli weszła do środka, prowadząc za sobą bandę Gospodarzy.

Wilk podnosząc się powoli wsadził ręce do kieszeni. - Już nie długo kara, stanie się rzeczą nie uniknioną.

Historia III

Wierny do końca

Okolice H-Marketu były doszczętnie zniszczone, ale sam budynek wciąż pozostawał nietknięty. Otoczony potężnym ogrodzeniem którego nie powstydziłaby się jednostka wojskowa, patrolowany był niezmiennie przez żołnierzy z czerwonymi opaskami na ramionach.

Cichy przeszedł przez wzmocnione, maszerując w stronę biura wodza które od zniszczenia Gorgroru mieściło się w samym markecie. Wychodzący właśnie z wizyty u Daniela medyk, miał dość nietęgą minę. - Jaki ma dzisiaj humor? - spytał Cichy, zerkając z niepokojem na mężczyznę.

- Do południa było w miarę, potem przynieśli mu obiad. Przyprawiony tak mocno, że stać się w środku nie dało... - westchnął lekarz. - Jak się okazało, że nawet tego już nie czuje, zaczął szaleć...

Cichy opuścił głowę. - Szybko mu się pogarsza?

- Od ostatniego pomiaru wielkość ust zmniejszyła się o prawie centymetr, a wzrok pogorszył tak bardzo, że mógłby już nosić okulary... Specjalistą od Defektu nie jestem, ale to już raczej tygodnie, nie miesiące... - westchnął lekarz.

Dowódca stalowych skinął i pukając do drzwi, wszedł do biura nie czekając na zaproszenie.

Daniel leżał na łóżku, z kominiarką zaciągniętą na twarzy. By chociaż odróżniać się od Defektowców, kazał wymalować sobie na niej białą czaszkę. - Cichy...- mruknął, siadając na swoim tapczanie. - Jakie nowiny?

- Wszystkimi wolnymi siłami sprawdzamy każdą piędź ziemi. Dix i jej ludzie nie dadzą rady ukrywać się wiecznie... - stwierdził pewnie dowódca Stalowych.

- Nie muszą wiecznie... Ta rozmyta dziura będzie go ukrywała, aż umrę...- westchnął, wyraźnie zirytowany wódz.

Cichy podrapał się po głowie. - Bracie Danielu, może podchodzimy do problemu od niewłaściwej strony. Biały na pewno nie jesteś jedynym człowiekiem w Krańcowie, zdolnym wykorzystywać wolę do leczenia ludzi. Może trzeba poszukać kogoś innego? Może trzeba kogoś nauczyć jak używać tego błędu...

- Nie mamy odpowiedniego inhibitora. - zawołał damski głos za plecami Cichego.

Elza weszła do środka i stając obok Cichego popatrzyła na niego surowo. - Błędy tak skomplikowane, przekraczają poziom zwykłego wzmacnianie ciała. Nie nauczysz się ich po prostu nad tym myśląc... Pamiętasz w jakich okolicznościach po raz pierwszy się podzieliłeś? Musielibyśmy znaleźć odpowiedni relikt... Problem w tym, że po naszej stronie była tylko garstka placówek medycznych i żadna z nich nie nosiła cech wchłonięcia błędów.

- W takim układzie dam tylko ludziom złapać oddech i ruszam dalej... - stwierdził pewnie Cichy.




434 wyświetlenia22 komentarz

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie